01.05.2025, 15:38 ✶
Zawsze miałem długie nogi i skłonność do pośpiechu, szybkiego marszu, a teraz - w tym dziwnym zawieszeniu między tym, co się wydarzyło, a tym, co mogło się jeszcze wydarzyć - jakoś naturalnie przestawiłem się na jej rytm, czekałem, nie byłem niecierpliwy. Było to dziwnie łatwe. Zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy znali się od lat w ten sposób, bez uprzedniego konfliktu, a nie dopiero uczyli się nawzajem, na nowo, w zupełnie innej konfiguracji. Nie tylko fizycznie, chociaż nie zamierzałem udawać, że nie miałem ochoty znów ją pocałować, wciągnąć pod siebie albo posadzić na sobie, wsunąć dłonie pod koszulę, odkryć wszystko od nowa, wolniej, dokładniej, mocniej. W zasadzie to chyba w tej chwili półświadomie nawet odrobinę się do niej przysunąłem, ale bez przesady - to nie był jeszcze ten moment. Chociaż w głowie przewinęła mi się scena z garażu - ta chwila, w której mogliśmy przekroczyć granicę... Ale nie, nie spieszyło mi się donikąd - przynajmniej nie w tej chwili, napięcie trochę przygasło, może właśnie dlatego ten spacer wydawał się taki inny. Coś w stylu: „Mamy tydzień, spróbujmy być... ludźmi?” Rozmawialiśmy, bardzo cywilizowanie, nie rzuciliśmy się na siebie, gdy tylko zostaliśmy sami, to było inne, nieoczekiwane... Ale miłe.
Kiedy zapytała, czy to „trochę mój dom”, wydałem z siebie coś w rodzaju krótkiego śmiechu - może bardziej parsknięcia niż faktycznego śmiechu, i przesunąłem wolną dłonią po karku, zaraz prawie instynktownie sięgając po butelkę. To pytanie wytrąciło mnie z rytmu bardziej, niżbym chciał się przyznać. Czy to był mój dom? Parsknąłem cicho pod nosem, nieco bezgłośnie, bardziej do siebie niż do niej. Niby nie chciałem go tak nazywać, ale przecież... Coś mnie tu trzymało. Nie potrafiłem tego ująć w słowa - nie, to nie było „domem” w klasycznym sensie. Nie pachniało obiadem matki ani nie czuło się tu bezwarunkowej obecności drugiego człowieka, poza tą naszą - we dwóch, ale też nigdy tego nie potrzebowałem. Nie lubiłem nazywać żadnego miejsca domem - to słowo miało zbyt wiele konsekwencji, oznaczało zbyt wiele zobowiązań, a ja nigdy nie byłem dobry w zobowiązaniach. Zresztą – co to miało znaczyć, dom? Miejsce, do którego się wraca, gdzie ktoś czeka? Przestrzeń, w której człowiek może zostawić wszystko i po prostu być sobą? Może. A może to tylko kolejne złudzenie, które trwa, dopóki wszyscy czują się zobowiązani, by brać udział w zabawie. Zamiast odpowiedzieć od razu, rozejrzałem się, powoli, jakbym próbował się upewnić, że nadal rozpoznaję to miejsce tak samo, jak wtedy.
- Ulsula miała zawse słaboś do zagubionych dzieci swoich znajomych, a zwłascza do tych, któszy mieli niesczęsie byś jej niedoszłą losiną albo pszyjasiółmi jej blatanka... - Próbowałem, żeby to zabrzmiało lekko, żartobliwie, z dystansem, ale mimo wszystko - w tej opinii było coś gorzkiego - zbyt znajomego, osobistego. Znów miałem chęć uciec spojrzeniem w bok, ale tego nie zrobiłem. - Nie, to nie był dom... Plowasiła taki swój mały pszytułek. - Stwierdziłem. Cóż, bo przecież to pytanie nie miało jednej odpowiedzi. Ursula była jaka była - konkretna, zasadnicza, wyniosła i zdystansowana, ale miała te swoje dziwaczne zapędy do pomagania wszelkim znajomym swojego bratanka… Dzięki niej to miejsce było czymś więcej, ale nie domem, bardziej azylem. - Moszesz mieś blisko czteldzieści lat i dwa metly, a dla niej nadal bęsiesz tamtym dzieciakiem. Twojego blata tesz nazywa „swoim chłopcem”, pewnie jusz go ustawia, szeby jej wymieniał szyby. - Zaśmiałem się krótko, niemal bezdźwięcznie.
Rozmowa płynęła sama z siebie, nie dotycząc niczego szczególnego, tylko od czasu do czasu zahaczając o nieoczekiwanie głębokie tematy. Szliśmy pod górę, czułem ją przy swoim boku - ramię pod ramieniem, emanującą ciepłem. Czasem lekko się o mnie ocierała, czasem ja mimowolnie bardziej się do niej przybliżałem. W mojej głowie przetaczała się ta myśl, której nie potrafiłem się pozbyć od chwili, gdy jej usta zatrzymały się zbyt blisko moich, a potem wszystko potoczyło się samo i prawie przekroczyliśmy tę ostatnią granicę, tak wyraźną, a jednak rozmytą. Wiedziałem, że to nie potrwa - nie miało prawa, ale mogło zaistnieć. Nie tylko w łóżku, nie tylko na motorze, na jakiejś polance, w ukryciu, ale też tak, jak teraz - idąc razem, rozmawiając. Może dlatego, że dałem sobie ten tydzień - tydzień zanim wyjadę z kraju, zostawię wszystko za sobą, zamknę sprawy, i ten tydzień mógłbym… Spędzić z nią, jeśli tego chciała, ale do tego chyba potrzebowaliśmy... Trochę się ze sobą oswoić, co było dziwne, ale też wyjątkowo naturalne.
Alkohol, który rozchodził się powoli po moim organizmie, działał zbyt słabo, by mówić o upiciu, ale wystarczająco, żeby słowa płynęły trochę łatwiej, z mniejszym filtrem. Nawet się uśmiechnąłem... Ten uśmiech nie był wesoły - bardziej ironiczny niż szczery. Wygrałem? Kto, kurwa, wygrywa w takich układach? To nie była przemyślana decyzja, tylko pożar i ucieczka z płonącego pokoju. Pomyślałem tylko, żeby złapać najbliższe drzwi - nie sprawdzałem, co za nimi.
- Jasne. Wielki zwycięsca. - Wymusiłem coś, co mogłoby uchodzić za śmiech. To nie była szachowa decyzja, raczej rzut kostką albo monetą - miałem dziewiętnaście lat i więcej temperamentu, niż rozsądku. Zachowywałem się impulsywnie, w pewnym momencie, mimo potrzeby pozostawania w sekrecie, zacząłem obnosić się ze wszystkim zbyt głośno, podejmować decyzje zbyt szybko, jak dzieciak, który wbiega do wody w ubraniu, nie myśląc o tym, że będzie później chodził cały dzień w przemoczonych skarpetach. Świat wtedy nie był ani prosty, ani trudny - po prostu był. Później już wszystko miało wagę, trochę za dużą do udźwignięcia bez przygotowania, a ja nosiłem ją na barkach trochę krzywo, trochę po omacku, bo znalazłem się w tej sytuacji, sam ją wywołałem, nie miałem nic innego, co mógłbym zrobić - sam zwaliłem na siebie tą odpowiedzialność, wszystkie zobowiązania. Wzruszyłem ramionami, z tym nieco pijanym gestem człowieka, który wie, że nie cofnie czasu, ale nie wie, czy w ogóle chciałby. Tylko czasami przechodziło mi przez myśl, że bezcelowo szarpałem się wtedy z losem, buntownik bez powodu. Mógłbym to zrobić inaczej, pewnie. Ale wtedy nie było „inaczej”, było tylko „teraz” i „muszę”, „potem” to był luksus, na który nie miałem wtedy głowy. Może dlatego tak to wyszło. Chciałem wszystko albo nic... I dostałem dokładnie to. Pokręciłem głową, a potem wymusiłem uśmiech, który wcale nie sięgał oczu.
- Chyba zaleszy, jak liczyś punkty. Mogłem to zrobiś inasej. Nie musziałem odcinaś szię siekielą, a potem jescze paliś lestek mostu, ale... Byłem młody, głupi i zbuntowany, mosze to bszmi szokująso, ale powiem ci w seklesie, sze to nie jest najlepszy zestaw do podejmowania decyzji szysiowych. - Odwróciłem wzrok, patrząc na ścieżkę przed nami - wspinaczka robiła się coraz bardziej stroma, ale była warta trudu. Ten punkt widokowy, do którego zmierzaliśmy, był jednym z niewielu miejsc, gdzie można było naprawdę poczuć przestrzeń. Nie lubiłem dusznych pokoi, zamkniętych przestrzeni, ludzi zbyt blisko, ale tam, na górze, było inaczej - było powietrze, był horyzont, była cisza, tylko szum wiatru. Zupełnie celowo nie powiedziałem, że byłem też zakochany. Czułem lekki szum w głowie - alkohol działał powoli, ale skutecznie, rozgrzewał od środka, rozluźniał język, lecz nie wypuszczał demonów, jeszcze nie, na razie tylko wymuszał grymasy, które udawały uśmiechy, i komentarze, które nie zawsze trzeba było mówić głośno. Odpowiadałem jej, bo chciała wiedzieć, ale nie wszystko - już nie mieliśmy komfortu siedzenia w ciemnościach. Byłem lekko pijany, nie na tyle, żeby zacząć mówić zbyt szczerze, ale na tyle, by czuć, że odpuściłem sobie pewne zahamowania. Nie siliłem się już na pozory.
- Było chujowo. - Przyznałem. - Ale jeszteś pszeciesz pszebszydłą klaszistką. - Dodałem nagle, tonem znacznie lżejszym, z ledwie słyszalną ironią, która maskowała to, co naprawdę chciałem powiedzieć. - Powinnaś wiedzieś, sze wsystko zaleszy od tego, komu słuszysz swoim uloseniem. - Dla mnie to było jasne - rodzisz się w tym gronie, dealujesz z tymi zasadami. Niektórzy wyłamywali się schematom, ale mało kto miał ten luksus - ja przez znaczną część młodości nie wiedziałem, że mogę inaczej. Wszyscy wokół robili dokładnie to samo. Nikt ci nie mówi, że masz wybór. Po prostu idziesz tą drogą, aż się potkniesz i wyjebiesz, albo nie... Tak czy siak - potem się budzisz i masz trzydzieści parę lat, i wszystko już się wydarzyło, twoje życie jest nakreślone - zostaje ci tylko robić dobrą minę... Albo jej odwrotność, zupełne przeciwieństwo - być ostrym, brutalnym i zgorzkniałym. - Jeszli mielibyśmy lobiś szkalę… - Ciągnąłem dalej, jakby nigdy nic. - No, tak po łebkach, zlóbmy sobie jakąś skalę. Na samym dole... Longbottom. Potter, pszeciwległy biegun do mojej losiny, większoś Slugholnów, galść Bulstrode’ów. Dalej mosze Selwyn. Losiel. Nott. Po nich... Shafiq, Clouch, Palkinson. Neutlalni, sztywnie ugszecznieni, dyplomatyszni. Gleenglass, Ulqualt, konselwa, ale da się s nimi gadaś. Plewett, Lowle. Ci są specyfiszni, ale to jesce niesupełnie gnidy, tszymają szię swojego podwólka. Yaxley, Tlavels. Chociasz to jusz balsiej topól nisz alystoklasja. Potem, gdzieś pomięsy, mosna by wrzucić Malfoyów albo Avelych. Oni zawse dobrze czuli się w loli straszników stalego posządku. Macmillan to sekcialskie pojeby. Mulcibelowie tesz są sztywni, ale to nadal nie topka. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - Lestlange, Black, Rookwood - to jedno słowo zabrzmiało twardo, mimo lekkiego tonu rozmowy, bo powinno - to jusz clème de la clème. Jakbyś dobsze szię zamachnęła cegłą na zglaję śmielcioszelców, to mogłabyś mocno osłabiś flekwensję na tszech zlotach losinnych. - Wzruszyłem ramionami, jakby to miało coś zamknąć, ale wcale nie zamykało. Nie wymieniałem wszystkich, bo nie o to chodziło - to były tylko przykłady, dowody na to, że spełnianie nie swoich oczekiwań nie musiało zawsze znaczyć tego samego. Przez chwilę po prostu szliśmy dalej, po tej ścieżce, czułem, że zerkam na nią kątem oka zdecydowanie za często - czasem na dłoń pod moim ramieniem, czasem na profil, który rysował się tak wyraźnie w bladym, zamglonym świetle bardzo wczesnego popołudnia. Nigdy wcześniej nie miałem na to czasu... Nie, nie - to nie była kwestia czasu, ani jego braku. Nie robiłem takich rzeczy. Zwykle wszystko było szybkie, ostre, zamglone alkoholem lub adrenaliną, zazwyczaj nawet nie pamiętałem imion. Nie randkowałem, nie prowadziłem kobiet na spacery pod górę, pod ramię, żeby pokazać im widok.
Zerknąłem na nią kątem oka, gdy zapytała o tę lodowatą wodę. Znowu ten jej wyraz twarzy, jakby naprawdę próbowała zrozumieć, co nami kierowało - wyglądała, jakby właśnie rozpracowywała mnie od środka, kawałek po kawałku. Szliśmy wolno, ale nie powoli - wyczuwałem jej rytm, dostosowywałem się do niego niemal automatycznie. Lewa, prawa, krok po kroku.
- Po co? A kto to wie. Splawsenie szię? Plóba męstwa? Albo po prostu głupota... Wtedy wydawało szię, sze jak nie wskoszysz, to jeszteś cipą. - Znowu się uśmiechnąłem - tym razem bardziej szczerze, chociaż z lekkim politowaniem. Westchnąłem teatralnie. - Bo było nas pięsiu, czasem więsej, i szaden nie chciał wyjś na cipę? - Odpowiedziałem, jakby to było najoczywistsze na świecie. Każdy kamień był świadkiem jakiegoś durnego zakładu, idiotycznego zaklęcia albo tajemnej przysięgi, której i tak nikt nie dotrzymał.
Myśląc o tym, zerknąłem w bok i w dół - na jej lakierki, które chyba z każdym krokiem coraz bardziej przeklinały tę trasę, i przez chwilę miałem ochotę się roześmiać. Przez moment byłem pewien, że zaraz się poślizgnie na wilgotnej ściółce albo zaklnie pod nosem z jakiegoś powodu, ale nic takiego się nie wydarzyło - szła dalej, wytrwale, może trochę zbyt dumnie, żeby się przyznać, że coś ją uwiera albo marsz pod górę daje się jej we znaki. Nie protestowała, nie komentowała - wciąż szła obok mnie, krok za krokiem. Dostosowałem się do niej automatycznie, nie miałem wyjścia, bo była drobna, wyraźnie mniejsza - nie chciałem, żeby została w tyle, i nie chciałem jej za sobą ciągnąć. Nie mówiłem jej, co planuję - nie chciałem uprzedzać tego, co zobaczy. Morze powoli wyłaniało się zza wzgórz, powietrze mocniej pachniało solą, torfem i wilgocią, a na tle szarego nieba ukazały się głazy sterczące jak zęby z ziemi. Kromlech - oczywiście nie tak efektowny jak te, które można zobaczyć w innych miejscach, ale miał swój urok - był zniszczony, wysysał z niego siłę, ale nadal tkwił tu jak relikt czegoś większego.
- Ostatni podjazd... - Rzuciłem cicho, gdy spojrzałem na nią kątem oka. Chciałem ją pocałować, naprawdę, nadal chciałem ją całować, ale wiedziałem, że jeszcze nie teraz - nie ten moment. Zamiast tego - wskazałem brodą w górę, gdzie na horyzoncie zaczynały wyłaniać się masywne kamienie - resztki dawnego życia. Nie chciałem, żeby to wszystko wróciło do schematu, który znałem aż za dobrze. Chciałem... Więcej. Z jakiegoś popieprzonego powodu chciałem po prostu być - tutaj, z nią... Gadać, spacerować, znaleźć w tym jakiś rytm, niekoniecznie wszystko pospieszać... I to już było dziwne.
Kiedy zapytała, czy to „trochę mój dom”, wydałem z siebie coś w rodzaju krótkiego śmiechu - może bardziej parsknięcia niż faktycznego śmiechu, i przesunąłem wolną dłonią po karku, zaraz prawie instynktownie sięgając po butelkę. To pytanie wytrąciło mnie z rytmu bardziej, niżbym chciał się przyznać. Czy to był mój dom? Parsknąłem cicho pod nosem, nieco bezgłośnie, bardziej do siebie niż do niej. Niby nie chciałem go tak nazywać, ale przecież... Coś mnie tu trzymało. Nie potrafiłem tego ująć w słowa - nie, to nie było „domem” w klasycznym sensie. Nie pachniało obiadem matki ani nie czuło się tu bezwarunkowej obecności drugiego człowieka, poza tą naszą - we dwóch, ale też nigdy tego nie potrzebowałem. Nie lubiłem nazywać żadnego miejsca domem - to słowo miało zbyt wiele konsekwencji, oznaczało zbyt wiele zobowiązań, a ja nigdy nie byłem dobry w zobowiązaniach. Zresztą – co to miało znaczyć, dom? Miejsce, do którego się wraca, gdzie ktoś czeka? Przestrzeń, w której człowiek może zostawić wszystko i po prostu być sobą? Może. A może to tylko kolejne złudzenie, które trwa, dopóki wszyscy czują się zobowiązani, by brać udział w zabawie. Zamiast odpowiedzieć od razu, rozejrzałem się, powoli, jakbym próbował się upewnić, że nadal rozpoznaję to miejsce tak samo, jak wtedy.
- Ulsula miała zawse słaboś do zagubionych dzieci swoich znajomych, a zwłascza do tych, któszy mieli niesczęsie byś jej niedoszłą losiną albo pszyjasiółmi jej blatanka... - Próbowałem, żeby to zabrzmiało lekko, żartobliwie, z dystansem, ale mimo wszystko - w tej opinii było coś gorzkiego - zbyt znajomego, osobistego. Znów miałem chęć uciec spojrzeniem w bok, ale tego nie zrobiłem. - Nie, to nie był dom... Plowasiła taki swój mały pszytułek. - Stwierdziłem. Cóż, bo przecież to pytanie nie miało jednej odpowiedzi. Ursula była jaka była - konkretna, zasadnicza, wyniosła i zdystansowana, ale miała te swoje dziwaczne zapędy do pomagania wszelkim znajomym swojego bratanka… Dzięki niej to miejsce było czymś więcej, ale nie domem, bardziej azylem. - Moszesz mieś blisko czteldzieści lat i dwa metly, a dla niej nadal bęsiesz tamtym dzieciakiem. Twojego blata tesz nazywa „swoim chłopcem”, pewnie jusz go ustawia, szeby jej wymieniał szyby. - Zaśmiałem się krótko, niemal bezdźwięcznie.
Rozmowa płynęła sama z siebie, nie dotycząc niczego szczególnego, tylko od czasu do czasu zahaczając o nieoczekiwanie głębokie tematy. Szliśmy pod górę, czułem ją przy swoim boku - ramię pod ramieniem, emanującą ciepłem. Czasem lekko się o mnie ocierała, czasem ja mimowolnie bardziej się do niej przybliżałem. W mojej głowie przetaczała się ta myśl, której nie potrafiłem się pozbyć od chwili, gdy jej usta zatrzymały się zbyt blisko moich, a potem wszystko potoczyło się samo i prawie przekroczyliśmy tę ostatnią granicę, tak wyraźną, a jednak rozmytą. Wiedziałem, że to nie potrwa - nie miało prawa, ale mogło zaistnieć. Nie tylko w łóżku, nie tylko na motorze, na jakiejś polance, w ukryciu, ale też tak, jak teraz - idąc razem, rozmawiając. Może dlatego, że dałem sobie ten tydzień - tydzień zanim wyjadę z kraju, zostawię wszystko za sobą, zamknę sprawy, i ten tydzień mógłbym… Spędzić z nią, jeśli tego chciała, ale do tego chyba potrzebowaliśmy... Trochę się ze sobą oswoić, co było dziwne, ale też wyjątkowo naturalne.
Alkohol, który rozchodził się powoli po moim organizmie, działał zbyt słabo, by mówić o upiciu, ale wystarczająco, żeby słowa płynęły trochę łatwiej, z mniejszym filtrem. Nawet się uśmiechnąłem... Ten uśmiech nie był wesoły - bardziej ironiczny niż szczery. Wygrałem? Kto, kurwa, wygrywa w takich układach? To nie była przemyślana decyzja, tylko pożar i ucieczka z płonącego pokoju. Pomyślałem tylko, żeby złapać najbliższe drzwi - nie sprawdzałem, co za nimi.
- Jasne. Wielki zwycięsca. - Wymusiłem coś, co mogłoby uchodzić za śmiech. To nie była szachowa decyzja, raczej rzut kostką albo monetą - miałem dziewiętnaście lat i więcej temperamentu, niż rozsądku. Zachowywałem się impulsywnie, w pewnym momencie, mimo potrzeby pozostawania w sekrecie, zacząłem obnosić się ze wszystkim zbyt głośno, podejmować decyzje zbyt szybko, jak dzieciak, który wbiega do wody w ubraniu, nie myśląc o tym, że będzie później chodził cały dzień w przemoczonych skarpetach. Świat wtedy nie był ani prosty, ani trudny - po prostu był. Później już wszystko miało wagę, trochę za dużą do udźwignięcia bez przygotowania, a ja nosiłem ją na barkach trochę krzywo, trochę po omacku, bo znalazłem się w tej sytuacji, sam ją wywołałem, nie miałem nic innego, co mógłbym zrobić - sam zwaliłem na siebie tą odpowiedzialność, wszystkie zobowiązania. Wzruszyłem ramionami, z tym nieco pijanym gestem człowieka, który wie, że nie cofnie czasu, ale nie wie, czy w ogóle chciałby. Tylko czasami przechodziło mi przez myśl, że bezcelowo szarpałem się wtedy z losem, buntownik bez powodu. Mógłbym to zrobić inaczej, pewnie. Ale wtedy nie było „inaczej”, było tylko „teraz” i „muszę”, „potem” to był luksus, na który nie miałem wtedy głowy. Może dlatego tak to wyszło. Chciałem wszystko albo nic... I dostałem dokładnie to. Pokręciłem głową, a potem wymusiłem uśmiech, który wcale nie sięgał oczu.
- Chyba zaleszy, jak liczyś punkty. Mogłem to zrobiś inasej. Nie musziałem odcinaś szię siekielą, a potem jescze paliś lestek mostu, ale... Byłem młody, głupi i zbuntowany, mosze to bszmi szokująso, ale powiem ci w seklesie, sze to nie jest najlepszy zestaw do podejmowania decyzji szysiowych. - Odwróciłem wzrok, patrząc na ścieżkę przed nami - wspinaczka robiła się coraz bardziej stroma, ale była warta trudu. Ten punkt widokowy, do którego zmierzaliśmy, był jednym z niewielu miejsc, gdzie można było naprawdę poczuć przestrzeń. Nie lubiłem dusznych pokoi, zamkniętych przestrzeni, ludzi zbyt blisko, ale tam, na górze, było inaczej - było powietrze, był horyzont, była cisza, tylko szum wiatru. Zupełnie celowo nie powiedziałem, że byłem też zakochany. Czułem lekki szum w głowie - alkohol działał powoli, ale skutecznie, rozgrzewał od środka, rozluźniał język, lecz nie wypuszczał demonów, jeszcze nie, na razie tylko wymuszał grymasy, które udawały uśmiechy, i komentarze, które nie zawsze trzeba było mówić głośno. Odpowiadałem jej, bo chciała wiedzieć, ale nie wszystko - już nie mieliśmy komfortu siedzenia w ciemnościach. Byłem lekko pijany, nie na tyle, żeby zacząć mówić zbyt szczerze, ale na tyle, by czuć, że odpuściłem sobie pewne zahamowania. Nie siliłem się już na pozory.
- Było chujowo. - Przyznałem. - Ale jeszteś pszeciesz pszebszydłą klaszistką. - Dodałem nagle, tonem znacznie lżejszym, z ledwie słyszalną ironią, która maskowała to, co naprawdę chciałem powiedzieć. - Powinnaś wiedzieś, sze wsystko zaleszy od tego, komu słuszysz swoim uloseniem. - Dla mnie to było jasne - rodzisz się w tym gronie, dealujesz z tymi zasadami. Niektórzy wyłamywali się schematom, ale mało kto miał ten luksus - ja przez znaczną część młodości nie wiedziałem, że mogę inaczej. Wszyscy wokół robili dokładnie to samo. Nikt ci nie mówi, że masz wybór. Po prostu idziesz tą drogą, aż się potkniesz i wyjebiesz, albo nie... Tak czy siak - potem się budzisz i masz trzydzieści parę lat, i wszystko już się wydarzyło, twoje życie jest nakreślone - zostaje ci tylko robić dobrą minę... Albo jej odwrotność, zupełne przeciwieństwo - być ostrym, brutalnym i zgorzkniałym. - Jeszli mielibyśmy lobiś szkalę… - Ciągnąłem dalej, jakby nigdy nic. - No, tak po łebkach, zlóbmy sobie jakąś skalę. Na samym dole... Longbottom. Potter, pszeciwległy biegun do mojej losiny, większoś Slugholnów, galść Bulstrode’ów. Dalej mosze Selwyn. Losiel. Nott. Po nich... Shafiq, Clouch, Palkinson. Neutlalni, sztywnie ugszecznieni, dyplomatyszni. Gleenglass, Ulqualt, konselwa, ale da się s nimi gadaś. Plewett, Lowle. Ci są specyfiszni, ale to jesce niesupełnie gnidy, tszymają szię swojego podwólka. Yaxley, Tlavels. Chociasz to jusz balsiej topól nisz alystoklasja. Potem, gdzieś pomięsy, mosna by wrzucić Malfoyów albo Avelych. Oni zawse dobrze czuli się w loli straszników stalego posządku. Macmillan to sekcialskie pojeby. Mulcibelowie tesz są sztywni, ale to nadal nie topka. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - Lestlange, Black, Rookwood - to jedno słowo zabrzmiało twardo, mimo lekkiego tonu rozmowy, bo powinno - to jusz clème de la clème. Jakbyś dobsze szię zamachnęła cegłą na zglaję śmielcioszelców, to mogłabyś mocno osłabiś flekwensję na tszech zlotach losinnych. - Wzruszyłem ramionami, jakby to miało coś zamknąć, ale wcale nie zamykało. Nie wymieniałem wszystkich, bo nie o to chodziło - to były tylko przykłady, dowody na to, że spełnianie nie swoich oczekiwań nie musiało zawsze znaczyć tego samego. Przez chwilę po prostu szliśmy dalej, po tej ścieżce, czułem, że zerkam na nią kątem oka zdecydowanie za często - czasem na dłoń pod moim ramieniem, czasem na profil, który rysował się tak wyraźnie w bladym, zamglonym świetle bardzo wczesnego popołudnia. Nigdy wcześniej nie miałem na to czasu... Nie, nie - to nie była kwestia czasu, ani jego braku. Nie robiłem takich rzeczy. Zwykle wszystko było szybkie, ostre, zamglone alkoholem lub adrenaliną, zazwyczaj nawet nie pamiętałem imion. Nie randkowałem, nie prowadziłem kobiet na spacery pod górę, pod ramię, żeby pokazać im widok.
Zerknąłem na nią kątem oka, gdy zapytała o tę lodowatą wodę. Znowu ten jej wyraz twarzy, jakby naprawdę próbowała zrozumieć, co nami kierowało - wyglądała, jakby właśnie rozpracowywała mnie od środka, kawałek po kawałku. Szliśmy wolno, ale nie powoli - wyczuwałem jej rytm, dostosowywałem się do niego niemal automatycznie. Lewa, prawa, krok po kroku.
- Po co? A kto to wie. Splawsenie szię? Plóba męstwa? Albo po prostu głupota... Wtedy wydawało szię, sze jak nie wskoszysz, to jeszteś cipą. - Znowu się uśmiechnąłem - tym razem bardziej szczerze, chociaż z lekkim politowaniem. Westchnąłem teatralnie. - Bo było nas pięsiu, czasem więsej, i szaden nie chciał wyjś na cipę? - Odpowiedziałem, jakby to było najoczywistsze na świecie. Każdy kamień był świadkiem jakiegoś durnego zakładu, idiotycznego zaklęcia albo tajemnej przysięgi, której i tak nikt nie dotrzymał.
Myśląc o tym, zerknąłem w bok i w dół - na jej lakierki, które chyba z każdym krokiem coraz bardziej przeklinały tę trasę, i przez chwilę miałem ochotę się roześmiać. Przez moment byłem pewien, że zaraz się poślizgnie na wilgotnej ściółce albo zaklnie pod nosem z jakiegoś powodu, ale nic takiego się nie wydarzyło - szła dalej, wytrwale, może trochę zbyt dumnie, żeby się przyznać, że coś ją uwiera albo marsz pod górę daje się jej we znaki. Nie protestowała, nie komentowała - wciąż szła obok mnie, krok za krokiem. Dostosowałem się do niej automatycznie, nie miałem wyjścia, bo była drobna, wyraźnie mniejsza - nie chciałem, żeby została w tyle, i nie chciałem jej za sobą ciągnąć. Nie mówiłem jej, co planuję - nie chciałem uprzedzać tego, co zobaczy. Morze powoli wyłaniało się zza wzgórz, powietrze mocniej pachniało solą, torfem i wilgocią, a na tle szarego nieba ukazały się głazy sterczące jak zęby z ziemi. Kromlech - oczywiście nie tak efektowny jak te, które można zobaczyć w innych miejscach, ale miał swój urok - był zniszczony, wysysał z niego siłę, ale nadal tkwił tu jak relikt czegoś większego.
- Ostatni podjazd... - Rzuciłem cicho, gdy spojrzałem na nią kątem oka. Chciałem ją pocałować, naprawdę, nadal chciałem ją całować, ale wiedziałem, że jeszcze nie teraz - nie ten moment. Zamiast tego - wskazałem brodą w górę, gdzie na horyzoncie zaczynały wyłaniać się masywne kamienie - resztki dawnego życia. Nie chciałem, żeby to wszystko wróciło do schematu, który znałem aż za dobrze. Chciałem... Więcej. Z jakiegoś popieprzonego powodu chciałem po prostu być - tutaj, z nią... Gadać, spacerować, znaleźć w tym jakiś rytm, niekoniecznie wszystko pospieszać... I to już było dziwne.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)