04.05.2025, 18:54 ✶
Mona miała doprawdy dziwną rodzinę, prawda?
Kuzynów, których wyuczone maniery i tytułomania aż się prosiły, aby nazywać ich „wujami”, i rzeczywistych wujków, z których jeden zapomniał, że miał serce, a drugi udawał, że nigdy go nie miał. Ciotkę, która formalnie była siostrą Lazarusa Rowlea, ale wiekiem bliżej było jej do samej Mony niż do srogiego patriarchy rodu. Z kolei, kiedy patrzyło się na jej własnego ojca, pokrewieństwo mierzyło się bardziej wspólną skazą w spojrzeniu niż liczbą gałęzi na drzewie rodowym.
Być może dlatego ich ród nie był domem, a raczej wieżą z historii, oczekiwań i dziedzictwa, którego nie sposób wyplamić do końca, nawet gdyby człowiek szorował się do żywego. Tyle że co pozostało z grubego kamienia skoro w tej wieży zdarzały się pęknięcia, w których Mona czuła się bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej? Zwłaszcza odkąd zamieszkała w Londynie, bo w Walii zdarzyło się to co się wydarzyło i nawet Levi, który rozumiał ryzyko rezerwatu, zaczął patrzeć na to wszystko inaczej. Z cieniem w spojrzeniu przez to, że tamten dzień wypalił w nim nową ostrożność. Albo rozczarowanie.
W gorsze dni Mona sądziła, że nie zasługiwała na to wszystko: na ten spokój, ciotkę, która mimo że nie mówiła tego głośno, z pewnością czuła, że młodsza Rowle przynosiła ze sobą smród miasta. Zmęczenia. Jakby zostawiała pod progiem coś zgniłego, czego nie sposób było wywietrzyć, choćby Helloise rozwiesiła wszystkie zioła świata i otworzyła na oścież każde okno. No właśnie, ale ciotka nigdy nie zamknęła przed nią drzwi, więc i Mona uśmiechnęła się półgębkiem, pozwoliła jej na gest złożonego z krótkiego wplecenia szczupłych palców między rude loki oraz słów, które były zbiorem porównań, mądrości tak odległej, że aż bliskiej.
— Jeśli mi taki zrobisz, będę go nosić nawet latem, ale… Właściwie to… Chyba bardziej niż szala potrzebuję, ummm... Przyjmujesz może zamówienia stolarskie? — rzuciła, czując się odrobinkę głupio. Stół wypełniały drewniane pozostałości, może więc pytanie było zasadne. Od Selwynów obiecanego mebla się nie doczekała! — Potrzebuję meblościanki albo czegoś, co udaje półki. Książki walają mi się po podłodze, a papiery... Nawet Świstek zaczął po nich chodzić jak po dywanie.
Mona przez moment tylko patrzyła, jak Hela błądziła spojrzeniem po Kniei, tej wiecznie zgaszonej ścianie za oknem. Nachyliła się nad stołem i wsunęła dłoń w wełnę, którą wcześniej badała czarownica.
— Nie rozumiem ich decyzji, ale Knieja zasługuje na obrońców. I ty nią jesteś, nawet jeśli chwilowo cię wyprosiła. Lasy mają pamięć. Wrócisz, kiedy znów uzna cię za potrzebną — a to miało się wydarzyć już niedługo, prawda? A skoro sam temat Lockhart potrafił odciągnąć Helloise od ciężaru Kniei, a było to więcej niż Mona mogła zdziałać przez ostatnich kilka minut, kontynnowała dalej: — No dobrze, ciociu, ale czy ta twoja redaktor potrafi pisać tak jak ten autor z „Magii Wnętrza”? — zapytała. — Bo jeśli nie potrafi opisać błyszczącej, fioletowej czapeczki na szpiczastej półce z takim patosem, że aż mi się chciało ją kupić, to przepraszam bardzo, ale niech zostanie przy tych słoikach. Pa na to — i z tymi upartymi słowami, schyliła się, aby wyciągnąć pierwszy magazyn wątpliwej wartości merytorycznej.
Kuzynów, których wyuczone maniery i tytułomania aż się prosiły, aby nazywać ich „wujami”, i rzeczywistych wujków, z których jeden zapomniał, że miał serce, a drugi udawał, że nigdy go nie miał. Ciotkę, która formalnie była siostrą Lazarusa Rowlea, ale wiekiem bliżej było jej do samej Mony niż do srogiego patriarchy rodu. Z kolei, kiedy patrzyło się na jej własnego ojca, pokrewieństwo mierzyło się bardziej wspólną skazą w spojrzeniu niż liczbą gałęzi na drzewie rodowym.
Być może dlatego ich ród nie był domem, a raczej wieżą z historii, oczekiwań i dziedzictwa, którego nie sposób wyplamić do końca, nawet gdyby człowiek szorował się do żywego. Tyle że co pozostało z grubego kamienia skoro w tej wieży zdarzały się pęknięcia, w których Mona czuła się bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej? Zwłaszcza odkąd zamieszkała w Londynie, bo w Walii zdarzyło się to co się wydarzyło i nawet Levi, który rozumiał ryzyko rezerwatu, zaczął patrzeć na to wszystko inaczej. Z cieniem w spojrzeniu przez to, że tamten dzień wypalił w nim nową ostrożność. Albo rozczarowanie.
W gorsze dni Mona sądziła, że nie zasługiwała na to wszystko: na ten spokój, ciotkę, która mimo że nie mówiła tego głośno, z pewnością czuła, że młodsza Rowle przynosiła ze sobą smród miasta. Zmęczenia. Jakby zostawiała pod progiem coś zgniłego, czego nie sposób było wywietrzyć, choćby Helloise rozwiesiła wszystkie zioła świata i otworzyła na oścież każde okno. No właśnie, ale ciotka nigdy nie zamknęła przed nią drzwi, więc i Mona uśmiechnęła się półgębkiem, pozwoliła jej na gest złożonego z krótkiego wplecenia szczupłych palców między rude loki oraz słów, które były zbiorem porównań, mądrości tak odległej, że aż bliskiej.
— Jeśli mi taki zrobisz, będę go nosić nawet latem, ale… Właściwie to… Chyba bardziej niż szala potrzebuję, ummm... Przyjmujesz może zamówienia stolarskie? — rzuciła, czując się odrobinkę głupio. Stół wypełniały drewniane pozostałości, może więc pytanie było zasadne. Od Selwynów obiecanego mebla się nie doczekała! — Potrzebuję meblościanki albo czegoś, co udaje półki. Książki walają mi się po podłodze, a papiery... Nawet Świstek zaczął po nich chodzić jak po dywanie.
Mona przez moment tylko patrzyła, jak Hela błądziła spojrzeniem po Kniei, tej wiecznie zgaszonej ścianie za oknem. Nachyliła się nad stołem i wsunęła dłoń w wełnę, którą wcześniej badała czarownica.
— Nie rozumiem ich decyzji, ale Knieja zasługuje na obrońców. I ty nią jesteś, nawet jeśli chwilowo cię wyprosiła. Lasy mają pamięć. Wrócisz, kiedy znów uzna cię za potrzebną — a to miało się wydarzyć już niedługo, prawda? A skoro sam temat Lockhart potrafił odciągnąć Helloise od ciężaru Kniei, a było to więcej niż Mona mogła zdziałać przez ostatnich kilka minut, kontynnowała dalej: — No dobrze, ciociu, ale czy ta twoja redaktor potrafi pisać tak jak ten autor z „Magii Wnętrza”? — zapytała. — Bo jeśli nie potrafi opisać błyszczącej, fioletowej czapeczki na szpiczastej półce z takim patosem, że aż mi się chciało ją kupić, to przepraszam bardzo, ale niech zostanie przy tych słoikach. Pa na to — i z tymi upartymi słowami, schyliła się, aby wyciągnąć pierwszy magazyn wątpliwej wartości merytorycznej.