Yaxley zdawała sobie sprawę z tego, że dobrze zrobili zjawiając się tutaj. Póki co jeszcze jednak nie do końca była spokojna, bo część z nich nadal znajdowała się w Londynie. Przez te dwa dni nie do końca umiała sobie znaleźć miejsce, bo jedną z osób, które zostały na miejscu pożarów był Ambroise. Niby wiedziała, że był w Mungu, tam powinien być bezpieczny, ale to wcale nie powodowało, że czuła spokój. Nigdy nie wiadomo, co mogło się wydarzyć. Zresztą, czyż nie mieli szansy właśnie tego zobaczyć, kiedy rozpętało się to piekło na ziemi?
Nikt nie zakładał tego, że śmierciożercy postanowią spalić Londyn, zupełnie niespodziewanie pożary zaczęły trawić całe miasto. Nie widziała zresztą jak wielkie były straty, bo ewakuowali się stamtąd nad ranem, kiedy słońce nie zdążyło wyjść zza horyzontu. Nie miała pojęcia, czy jej znajomi i przyjaciele byli bezpieczni. Powinna pewnie zacząć wysyłać listy i sprawdzać co z nimi. Póki co próbowała jakoś odnaleźć się w tej rzeczywistości.
Poza sprawą spalonych lub nie mieszkań, mieli na głowie jeszcze wampira, który był uzależniony od eliksirów nasennych, doglądała brata, jednak na razie też nie sięgała po żadne, specjalne środki. Na miejscu nie miał skąd brać tych swoich eliksirów na sennych, więc jakoś specjalnie nie martwiła się, że może znowu przedobrzyć. Nie był tu sam, więc dość szybko ktoś zauważyłby jego nieobecność, na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że inni również go obserwowali, bo Geraldine nie miała większego oporu przed tym, aby przedstawić to jak wyglądał problem.
Gdy zjawiła się na miejscu odruchowo wybrała sypialnię Roisa, nie musiała znowu przenosić się do pokoju gościnnego, jak robiła zawsze od kiedy ich drogi się rozeszły. Cieszyło ją to, nawet jeśli po drodze pojawiły się kolejne problemy, to nie dotyczyły one ich relacji. Przed pożarami w końcu ustalili jeden front i dotarło do nich to, że mieli wrócić do wspólnego życia, chociaż w tym względzie jakoś im się układało.
Nie miała pojęcia, kiedy Cornelius i Ambroise zamierzali się zjawić w rezydencji. To ją trochę irytowało, ale rozumiała, że ciężko było przewidzieć pewne rzeczy. Na pewno wiele osób potrzebowało ich wsparcia, zdawała sobie sprawę z tego, że mieszkańcy Londynu mocno ucierpieli podczas tych ataków. Widziała zresztą to na własne oczy, musiała pogodzić się z tym, że jej chłopak był tam aktualnie bardziej potrzebny niż tutaj. Oczywiście, że trochę panikowała, starała się nie dać jednak poznać po sobie jak bardzo. Nie było sensu wprowadzać niepotrzebnego zamieszania.
Nie sypiała spokojnie, te noce bardziej przypominały czuwanie, nie mogła być bowiem pewna, że nie dostanie jakiejś niepokojącej informacji, nie, żeby zakładała najgorsze, ale po tym, co widziała niczego przecież nie można było być pewnym.
Siedziała na łóżku i wpatrywała się w okno. Poranek nie należał do tych najprzyjemniejszy, chłód zbliżającej się jesieni był już odczuwalny, do tego okolicę okrywała mgła. Na pewno nie przeszkodziło by jej to w wybraniu się do lasu, nie znosiła w takich sytuacjach siedzieć bezczynnie, bo ciągle myślała o tym, czy na pewno wszystko było w porządku. Mogłaby się czymś zająć, tropić zwierzynę, cokolwiek, byleby tylko nie siedzieć w zamknięciu, bo jej to nie służyło. Z drugiej jednak strony wolała jednak zostać tutaj, żeby być na miejscu, kiedy Ambroise się pojawi, chciała na niego zaczekać.
Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk korków na korytarzu. Odruchowo wstała z łóżka, przystanęła tuż obok niego i czekała. Nie miała pojęcia, czy te kroki zwiastowały ich przybycie, czy to któryś z aktualnych lokatorów postanowił wybrać się na spacer. Niczego nie mogła być aktualnie pewna. Mimo wszystko, miała nadzieję, że nadszedł ten moment, w którym mieli się już zobaczyć. Wpatrywała się w drzwi, wyczekując, liczyła na to, że w końcu go zobaczy.
Drzwi się otworzyły, zobaczyła Roisa, przez co odetchnęła z ulgą. Stał przed nią, cały i zdrowy, nie, żeby spodziewała się, że będzie inaczej, mimo wszystko czuła jakiś dziwny, wewnętrzny lęk o jego bezpieczeństwo. Wyglądał na zmęczonego, nie dziwiła się temu wcale, bo musieli mieć naprawdę ogrom pracy w Mungu.
Ruszyła się z miejsca, bez słowa. Bardzo szybkim krokiem, by znaleźć się tuż przy nim. Od razu przylgnęła do mężczyzny, chciała się do niego przytulić. Potrzebowała tego. Nareszcie wszyscy byli bezpieczni. Mogli przetrawić to, co się wydarzyło.
- To było jak wieczność. - Te dwa cholerne dni, które musieli spędzić osobno. Niby zaliczyli w swoim życiu dłuższe rozstania, jednak to wydarzyło się dość spontanicznie, ledwie po tym, gdy dotarło do nich, że wracają do siebie. Nie przewidziała, że coś takiego się wydarzy, że jeden z najlepszych dni w ostatnim czasie zakończy się tak dramatycznie. Jak widać nigdy nie mogło być za dobrze, zawsze coś musiało się spierdolić, w tym przypadku doszło do pożarów, było to jednak już za nimi. Nic im się nie stało, mogli po prostu wrócić do siebie, jakby nic takiego się nie stało. Przeżyli, co pewnie nie było wcale takie oczywiste, zważając na to ile osób straciło życia podczas tamtej nocy.
- Jak bardzo źle tam jest? - Musiała się o to zapytać, nie przestawała wtulać się w mężczyznę, nie chciała jeszcze wypuszczać go z ramion. Nie była w Londynie od momentu, w którym go opuściła, nie wiedziała, na co powinna się szykować.