04.05.2025, 15:55 ✶
— Nie — odpowiedział z trudem, mimo że sam nie do końca był pewny, czym ta trudność była spowodowana. Pytaniem o Alice? Przez własny strach czy absurd tej sytuacji, która wymknęła mu się spod kontroli już w Dolinie? — Poleciało szkło i ona… Ona była za blisko. Może przez to, że stała najbliżej epicentrum, nie wiem. Mówiła, że nic jej nie jest, ale nawet nie chciałem ryzykować. Poza tym znasz ją — a po chwili fuknął pod nosem ze złością, która nie potrafiła znaleźć ujścia z jego ciała odkąd się tu zjawił. Nie na Brennę, nie na Munga, nie na tych pieprzonych szaleńców, którzy ponownie rzucili świat w płomienie. Na siebie, bo kogo innego miał winić, jeśli nie tego idiotę, który tydzień temu opowiadał przy kolacji, jak to w razie czego sam jeden wyniesie swoje dziewczyny z płonącego domu, nawet z nogą złamaną w kolanie? Co za ironia. Co za żałosny żart. Pod jego własnym nadzorem — pod jego pieprzonymi rękami — jego najstarsza córka dostała, kiedy dźwięk pękającego szkła rozciął powietrze jak zgrzyt noża po porcelanie. Przynajmniej zdążył ją odprowadzić. Przynajmniej Alice była w Mungu. Tyle że jaka z tego pociecha, jeśli tam też zaraz miało się zacząć piekło? Może tam też mieli zaraz uderzyć?
— Zgłosiłem. Ktoś już powinien być na miejscu, ale wątpię, żeby to wystarczyło — im dalej się poruszali, tym przestrzeń zatracała swoje granice. Kontury budynków zniknęły, bo dym zjadał rzeczywistość kawałek po kawałku. — Dolina to jedno, Londyn to drugie. Martwi mnie to, że… — powstrzymał się ze swoim dalszym filozofowaniem skoro nie był pewien, czy to miasto nie zabrało mu już zbyt wiele? W jego głowie rozprawiała identyczna rozterka. Czy było coś złego w tym, że najpierw chciał upewnić się, że wszyscy, których kochał, byli cali? Że przedkładał ich bezpieczeństwo ponad kolejne zlecenie, oddział, raporty i porządek operacyjny?
Nie było nic naturalnego w tym, jak dym wpełzał mu do gardła i bez ostrzeżenia zaatakował płuca. Zaklęcie Brenny przyniosło ulgę natychmiastowo, więc skinął głową w podzięce.
— Halo?! — wychrypiał ktoś. — Proszę…
— Hej! Stój, nie ruszaj się! — zawołał. Julian podniósł różdżkę.— Słyszysz mnie? Podejdę!
— N-nie… Ja… Ja nie widzę nic! — głos zadrżał. Młody. Bardzo młody. — Coś… Coś mi się dostało do oczu, na Matkę, ja nie wiem… Ktoś… Ktoś krzyczał, potem był wybuch i…
III af, czy ewentualnie dam radę wyciągnąć chłopaka siłą z dymu T_T
— Zgłosiłem. Ktoś już powinien być na miejscu, ale wątpię, żeby to wystarczyło — im dalej się poruszali, tym przestrzeń zatracała swoje granice. Kontury budynków zniknęły, bo dym zjadał rzeczywistość kawałek po kawałku. — Dolina to jedno, Londyn to drugie. Martwi mnie to, że… — powstrzymał się ze swoim dalszym filozofowaniem skoro nie był pewien, czy to miasto nie zabrało mu już zbyt wiele? W jego głowie rozprawiała identyczna rozterka. Czy było coś złego w tym, że najpierw chciał upewnić się, że wszyscy, których kochał, byli cali? Że przedkładał ich bezpieczeństwo ponad kolejne zlecenie, oddział, raporty i porządek operacyjny?
Nie było nic naturalnego w tym, jak dym wpełzał mu do gardła i bez ostrzeżenia zaatakował płuca. Zaklęcie Brenny przyniosło ulgę natychmiastowo, więc skinął głową w podzięce.
— Halo?! — wychrypiał ktoś. — Proszę…
— Hej! Stój, nie ruszaj się! — zawołał. Julian podniósł różdżkę.— Słyszysz mnie? Podejdę!
— N-nie… Ja… Ja nie widzę nic! — głos zadrżał. Młody. Bardzo młody. — Coś… Coś mi się dostało do oczu, na Matkę, ja nie wiem… Ktoś… Ktoś krzyczał, potem był wybuch i…
III af, czy ewentualnie dam radę wyciągnąć chłopaka siłą z dymu T_T
Rzut Z 1d100 - 43
Slaby sukces...
Slaby sukces...