Być może to lepiej, że nigdy nie dowiedziała się w jaki sposób Atreus klasyfikuje kobiety, bo jeszcze gotowa byłaby się śmiertelnie obrazić, słysząc, że jest zaliczana „do chłopaków”. Trudno byłoby zleźć bardziej kobiecego chłopaka od niej, począwszy od bardzo kobiecych kształtów, przez zadbane, pomalowane paznokcie, delikatny makijaż, na babskich humorkach kończąc. Nie spodnie czynią kobietę, czy jakoś tak, nawet jeśli ubierała je ostatnio dość chętnie – czy do przepisowego munduru, czy w bardziej prywatne spotkania. Może trudno w to uwierzyć, kiedy wyglądało się tak, jak ona (przecież nieraz widziała, jak rozglądają się za nią mężczyźni na ulicy, a i kobietom się zdarzało), ale nawet Victoria miała kompleksy. Ostatnio na ten przykład uważała się nie dość dobra, bo nie była niebieskooką blondynką… więc gdyby jeszcze dowiedziała się, że jest dzielona na „jednego z chłopaków”, to chyba coś by w niej pękło.
Nachmurzyła się bardzo wyraźnie, tak, że Atreus nawet nie musiał sięgać po aurowidzenie, żeby domyślić się, jakie emocje nią teraz targają. Głośno wypuściła powietrze przez usta i zmrużyła oczy, po czym jednak sięgnęła wolną ręką do torby, którą miała na ramieniu cały czas. Nie będzie jej Bulstrode kaprysił na środku Nokturnu, a im bardziej on mówił „nie”, tym bardziej ona myślała „tak”. Upartość wypiła wraz z mlekiem matki, to bez dwóch zdań.
– Jeszcze by tego brakowało, żebyś lubił. Te eliksiry nie mają być dobre, tylko skuteczne – argument „nie lubię” nie trafiał do Lestrange wprost zakochanej w delikatnej sztuce tworzenia eliksirów. – O? – powtórzyła za nim i wyciągnęła do niego rękę, w której ściskała fiolkę. – To co pan, panie Bulstrode, takiego przyjmował, że nie można tego mieszać z eliksirem wiggenowym? – to nie do końca było tak, że Victoria przyczepiała się do ludzi dla swojej złośliwej przyjemności. To znaczy… zdarzało się jej to, nie dało się zaprzeczyć, że gdy chciała, to potrafiła być prawdziwym wrzodem na tyłku, a wtedy, gdy nie chciała, była nim tylko trochę mniej… teraz była jak ten przyczepiony rzep do psiego ogona – to pewnie właśnie to Atreus wyczuwał chwilę wcześniej, wróżąc jak rozwinie się ich rozmowa i porównując aurorkę do swojej siostry. Florence i Victoria miały ze sobą zapewne więcej wspólnego, niż Atreus chciałby przyznać. – Bierz, nie wygłupiaj się. Schowaj do kieszeni, skorzystasz, jak będzie potrzeba.
– Jesteśmy, to prawda – powtórzyła za nim ponuro, zgadzając się co do tego, że owszem, byli w wielkiej dupie. Funkcjonariuszy było po prostu zbyt mało, by mogli ochraniać uzdrowicieli i jeszcze pomagać przy ewakuacji czy wyciąganiu ludzi z gruzów, a także… cóż, aktywnego przeciwdziałaniu czarnomagicznej aktywności, którą można było wyczuć w powietrzu.
Zapowietrzyła się niemalże, nadęła policzki jak ryba rozdymka, słysząc, ze to ona sobie stoi, a wcale to nie on tu prawie upadł i robiła za podpórkę pod drugim aurorem, ale ruszyła się z miejsca, by Atreus przypadkiem jej nie znikł z oczu.
– Tam coś jest – rzuciła po chwili i wskazała ręką z różdżką przed siebie. Wydawało jej się, że widzi gęsty, wielki kłąb dymu skupiony w jednym miejscu. – Czekaj… to o takim czymś mówiłeś?
// odgrywam zawadę Uparciuch oraz przewagę Tworzenie eliksirów i maści