• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[29/30.08.1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin

[29/30.08.1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#9
01.05.2025, 20:14  ✶  
Baldwin był więźniem. Ciała, ducha, pamięci.
Więźniem własnych rąk, które raz po raz wymykały mu się spod kontroli - jakby należały do kogoś innego, kogoś, kto nie znał miłości, tylko śmierć i żądzę. Więźniem wspomnień, które wracały nocą jak duchy - nie tych okrutnych, ale tych ciepłych, zdradliwych, które przypominały, że mógł być kimś lepszym. Dla siebie, dla innych, dla niej.
Śmiał się, gdy podrzędne aktoreczki wzdychały cierpiętniczo, rzucały scenariuszami, które musiał przeczytać raz czy dwa. “Tobie łatwo mówić! Ty nie zapominasz swoich kwestii!” mamrotała obrażona Tonksówna, raz po raz gubiąc się w swoich linijkach, choć miała ich żałosną ilość. Śmiał się, bo nie miał już siły nad tym rozpaczać. Śmiał się, bo ból towarzyszący dysonansom stał się zwyczajnie w świecie jego codziennością.
Więc i tym razem się zaśmiał, gdy jego słodka Delilah zburzyła strukturę repetycji. Choroba była subtelna, cicha, wżerająca się w każdą komórkę jego ciała jak robactwo toczące nadgniłe od urodzenia jabłko.
Baldwin pamiętał tak jak ściany pamiętają krew. A pamięć zawsze wymagała od niego poświęcenia jakiegoś skrawka duszy. Czasem miał tylko problem z wybraniem którego - tego, który czynił go Baldwinem czy Malfoy'em.

Pamiętał ojca wpatrującego się w niego z czymś więcej niż z ojcowską troską - z tym pieprzonym oczekiwaniem. W końcu był pierworodnym. Dziedzicem. Ofiarą, którą mógł złożyć na ołtarzu Bogini Matki. Bo Marcus Malfoy nie był zwyczajnym człowiekiem nauki. On wierzył - w każdą przypowieść, w każde zaklęcie zapisane atramentem z prochów ich przodków. W nieustanny cykl śmierci i odrodzenia, który dla Baldwina oznaczał coś innego - niekończący się sabat trwający wyłącznie w jego umyśle. Tak, ojciec marzył, że stanie się czymś więcej niż tylko synem.  Mógłby być arcykapłanem w Oxfordshire, znawcą prawa i słów Bogini, szanowanym członkiem rodu z klaczą rozpłodową o odpowiednim rodowodzie przy boku, bo tylko do tego nadawały się kobiety, które wżeniały się w tą rodzinę.
Pamiętał każdy moment, gdy nie był wystarczający. Każdy raz, gdy nie wypowiedział modlitwy perfekcyjnie, gdy drżące dłonie przewracały świecę, nieostrożny krok zacierał pieczołowicie rozrysowany krąg. Marcus Malfoy milczał. Nie karcił. Ale milczenie miało strukturę świątyni o kamiennych ścianach, po których cisza niosła się nieznośnym echem.
Pamiętał też jak miał siedem lat i po raz pierwszy pozwolono mu wziąć udział w jakimś obrzędzie podczas pełni. Nie rozumiał jeszcze znaczenia symboli wyrysowanych na podłodze, ale nawet teraz mógłby je odtworzyć. Układ. Geometrię. Pamiętał ciepło świec, tak bliskich oddechowi duchów. Pamiętał dumę ojca, krótką i ulotną jak światło księżyca wychylającego się pomiędzy chmur. Pamiętał jak zmieniła się w wyraz żywego obrzydzenia i rozczarowania, gdy inkantacja nie zadziałała. Magia nigdy nie płynęła w jego żyłach podczas pełni. Nie był wcale lepszy od charłaków, którymi tak pogardzał pan domu.
Pamiętał też wzrok matki - twardy, nieczuły. Jakby ten cały obrzęd był tylko widowiskiem na plebsu, a jego nieudolność rysą na idealnym obrazie rodziny. W tym spojrzeniu tkwiło pytanie: Czy kiedykolwiek zrobisz cokolwiek godnego swojego imienia?
Matka. Nieskazitelna, zimna jak granitowa rzeźba w ogrodzie. Ostra w słowach, jeszcze surowsza w spojrzeniach, niewzruszona wobec bólu. Urodziła się, by zarządzać dziedzictwem, nie dziećmi. A jednak Baldwin ją kochał, choć nigdy mu tego nie ułatwiła. Kochał ją wbrew wszelkiej logice. Kochał, bo chłód Viesenyi był czysty i szczery, a jej miłość - jak wieczna zmarzlina; nieznana i niedostępna. Należał do niej tak jak do matki prawem krwi należało każde dziecko.

Skazany na więzienie pamięci tonął we wspomnieniach i fantazjach, które mieszały się między sobą. Pamiętał pierwszy dotyk, pocałunek, seks - nie dlatego, że którykolwiek z nich był szczególny, ale właśnie dlatego, że nie znaczyły nic. Jak dziesiątki późniejszych. Bezwartościowe, jak złoto którym by mu płacili, gdyby swoje hobby przekuł w zawód - Ale Baldwin Malfoy kurwił się dla idei, nie pieniędzy. Kurwił się, bo za Sztukę płaciło się krwią, nie galeonami.
To był teatr totalny, a leżąca pod nim Lorraine była reżyserem, aktorem, widownią. Wszystkim co nadawało sens istnieniu. Grała, a Baldwin grał z nią. Niezmiennie od lat.
Byli dziećmi poety. Byli dziećmi poety. Byli dziećmi Poety.
W każdej ze swoich form zdanie brzmiało w jego umyśle jak przekleństwo ukryte w kolejnym wersie; kolejnym poemacie Ojca zakopanym w pamięci dziecka jak w podziemnym grobowcu. To nie było stwierdzenie faktu - to była zasada ich istnienia. Fundament, który zamieniał kłótnie w sonety, a każde milczenie brzmiało głośniej niż przerwana sonata. Czasem tracili z oczu całą sztukę na rzecz jednej zgniłej sceny. A potem ją powtarzali - znów i znów. Chyba już nie potrafili inaczej - a może nigdy tego nie umieli?

Słuchał Lorraine, słuchał tej melodii rozpaczy, tego obłąkańczego monologu, który raz stawał się wyciem, raz pieśnią, a raz modlitwą.
A kiedy już leżała przed nim, rozmazana płaczem, odarta z resztek godności – szpetna w swojej prawdzie – zrozumiał jak nudna była naprawdę.
Tak kurewsko, po ludzku nudna.
Złość powróciła nagle. Czuł jak jego palce drżą, wystarczająco blisko jej szyi by móc ukrócić cierpienie ich obojga tu i teraz.
Nie dlatego, że chciał ją skrzywdzić - krzywdzenie jej było grzechem, które nie potrafił sobie wytłumaczyć. Dlatego, że mógł ją skrzywdzić i robił to. Zmusił ją, by spojrzała na niego tak jak patrzyła na gnijące zwłoki, które kochała. Nie dlatego, że sam nie potrafił ich unieść, ale dlatego, że chciał ją wreszcie zobaczyć w pierwotnej formie Obnażoną. Bez resztek poezji, bez metafor, bez tych teatralnych tonów, które próbowała podkraść ich Ojcu. Okrucieństwo było operacją przeprowadzoną bez znieczulenia, zardzewiałym tępym ostrzem, aby na pewno wdała się infekcja. Zmuszał ją, by się przyznała. Do każdej miłości, którą rozkładała z premedytacją. Do każdego martwego uczucia, jakby chciała nim udowodnić, że kochała naprawdę.
Wszystko jest zgniłe - wyszeptała, ale nie był pewny czy mówi do siebie, do niego czy martwych dusz nawiedzających równie martwe miejsce. Nie mówił jej jak bardzo się z tym zgadza. Ich rodzina była przegniła, trochę jak drogie owoce, pozostawione na środku hebanowego stołu na srebrnej tacy. Nikt ich nigdy nie zdjął, bo mamki biły po łapkach, gdy ktokolwiek próbował. Dziedzictwa się nie rusza. Nie wolno.
Nie potrzebujesz pogrzebu pierdolona nekrofilko. Potrzebujesz kaplicy, a ja ci ją zbuduję.- Obiecał w milczeniu, bo nucona melodia była ważniejsza od słów.- Z moich kości, z pamięci, miłości. I pochowam cię tam żywcem, gdy zabiją ostatnie dzwony.

Nie chciał jej skrzywdzić. Przysięgał, że nie chciał. Ale tylko wtedy zdawała się być tak prawdziwie jego. Nie patrzyła w stronę innych; oddychała jego imieniem. Nie chciał łaski, bo grzech taki jak ten na łaskę nie zasługiwał. Ale kiedy Lorraine go błagała - istniał. Gdy przeklinała, rozszarpywała skórę na przedramionach - był jej wszystkim. Ale jeśli mu wybaczyła… to była wolna.
Zaśmiał się. Cierpko. Krótko.
Wszystko powoli wróciło - tamta noc, katakumby. Zapach pleśni, krwi i wspomnień. Ona w tej ohydnej sukni na zimnym kamieniu jak stara relikwia porzucona przez kapłanów. On, wznoszący lampę niczym prorok, arcykapłan (czy wtedy byłeś ze mnie dumny tato?). Nie myliła się, gdy mówiła, że wszystko gnije. Ale to był po prostu początek ich modlitwy. Ich wspólnego wyznania wiary. 

Pozbierali się z podłogi, a ona była tak bluźnierczo blisko. Odgarnął czule włosy z jej ramienia, dostrzegając jak bark skryty pod białą koszulą nocną przybiera sino-fioletową barwę.
Ty nie wybaczasz. Chwytasz się tego słowa jak pierdolona matka miłosierna. Trzymasz się krzywd jak ran, które karmisz i jątrzysz, żeby nie zniknęły. Bo bez nich, bez całej tej zgnilizny… Nic z ciebie nie zostaje.- Nienawidził się za każdą myśl, ale nie potrafił przestać. W końcu nawet Orfeusza rozszarpały na koniec obłąkane Menady.

W końcu dotarli do kuchni, która w makabrycznym całokształcie Necronomiconu była specyficznym miejscem; odrobinę mniej złowieszczym, intymniejszym, cieplejszym. Ze swoimi spękanymi kaflami, spomiędzy których z uporem przez paskudną wilgoć, zawsze wyrastał jakiś mech. Na ścianach od lat wisiały te same zardzewiałe rondle i stare pęki ziół – szałwia, rozmaryn, lawenda – które nie pachniały już od dawna, a tylko przypominały, że kiedyś ktoś tu czasem gotował nie z przymusu, lecz z troski.
Usadził ją ostrożnie na krześle, tym na którego oparciu wisiała jedna ze starych sukienek Fridy. Sądząc po niciach i igłach pozostawionych na stole - Lorraine musiała ją cerować poprzedniego wieczoru.
- Pytasz mnie  dlaczego nie pozwoliłem ci umrzeć.- Dopiero teraz zaczął znów mówić. Odszedł w stronę nadwyrężonych przez czas szafek kuchennych. Szukał czegoś konkretnego.- Bo cię kochałem. Tak jak potrafiłem, jak mnie nauczono. - W końcu to znalazł. Szczęknęło szkło, gdy wyciągnął fiolkę eliksiru. Przeklął cicho dostrzegając, że jest praktycznie pusta. Mimo to zgarnął z blatu dwie szklanki i starą, zakurzoną butelkę wódki.- Więc przestań pierdolić o wybaczeniu, bo odbierasz temu wszystkiemu sens. - Odwrócił się, niepomny jak jej sylwetka lśni w blasku wpadającego przez okna słońca.- W bólu jesteśmy czyści. Tam gdzie jest ból, ukrywa się też prawda.- Wyrecytował jakiś stary fragment, zapomnianego przez laty pisma. Odstawił wszystko na stół, na dłuższą chwilę pozwalając zapaść między nimi ciszy, gdy napełniał oba naczynia wódką. Do jednego wlał resztkę eliksiru wzmacniającego - zbyt mało by w pełni zaleczyć złamanie, ale nie mógł zrobić nic więcej. Ujął obiema dłońmi jej policzki, chcąc się nacieszyć widokiem jeszcze przez parę chwil. Złamana. Taka jak powinna być i trwać. Wyglądała tak pięknie jak w dniu, w którym umarła. I tak jak wtedy, tak teraz jej ból łamał mu serce.- Nie rozumiesz?- Szepnął składając na jej bladym czole czuły, braterski pocałunek.- Jak mogłem pozwolić ci umrzeć, skoro nie należysz do Mirandy, a do mnie? Otworzyłaś oczy, bo ci pozwoliłem. Oddychałaś, bo cię trzymałem. Wróciłaś, bo wiedziałaś, że musisz do mnie wrócić.- Kolejny pocałunek, tym razem w czubek zaczerwienionego od płaczu nosa.- A dopóki jesteś moja, umrzesz tylko wtedy, gdy odprowadzę cię z powrotem do kaplicy. A potem znów ci szepnę zamknij oczy. I umrzemy, kiedy nie pozwolę ci ich otworzyć.
Kolejnego pocałunku już nie było. Zamiast tego opadł ciężko na stare krzesło naprzeciwko niej. Wzniósł swoją szklankę z czystym alkoholem w geście toastu.- Pij.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (6481), Lorraine Malfoy (9633)




Wiadomości w tym wątku
[29/30.08.1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 20.07.2024, 09:12
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Lorraine Malfoy - 06.08.2024, 01:20
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 02.09.2024, 00:43
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Lorraine Malfoy - 06.10.2024, 20:08
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 17.10.2024, 11:47
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Lorraine Malfoy - 09.11.2024, 17:07
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 16.12.2024, 23:11
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Lorraine Malfoy - 01.03.2025, 10:07
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 01.05.2025, 20:14
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Lorraine Malfoy - 03.05.2025, 15:21
RE: [sierpień 1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin - przez Baldwin Malfoy - 06.02.2026, 21:52

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa