Reakcja źrenic była w normie – Ginny zauważyła to dość szybko, patrząc tymi swoimi, bardzo nieludzkimi oczami na nieznajomego, którego uwaga skupiła się po chwili na niej. Odzyskiwał świadomość, to dobrze, bo Ginewra westchnęła krótko i zaraz zabrała dłoń. Dobrze, upewniła się, że mężczyzna żyje, że reaguje, kątem oka dostrzegała w jakim stanie jest jego koszula i dopiero teraz tak naprawdę miała okazję zobaczyć, z czym się tutaj mierzyła. To znaczy – mogła się domyślić, że mężczyzna miał spotkanie z ogniem, ale poparzone miejsca nijak nie mówiły o tym, by ten w te płomienie wszedł, albo jakoś uciekał z płonącego budynku. Nie, jego spodnie były w dobrym stanie, to ta koszula… Na klatce piersiowej, przedramieniu – tu widziała wykwitłe już pęcherze, czerwoną skórę, miejscami charakterystycznie naciągniętą. Zaklęcie? Ktoś w niego celował? Odruchowo obejrzała się na boki, ale póki co sceneria nie ulegała zmianie; dym i krzyki dolatywały nie z bezpośredniej odległości i tak naprawdę Guinevere dopiero teraz zauważyła, że znajdują się chyba pod bramą teatru… To jego pracownik czy przypadkowa ofiara ataku w tym właśnie miejscu? Nie miało to większego znaczenia, bo oto usłyszała bardzo slaby głos.
– Spokojnie, pomogę ci. Jestem uzdrowicielem – wyjaśniła szybko i otwarła tę swoją skrzyneczkę*, w której znajdowało się sporo różnych małych fiolek z kolorową cieczą w przegródkach, płaskich puszek, ale też dziwne narzędzia, mały moździerz, łyżeczki, kamienie, świece, kadziła, bandaże i inne rzeczy najwyraźniej potrzebne medykowi i posegregowane w odpowiedni sposób. – Jak się nazywasz? – próbowała zagadać nieznajomego, żeby tylko złapać jego uwagę i by i on mógł ją utrzymać, jak tonący utrzymywał głowę nad powierzchnią wody.
Szybko wybrała jedna z puszek, którą odkręciła i w nozdrza uderzył mocny, ziołowy zapach. Ginewra nabrała mazidło na palce i delikatnie zaczęła pokrywać oparzone miejsce na piersi Hannibala, uważając, by nie naderwać strzępów ubrania, które mogło się do rany przykleić. W dotyku maści ze skórą, za chwilę można było odczuć przyjemny chłód, który rozlewał się po ciele.
– Hej, jesteś tu jeszcze ze mną? – odezwała się po chwili, gdy na moment oderwała spojrzenie od poparzonej klatki piersiowej Selwyna, by zerknąć na jego twarz – czy odpłynął, czy może jednak jeszcze kontaktował.
*Chodzi o coś w tym stylu: klik, klik, klik