• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue

[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
02.05.2025, 19:45  ✶  
Gdyby jeszcze parę dni temu ktoś mi powiedział, że będę szedł z Prudence ramię w ramię przez porośnięte wrzosem bezdroża, z jej dłonią opartą o moje przedramię, pewnie uznałbym to za wyjątkowo kiepski żart. Nie była demonem szybkości, to fakt, ale w przeciwieństwie do niektórych, nie marudziła - nie wykrzywiała ust, nie rzucała kąśliwych uwag. Znów ta uporządkowana dziewczyna, która nie narzeka, nawet jeśli jej stopy błagają o litość. Zamiast tego - szła, trochę zawzięcie, trochę z dumą, ale przede wszystkim - z determinacją, i choćby dlatego już na samym początku dostosowałem krok do jej rytmu. Nie komentowałem też tempa, w jakim szliśmy, choć z każdym kolejnym krokiem upewniałem się, że musi mnie kosztować to więcej cierpliwości, niż sądziłem, że posiadam, ale znosiłem to z godnością. Nie powiedziałem jej tego, ale już przy pierwszym skręcie ścieżki miałem ochotę rzucić zaklęciem, które by te przeklęte lakierki zamieniło na coś, w czym da się przeżyć więcej niż sto metrów, ale nie zrobiłem tego. Z dwóch powodów: po pierwsze - dumna była z radzenia sobie w tych swoich cholerstwach i raczej uraziłaby ją chęć takiej pomocy; po drugie - transmutacja była dziedziną, w której nigdy sobie nie radziłem jakoś szczególnie. Czasem trzeba odpuścić - jeśli ktoś ci się podpiera o ramię i ma w dodatku buty nieprzystosowane do poruszania się po wzgórzach i szutrze, z którymi nic nie da się zrobić, nie poganiasz. Po prostu idziesz - równym, spokojnym krokiem, cicho, trochę tak, jakbyś nie chciał zaburzyć intymności tej chwili. Po prostu dobrze było czuć jej obecność - fizyczną, emocjonalną, całkiem prawdziwą, bez zbędnych masek, bez filtrów, które nakładało się, by przetrwać w tamtym świecie, w jakim widzieliśmy się w przeszłości po raz ostatni.
Słuchałem jej uważnie, co samo w sobie było dla mnie jakimś ewenementem. Nie zdarzało mi się to często. Często ludzie brzmieli, jakby ktoś przewijał im taśmę - nie chcieli rozmawiać, chcieli wygłosić, wyrzucić z siebie. Prudence potrafiła mówić o rzeczach poważnych, nie uciekając w pompatyczność. Nie trzeba było jej podpowiadać, kiedy wypada pytać, kiedy milczeć, a kiedy można sobie pozwolić na ironię. Jej słowa miały w sobie coś tak cholernie trafnego, że wywoływały we mnie półuśmiech, nawet jeśli poruszała tematy, które były dla mnie zbyt ciężkie, by odpowiedzieć całkiem szczerze - ubrać myśli w słowa i wypowiedzieć je głośno. Albo, jeśli to nie była moja historia, by ją opowiadać - trochę tak jak w przypadku tego, co sprawiło, że ciotka Corneliusa postanowiła się nami zajmować i była sobie w stanie poradzić z tą całą ferajną. Ograniczyłem się do jednego komentarza, odpowiadając:
- Miała więsej jaj, nisz większoś dolosłych w tamtym czasie lasem wsięta, i więsej losumu... A to jedno s dlugim szię często nie łąszy. - Powiedziałem - coś o tym wiedziałem. Często gęsto ta porywczość, te „jaja” nie szły w parze z rozumem. Można było być twardym, ale nierozsądnym.
Szliśmy dalej - powoli, ale do celu, a ja nie komentowałem jej tempa, chociaż nie ukrywam - mogłem przebyć tę trasę trzy razy szybciej i jeszcze zdążyć przy okazji nazbierać jagód, ale nie o to chodziło. Chyba właśnie na tym polegała różnica - nie musieliśmy dojść do żadnego celu, szliśmy razem, i to „razem” było całkiem nowe, nieco dziwne, ale i zaskakująco przyjemne. Nie spodziewałem się, że rozmowa między nami będzie płynąć tak gładko. Owszem, znałem jej zdolności oratorskie - w końcu była dobrze wychowana, w szkole była prefektem, później prefektem, ale odkąd nasza relacja zupełnie się spierdoliła, myślałem o niej jak o kimś… Zatrzaśniętym w swoich wyważonych, znajomych schematach - takim ludzkim odpowiedniku wypolerowanego, porcelanowego dzbanku z herbatą, oczywiście, zazwyczaj idealnie letnią. Kipiała tylko wtedy, gdy odpowiednio się ją wkurwiło... Tymczasem teraz - nie wiedziałem, czy to kwestia dystansu od rzeczywistości, bo byliśmy tu sami, czy nowego spojrzenia przez pryzmat wspólnych przeżyć i czasu - ale była żywa, obecna. I, co gorsza, znowu cholernie pociągająca. Rozmowa z nią wciągała - Prudence zadawała pytania, które wbijały się pod skórę. Nie złośliwie - po prostu celnie, jakby wiedziała dokładnie, gdzie szukać pęknięć, żeby wylać przez nie odpowiedzi. I, o dziwo, nie przeszkadzało mi to.
Parsknąłem przy jej komentarzu o Eliasie. Oczywiście, że nie rozumiała, jakim cudem jej brat stał się jednym z nas. Prawdopodobnie nigdy nie patrzyła na niego przez pryzmat czegoś więcej niż „bliźniacze rodzeństwo” - a Elias był dużo bardziej skomplikowany, niż jej się wydawało. To było trudne pytanie. Zdawałem sobie sprawę, że nie chciała słyszeć mojej odpowiedzi, która brzmiałaby: „Życie jest pełne dziwnych decyzji.”
- Elias dołąszył, bo był doś upalty, by nie daś szię wyrzuciś. - Powiedziałem, spoglądając przed siebie. - To było jakoś na szamym poszątku szkoły. Nie wiem, kto układał plany zajęś, ale był cholym zwyrolem, bo - sama zlestą wies - niemal zawse łąszyli nam zajęsia ze Slythelinem. - Zacząłem, chociaż to była taka trochę uniwersalna prawda i powszechna wiedza - na początku, przed rokiem, na którym wybierało się indywidualnie dodatkowe przedmioty, zajęcia zazwyczaj były łączone. Gryffindor ze Slytherinem, Ravenclaw z Hufflepuffem. Co śmieszne, niemal do samego końca, podczas ceremonii przydziału, byłem święcie przekonany, że ja trafię do Slytherinu, jak reszta rodziny, a Cornelius do Ravenclawu. Znałem już wtedy Ambroise'a - też obstawiałem Ravenclaw - pozostałej dwójki jeszcze nie. Samo się tak jakoś ułożyło, że trafiliśmy wszyscy razem do jednego domu, ba, do dormitorium - pięć osób, pięć łóżek, ale od razu zaskoczyło. Corio i Roise nienawidzili się jeszcze przez blisko trzy lata, Romy ich analizował, jasna sprawa, a z Eliasem na początku nikt z nas nie planował trzymać, bo był półkrwi. - Nie zaplasaliśmy go, nie chcieliśmy, pszynajmniej na poszątku. Tyle, sze tak jakoś wyszło, w zwiąsku z zajęsiami, miał do wybolu dosiąś szię do nas, nawet wblew nasej woli, bo nie mieliśmy nic do powiedzenia, albo usiąś ze Ślisgonami. Zlobił szobie miejsce, potem tak samo postąpił w Głównej Sali, las, długi, tszesi... Siadał i nie dał szię wygryś. Mosze po plostu szię zagapił i jusz tak został, chociasz moim zdaniem, to było pszemyślane. Plosty mechanism. Działa w kaszdej stluktusze. - Uśmiechnąłem się pod nosem, bo to jego bycie, chociaż wtedy na początku bardzo irytujące, z czasem nabrało jakiegoś sensu. Elias był jak drzazga w dupie -  bolał, ale bez niego to wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Nie miałem pewności, dlaczego zrobił to, co zrobił, ale wiedziałem, że w tej grze, którą graliśmy, liczyła się lojalność, a Bletchley miał jej w nadmiarze.
Podobało mi się, że Prue nie próbowała mnie poprawiać, kiedy mówiłem, że jestem stary - nie próbowała tego negować. Nie wmawiała mi, że jestem młody. Może dlatego, że sama też czuła się starsza niż metryka jej pozwalała. Tak się dzieje, kiedy dorasta się za szybko. Jasne, próbowała to obrócić w żart, rzuciła tekstem o granicach wieku, ale wiedziałem, co widzi, kiedy na mnie patrzy. Blizny, zmarszczki, cień zmęczenia pod oczami. Wiedziałem, co za tym stoi - nie różnica daty urodzenia, która rzeczywiście była minimalna, ot, raptem pół roku, nawet niecałe.
- Mam tszydzieści siedem lat. Mam ci pokazaś dokumenty? - Odparłem luźno i wzruszyłem ramionami, przenosząc wzrok na kamienie na drodze przed nami - były coraz większe, teren stawał się bardzo nierówny, a buty Prue... Buty - jej buty były okropne. Nie mówiłem tego kolejny raz, oczywiście, ale co jakiś czas zerkałem na nie z pewnym niedowierzaniem. Na tej ścieżce wyglądały tak bardzo nie na miejscu, ale nie narzekała - i to szanowałem. Miała tę upartą minę kogoś, kto wie, że nie dokonał najlepszego wyboru, ale postanowił udawać, że wszystko idzie zgodnie z planem. Typowy syndrom Prue. Jednocześnie jednak ciągle było w niej coś, czego nie do końca potrafiłem rozgryźć - mimo tego, że minęło już trochę czasu. Nie zaskakiwała mnie jej skłonność do analizowania sytuacji, bo odkąd pamiętałem, była tego przykładem - zawsze trochę zamknięta, trochę wycofana, zafiksowana na tym, co powinno się wydarzyć, a nie na tym, co się działo. Teraz już wiedziałem, z czego to wynikało, i jakoś łatwiej było mi to akceptować - nie czułem potrzeby mówienia o tym, że jej potrzeba wiedzy była trochę zbyt obszerna, bo wymienialiśmy się informacjami w obie strony. To była prawdziwa rozmowa.
Czasem zdarzało mi się myśleć, że to nie był prawdziwy bunt - to była desperacja, bo gdyby to naprawdę był plan... To znaczyłoby, że wiedziałem, do czego zmierzam, a ja nie miałem pojęcia, chciałem po prostu uciec z tej klatki. Nie wiedziałem, czy poza nią czeka coś lepszego, ale wiedziałem, że nie wytrzymam dłużej w środku. Tak, działałem pod wpływem impulsu. Czasami czułem, że cała moja historia to zbiór decyzji podjętych pod wpływem impulsu, a później tłumaczenie ich sobie racjonalnymi argumentami.
- Mosze coś w tym jeszt. - Powiedziałem w końcu, bo jej pytanie gdzieś tam zawisło w powietrzu. - Mosze, gdybym wtedy slobił to inaszej, mniej impulsywnie... - Kontynuowałem po namyśle, pomijając część faktów, które uniemożliwiały mi zrobienie czegoś innego w inny sposób. - To mosze telaz byłbym maltwy... Albo nadal siedziałbym pszy tym pszeklętym stole, s zegalkiem na lęse i szłowami w galdle, któlych nie wolno wypowiedzieś. Mosze s nazwiskiem, ale s piepszoną rószdszką u gardła. A mosze to ja sam bym ją komuś pszykładał, to tesz jeszt moszliwoś. Wyból był plosty - albo moje szycie po mojemu, albo ich. - Nie musiałem tłumaczyć, kim byli oni. Ona wiedziała, a przynajmniej - domyślała się... I nie chodziło mi o rodziców, nie tylko o nich. O system. O wszystko to, co było zbudowane na ciszy, posłuszeństwie i przymusie. Tego nie dało się rozbroić listem z postulatami czy rozmową o uczuciach. Trzeba było to podpalić... Albo uciec.
Zbyt łatwo byłoby popaść w refleksję na temat ludzi, którzy wciąż nie potrafią otworzyć oczu, mimo że wszystko wskazuje na to, że powinni, i poczuć się zmęczonym tą toksyczną stagnacją, w jakiej wciąż żyła spora część świata. Sam nie musiałem toczyć tej walki o zmianę - wybrałem inaczej, przez co moje życie stało się serią nieoczekiwanych zwrotów akcji, które piętnaście lat temu sprawiły, że teraz nie byłem już w centrum tej gry. Taka wolność miała swoją cenę, nie zapominałem o tym - spalone mosty, porzucone plany, zmarnowany potencjał. Zresztą wtedy, te półtorej dekady wcześniej, gdyby chodziło tylko o mnie, o moje życie, pewnie nie ścierałbym się z systemem, nie walczyłbym o coś, co tak na dobrą sprawę przez pół życia wydawało mi się stosunkowo nieosiągalne. O tę zupełną niezależność, a jednoczesne oderwanie od korzeni - wszystko to było efektem ubocznym kilku impulsów, młodzieńczego buntu i konieczności wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny i ich wpływ na życia innych ludzi. Nie miałem złudzeń, gdyby nie to, jak to się potoczyło, pewnie szybko przestałbym być buntownikiem. Narobiłbym szumu, a potem wróciłbym z podkulonym ogonem, bo w tamtym czasie wcale nie byłem tak twardy, jak sądziłem. Może, gdybym był, to nigdy nie opuściłbym Wielkiej Brytanii. Zwłaszcza pod osłoną nocy, szczególnie w pośpiechu. Zamiast tego, gdy wszystko zaczęło się pierdolić, obiecałem sobie, że po prostu zniknę... Znikniemy. I tak zrobiłem. Wtedy to nie wydawało mi tylko ucieczką przed rzeczywistością, ale także jedynym sposobem na przetrwanie, a teraz? Nawet nie wiedziałem, co mi to dało. Poza wiadomym - oczywiście, tym ciągłym zmianom i życiem w ruchu, przemieszczaniem się z miejsca na miejsce. Przynajmniej miałem wytrzymałe nogi.
Prue szło wyjątkowo dobrze - nawet się nie potknęła, mimo że kilka razy byłem pewien, iż za chwilę zawiśnie na moim ramieniu jak kotwica. Utrzymała się - za co chyba należały jej się brawa. Chociaż, oczywiście, nie powiedziałbym tego na głos - jeszcze pomyślałaby, że ją chwalę, a na to było zdecydowanie za wcześnie.
Ciekawe, że zdołała przyznać się przed sobą, że nigdy nie była zbuntowana, a teraz jej wcale nie buntownicza młodość już przeminęła. Miała w tym rację - ale była też w błędzie. Jej bunt właśnie się zaczynał, tylko że wyglądał zupełnie inaczej niż mój. Wychodziła z własnego spokojnego, poukładanego życia bokiem, bez huku, i może to było znacznie skuteczniejsze. Ja wybuchłem - ona się wyślizgiwała, przecież to widziałem. Mogła mówić, co chciała, ale w ostatnich dniach raz po raz dawała mi do zrozumienia, że postępuje bardziej nieszablonowo. To było zaproszenie obcego do mieszkania po szalonej ucieczce z dywersją, droga przez pożar, tamten impulsywny pocałunek, wszystko to, co robiliśmy dzisiaj w garażu i decyzje, jakie chyba zostały podjęte w związku z tym, co mogło być dalej... Byłem przyzwyczajony do tego, że ludzie mają swoje granice, do których nie chcą dopuścić nikogo. Prudence, w czasach szkolnych, była dość wyraźna w tym, że nie zamierzała dopuścić mnie do swojego wnętrza zbyt łatwo. Tak właściwie to wcale. Tymczasem dziś...? Dziś było zupełnie inaczej.
- Wies. - Odezwałem się po dłuższej chwili ciszy. - Jeszli chodzi o to twoje „jusz po młodosi”... - Zerknąłem na nią, tłumiąc wymowny uśmiech. - To jak na spokojną, ułoszoną kobietę po pszejsiach, ladzis sobie zaskakująso dobsze, zdesydowanie ciekawiej nisz wtedy. - Nie musiałem precyzować, co znaczy „wtedy”. Oboje wiedzieliśmy - tamte czasy, gdy patrzyliśmy na siebie z dystansem, albo i pogardą, kiedy oboje byliśmy przekonani, że już wszystko o sobie wiemy, a jednocześnie nie wiedzieliśmy kompletnie nic. Lubiłem ten jej sposób bycia - bezpośrednia, ale jednocześnie nieoczywista, jakby nigdy do końca nie odsłaniała wszystkich kart, jakie miała w ręku. Tyle, że ja potrafiłem grać w tę grę, to nie było dla mnie nic nowego. - Posa tym nie mów mi, sze nie lobisz nic zbuntowanego na stale lata. Całujesz obcych ludzi. Wymykanie szię na schadzkę s pszyjasielem blata tesz jeszt dosyś kontlowelsyjne. - Nie mówiła nic o tym, co wydarzyło się wcześniej - o pocałunkach, o dłoniach, o tym wszystkim, co rozegrało się między nami, zanim jeszcze opuściliśmy posiadłość. Nie mówiła, ale nie musiała - wystarczyło, jak na mnie patrzyła. Widziałem, że wraca do tych chwil. Ja też do nich wracałem i nie zamierzałem się przed tym bronić - przynajmniej w jakiejś nieokreślonej przyszłości, bo chwilowo zachowywaliśmy się bardzo cywilizowanie.
Nie wiem, dlaczego miałem ochotę na tę rozmowę na takie, a nie inne, trudne tematy. Przecież mógłbym to po prostu zostawić w spokoju, kontynuować ciszę, przyjąć tę obojętność, którą już tak dobrze znałem. Zamiast tego, otworzyłem się, mówiąc Pru o swoim zdaniu - tak wydawało się w porządku, to brzmiało dobrze. Pokiwałem tylko głową, gdy wspomniała o  służeniu elitom, miała rację - nic się nie zmieniało. To były stare mechanizmy władzy, które wciąż trzymały się kurczowo w rękach tych samych ludzi, którzy byli gotowi dbać tylko o siebie. Nie powiedziałem nic, bo nie miałem zamiaru prowadzić filozoficznych rozmów o przyszłości świata czarodziejów - po prostu wzruszyłem ramionami. Przez chwilę milczałem, bo wiedziałem, że to była rozmowa, która wymagała od nas obojga więcej, niż tylko przerzucania się zdaniami. Czarodziejski świat stał w miejscu, bo tak było wygodnie tym na szczycie. A reszta? Cóż, reszta za szybko się poddawała - czasami rzucała tą jedną cegłą, wywoływała jakieś wydarzenie, a potem panikowała i robiła, co mogła, żeby nie zostać stratowana. W pewnym momencie coś zaczęło się zmieniać, był taki moment, kiedy pomyślałem, że jak już runie jeden mur, to ludzie w końcu przejrzą na oczy, ale nie - woleli pozwolić elicie zbudować go od nowa z tych samych cegieł, które ich wcześniej przygniotły. A arystokracja z tego korzystała, bo czemu nie - tak było im dobrze, wygodnie. Dlatego nie miałem już żadnych złudzeń - nie należałem tam i nie zamierzałem wracać, nigdy. Nie to, bym mógł to zrobić... Te mosty zostały spalone.
- Chociasz mosze lepiej, sze nie umies... Jakbyś umiała dobsze szucaś, to pewnie jusz dawno byłabyś w Azkabanie, bo ci lusie są poustawiani... - Rzuciłem, chociaż wizja pizd pod oczami urzędników była wyjątkowo zabawna. Obrazek tyleż komiczny, co przyjemnie destrukcyjny. Miała rację - całą, cholerną rację. Gdyby każdy miał odwagę zareagować na to, co widzi, może rzeczywiście nie żylibyśmy w świecie, który udawał, że wszystko jest w porządku, podczas gdy wszyscy po cichu duszą się we własnych rolach. - Albo pszynajmniej na czalnej liście. A stamtąd, s taką leselwasją, jusz łatwo trafiś na kolasję s nasymi stalymi znajomymi w maskach. - Skwitowałem, bo - oj, z pewnością każde z nas miało przynajmniej kilka typów ze szkolnych czasów albo z otoczenia, które idealnie pasowały do tamtej ferajny. Oczywiście, wszystko to były spekulacje, zawsze miały być, ale raczej dosyć trafne. Nie na tyle, by otwarcie rzucać oskarżeniami, chociaż... - Za to ja umiem, nie mam za wiele do stracenia i gdybym mógł... -  Powiedziałem spokojnie, bez przejęcia. - Pewnie, mimo wsystko, wziąłbym tą twoją cegłę i szusił w kaszdego s nich po kolei. Tak, szeby poczuli, jak to jest mieś na twaszy znak swoich pszekonań. Miałabyś ten swój widok. - To dziwnie miłe uczucie, kiedy możesz komuś powiedzieć coś prawdziwego i nie usłyszeć w odpowiedzi tego obrzydliwego „aha”, co niestety miałem z przyjaciółmi - wszyscy, prócz Eliasa, byli w końcu konserwami.
Kiedy rzuciła półgębkiem, że „faceci są dziwni”, uniosłem brew, bo miała rację - byliśmy, a jeszcze dziwniejsze było to, że część z nas uznawała „cipowatość” za jakąś formę moralnego zagrożenia. To było głupie, ale prawdziwe... I raczej się nie zmieniło. Spojrzałem na jej buty - na te śliczne, absurdalnie niepraktyczne buciki, które wyglądałyby dobrze w herbaciarni, ale nie na górskim szlaku. To niby my byliśmy dziwni? Ja zawsze byłem przygotowany na okoliczność potrzeby spierdalania.
- Pamiętaj, tym lasem nie zamieszam cię nieś, więc miesz siły na zamialy. Moszemy odpocząś. - Ostrzegłem z delikatną uszczypliwością w głosie, chociaż nie było to zupełnie poważne - oczywiście, że bym ją poniósł, gdyby tego potrzebowała, ale całe szczęście było inaczej. - Jak umszes, to kaszę Eliasowi napisaś na twoim naglobku: „Zginęła, ale z klasą, od lasu w trumiennych lakielkach, do tego jednego była pszygotowana”. - Rzuciłem, zanim zdążyłem się powstrzymać. Zatrzymaliśmy się. Widziałem, że się we mnie wpatruje i, na Merlina, to był ten rodzaj spojrzenia, który potrafił człowieka pozbawić tchu, jeśli nie był na to przygotowany. W jej spojrzeniu była ciekawość, której wcześniej nie znałem - nie naukowa, nie zdystansowana, tylko ludzka. Nie musiała nic mówić, w tych oczach było wszystko - zaintrygowanie, że to się dzieje naprawdę, ciekawość, czy będzie z tego coś więcej przez ten tydzień, i ta ledwie uchwytna nuta pewności, że tak, która jednocześnie mówiła: „To nie może trwać, więc nie traćmy ani chwili.” Tak, miałem pewne wyobrażenie o tym, jak będzie wyglądał nasz koniec tej wyprawy. Prue nie mówiła o tym na głos, ale przeczuwałem, że miała podobne myśli. Zauważyłem, że samymi oczami sięgała po coś więcej, a ja... Cóż, miałem podobne zamiary, ale nie chciałem tego nazywać. A jeśli nie nazywałem, to znaczyło, że nie musiałem stawiać sobie żadnych granic. Prawdę mówiąc, nie miałem pojęcia, co z tego wyjdzie, ale nie potrafiłem przestać myśleć o tym, co się działo między nami. Byliśmy razem, ale na pewno nie byliśmy razem w tradycyjnym sensie - to był przelotny, niezobowiązujący romans, nawet jeśli jednocześnie to była praktycznie randka... Schadzka? „Schadzka” brzmiała mnie kłopotliwe, bo sugerowała tą krótkoterminowość i brak zaangażowania emocjonalnego, tyle, że nie do końca odzwierciedlała atmosferę między nami. To, że nasze spojrzenia były coraz bardziej uważne - zaczynaliśmy dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie zauważaliśmy - zbliżało nas. Czas zadziałał na nas jak sprzymierzeniec, a nie wrogi faktor. Czułem to - i to, że ona też to czuła. Nagle przestało chodzić o to, co było wcześniej - bo to, co działo się teraz, miało sens. Mogliśmy zaczynać na nowo, chociaż z drugiej strony nie byłem pewien, czy to było dobre. Terminowość, data ważności relacji - to miało swoje plusy i minusy. Na pewno przez to wszystko działo się szybciej, ale czy już „dzięki temu”? No, chyba niekoniecznie, lecz postanowiłem tego nie analizować.
Kamienie kromlechu były coraz bliżej, ich sylwetki rysowały się wyraźnie na tle porannego nieba. Miejsce miało w sobie coś z ciszy sprzed wieków, jakby ziemia pamiętała tu rzeczy, których nikt inny nie potrafiłby już odtworzyć.
- Lobi wlaszenie, co? - Zapytałem, wskazując brodą na kromlech, puszczając ramię Prue, a jednocześnie prawie bezmyślnie przesunąłem dłonią po jej plecach, czując przez materiał kurtki ciepło jej ciała. To było coś więcej niż zwykłe „jestem obok ciebie”. To było „chcę tu być”. Po tych słowach na chwilę zamilkłem - nie odezwałem się od razu, bo nie chciałem spieprzyć atmosfery tego momentu. Nie ruszyłem od razu za Prudence - pozwoliłem sobie zostać w tyle. Chciałem, żeby zobaczyła to pierwsza, żeby przeszła kilka kroków przede mną i mogła się rozejrzeć. Zasłużyła na to, żeby na moment poczuć się częścią czegoś większego. Czegoś, co istniało też poza naszymi czasami, przed nami i miało istnieć po nas.
Praktycznie dotarliśmy na miejsce. Krąg kamieni rozciągał się przed nami - miejsce było ustronne, niemalże sakralne w tej swojej dzikości. W ciszy tego miejsca było coś uroczystego, niemal magicznego, chociaż przecież magia była naszym chlebem powszednim, jednak w tym wypadku chodziło o jej inny rodzaj. Natura zdążyła już zagarnąć część kręgu dla siebie - w szczelinach między głazami rosły paprocie, mech tworzył gęsty, zielony dywan, a cisza, która tu panowała, wydawała się niemal niepokojąca, ale nie w ten złowieszczy sposób - raczej jakby świat wstrzymał oddech.
Zatrzymałem się prawie na szczycie, kilkanaście sekund po niej, czując delikatny powiew wiatru, który rozwiewał moje włosy. Spojrzałem w dal, w morze, w horyzont, gdzie niebo łączyło się z wodą w delikatnym, niemal nieuchwytnym rozmyciu - to był naprawdę ładny widok, imponujący, malowniczy, a mimo to, czułem, jak moje myśli zmierzają z powrotem do kobiety przede mną. Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy - uśmiechała się, ale w inny sposób, z błyskiem w oczach. Wiatr przesunął kosmyk jej włosów przez czoło. Było w tym coś tak prawdziwego, że sam musiałem się uśmiechnąć, nim zdążyłem się powstrzymać - było to proste i cholernie przyjemne.
- A więs... Gdybyś miała moszliwoś zlobiś coś naplawdę głupiego… Telas, kiedy jusz nie musis byś tą uposządkowaną dziewczyną, co byś zlobiła? -  Zapytałem, ot tak, przerywając ciszę, bo skoro ona miała prawo do pytań, ja też chciałem wiedzieć. - Gdybyś mogła zlobiś coś szalonego, cokolwiek, co nie miałoby sensu, co wymykałoby się twojemu uposządkowanemu światu, co by to było?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (43540), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (35854)




Wiadomości w tym wątku
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Pan Losu - 30.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 30.04.2025, 21:33
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.04.2025, 23:24
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 00:13
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 01.05.2025, 02:30
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 03:30
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 01.05.2025, 15:38
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 23:40
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 02.05.2025, 19:45
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 03.05.2025, 00:53
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 04.05.2025, 20:31
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 05.05.2025, 18:00
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 06.05.2025, 18:07
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 07.05.2025, 01:27
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.05.2025, 23:21
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 09.05.2025, 22:51
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 11.05.2025, 01:33
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 11.05.2025, 23:43
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.05.2025, 17:37
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 16.05.2025, 00:16
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 16.05.2025, 19:39

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa