04.05.2025, 20:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.05.2025, 20:37 przez Benjy Fenwick.)
Pewnych sytuacji rzeczywiście nie dało się przewidzieć, i gdyby ktoś rok wcześniej powiedział mi, że spędzę wrześniowy poranek, właściwie to przedpołudnie, wspinając się z Prudence Bletchley na jakieś wzgórze w Devon, pozwalając jej oprzeć się na moim ramieniu, i że ani razu nie pojawi się w tym układzie wrogość czy nawet chłód - prawdopodobnie popukałbym się w czoło, a potem poszedł zapalić, bo taki absurd wymagałby chociaż odrobiny nikotyny. Wiedziałem, że coś się zmieniło. To nie był układ - nie tym razem, nie między nami, chociaż to wszystko miało swoją datę ważności. Nie była to też jakaś forma kompromisu z przeszłością. Bardziej jak… Świadome przesunięcie granicy - bez wypowiedzianych słów, bez deklaracji na ten temat, poza tą jedną, że chyba jednak nie będziemy się przyjaźnić. Bądźmy szczerzy - w żadnym momencie nocy pożarów ani rozmowy w piwnicy nie zachowywaliśmy się zupełnie jak „tylko przyjaciele” - brakowało temu platoniczności, od początku było podszyte podtekstami, wspomnieniem dotyku, tamtym pocałunkiem. Po prostu staliśmy się innymi wersjami siebie nawzajem... Albo może zaczęliśmy dostrzegać wersje, które zawsze tam były, tylko schowane pod kurzem nieporozumień i starej urazy.
Kamienie, mech, wrzosy, korzenie skarłowaciałych drzewek i krzewów, które wyglądały jakby tylko czekały, aż ktoś nie patrząc, potknie się i z hukiem przywróci do pionu całą romantyczną iluzję. Dostosowałem krok, podałem Prue ramię i patrzyłem przed siebie, udając, że to wszystko jest tak naturalne jak popołudniowa herbata - może nawet było. Nie zapytałem, czy jej wygodnie z moim wsparciem - wiedziałem, że powiedziałaby, że tak, nawet jeśli właśnie obcierała sobie pięty do krwi. Miała upór. Właściwie nie wiedziałem, czy był to upór godny podziwu, czy może bardziej rodzaj drobnej głupoty z gatunku: „Dam radę, nie będzie mi mówił, że nie dam” - nie pytałem. W gruncie rzeczy nawet mnie to bawiło - obserwowanie, jak próbuje utrzymać tempo, nie wyglądając przy tym, jakby naprawdę okrutnie ją to męczyło. Oczywiście, że ją męczyło, ale była Prudence, więc nie miała zamiaru tego przyznać. Trochę z przekory, a trochę - być może - żeby nie dać mi przewagi.
Nie wiem, czy kiedykolwiek mówiłem to na głos, ale Ursula naprawdę była wyjątkowa. Zawsze potrafiła odcedzić nasze idiotyzmy od tego, co naprawdę się liczyło. Poza tym miała w sobie coś ze starych portretów - nie tych eleganckich, gładkich dam z salonów, które pachniały lawendą i rezygnacją, tylko tych kobiet z płócien, co chociaż siedzą prosto, to w oczach mają twardość i zdecydowanie. Tych, które pachną mocno, intensywnie. Stalowych magnolii. Ciotka Corneliusa była z gatunku tych ludzi, których najpierw się omija szerokim łukiem, a dopiero potem, jeśli się ma szczęście i cierpliwość, zaczyna się rozumieć. Miała manierę chłodnej dyplomatki, skrupulatność godną naczelnej archiwistki Ministerstwa i tę charakterystyczną minę, która sugerowała, że właśnie przeprowadza w głowie kompletną sekcję zwłok twojej osoby, bo wybrałeś zły widelczyk do ciasta... Ale to była tylko fasada, albo raczej - jej naturalna tarcza, nie bez powodu.
- Gdybyś ją znała dłuszej. - Rzuciłem w bok, w stronę Prudence. - Wiedziałabyś, sze jeszt inna nisz szię wydaje. Nie odpuszcza lusiom, na któlych jej zaleszy, pilnuje ich, a w lasie czego staje po ich stlonie... I nie mówię tu o szłodkich zapewnieniach, sze zawse mosna na nią liszyś. Mówię o tym, sze jakbyś była jej i ktoś by cię skszywsił, to miałby doszynienia s nią, a to nie byłoby miłe doświadszenie. - Uśmiechnąłem się sam do siebie, przypominając sobie jej wyraz twarzy, kiedy ktoś kiedyś odezwał się do niej o ton za ostro odnośnie znajomości Corio i Eliasa. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak szybko zmienił zdanie o tym, kto tu ma ostatnie słowo. - U niej nie ma miękkości i losmowy o uczusiach, jeszt cisa, obecnoś, konklet. Jeśli cię lubi, to nie pozwoli ci zejś na manowce. Jeśli cię kocha, choś nie wiem, czy sama potlafi to tak nazwaś, to zolganizuje ci szycie tak, szebyś nie musiała szię maltwiś o jutlo. O ile jej na to pozwolis. - Nie wydawało mi się konieczne, by mówić, że w moim przypadku zadziałało to tylko po części, a po drugiej zawiodłem ciotkowe oczekiwania. Mimo to nadal ją szanowałem, bo Ula nigdy nie była typem, co cię przytuli, ale zamiast tego każe skrzatom zrobić herbatę dokładnie taką, jaką lubisz, i postawi ją obok ciebie bez słowa, kiedy widzi, że masz kiepski dzień. Nie zapyta - nie dlatego, że nie obchodzi, tylko dlatego, iż daje ci przestrzeń. Właśnie o to zawsze chodziło - chodziło o to, jak potrafiła być bezwzględnie obecna. Tak, właśnie - bezwzględnie. Kiedy człowiek się sypał, nie rzucała pustych słów ani mądrości z poradników do hodowli młodych arystokratów - po prostu była. Zauważyłem to dawno temu, przede wszystkim wtedy, kiedy dużo rzeczy na raz zaczęło się komplikować. Chyba wcześniej od Corneliusa - już wtedy wiedziałem, że to nie była kwestia chłodu, tylko ciszy. Ciszy, która kryła w sobie cierpliwość i nieustępliwość - dwie cechy, które potrafią uratować komuś życie, jeśli są dobrze wycelowane i ukierunkowane. Ursula miała swoje zasady, często kompletnie absurdalne, ale przestrzegała ich jak kodeksu rycerskiego, i może właśnie dlatego potrafiłem jej zaufać wcześniej, niż sobie to uświadomiłem.
Zamilkłem na chwilę, przypominając sobie pewne zimowe popołudnie, gdy rozpadłem się jak domek z kart po jakimś idiotycznym liście z domu. Siedziałem wtedy przy kuchennym stole z głową w rękach, a ona tylko wsunęła mi pod nos pergamin, pióro i powiedziała: „Przestań jęczeć, jeszcze nie umierasz.” W rzeczy samej - nie umierałem, tylko musiałem podjąć konkretne decyzje, żeby sam się zabić. Tego dawnego siebie - zanim zrobi to ktoś inny, nim to oni mnie wykończą i zamordują.
Ursula miała to coś. Chociaż na pierwszy rzut oka mogła sprawiać wrażenie dystyngowanej, może nawet nieco zimnej kobiety, w rzeczywistości była kimś zupełnie innym. Z pewnością była damą starego typu, z jej manierami, dbałością o szczegóły i poglądami, które nieco na pierwszy rzut oka mogły odstraszać, ale to, co najbardziej mnie uderzało, to jej natura, która była czymś naprawdę wyjątkowym. W gruncie rzeczy była opiekuńcza, bardziej niż ktokolwiek inny, kogo znałem. Może nie mówiła tego głośno, nie uśmiechała się ciepło, nie tuliła - ale pamiętała, że ktoś nie lubi porów w zupie, ktoś śpi lepiej przy otwartym oknie, a ktoś inny nie znosi, gdy dotyka się go znienacka. Drobiazgi, które składały się na poczucie, że ktoś naprawdę patrzy - jesteś widzialny.
To była dama starego typu, naprawdę. Zawsze zapięta pod szyję, zawsze z jakąś biżuterią po matce - chociaż akurat tej matki, Merlin świadkiem, powinna była się wyrzec. Miałem nieszczęście widywać ją przy różnych okazjach. Ona nie rozmawiała - ona polowała. Wystarczyło, że weszła do pokoju, a temperatura spadała o dziesięć stopni. Tak, ale Ursula była inna... Miała w sobie ten rodzaj siły, której nie da się nauczyć. Trzeba się z nią urodzić albo przeżyć dość, by nie mieć już wyboru.
- Ale jej matka... - Dodałem z westchnięciem. - O, Pludence, nawet szobie nie wyoblasas. Kaszdy, kto ją poznał, ciesy szię, sze stalej jusz nie ma. To był sęp, i to taki balso szponiasty, jak z gotyskiego malowidła. Nie chosiła, tylko skladała się, jakby polowała. Miała taki wslok, sze człowiek szię posił, zanim jescze coś powiesiała... I ten szposób wypowiadania twojego imienia, jakby to było coś obszydliwego, niegodnego. Jakbyś była golsza nisz kilkudniowa padlina, chociasz pewnie, jakby mogła, to by cię opieldoliła. - Wzdrygnąłem się drugi raz. Miałem chyba około siedmiu albo ośmiu lat, gdy umarła. Była tak koszmarna, że za dzieciaka czasami mi się śniła - to nigdy nie były dobre sny, bardziej najgorsze koszmary. Byłem pewien, że jej dzieci, a te były wyjątkowo liczne, jak na kobietę bez krzty ciepła i czułości, całowały ziemię podczas pogrzebu. To była stara harpia - taka, co żywiła się cudzym zawstydzeniem i strachem, i miała zawsze rację - przynajmniej w swoim własnym mniemaniu. Na szczęście widziałem na własne oczy tylko parę razy, ale to wystarczyło. Jednym spojrzeniem potrafiła kogoś zmniejszyć do rozmiaru ziarenka grochu. Nawet Ursula się wtedy cofała. Mgliście pamiętałem, jak nazywała własną córkę - Ursulę Elsebet, jak już wspomniałem Prudence - „Ulriet”, chrząkała i uderzała palcami o dębowy blat. A miała palce jak kościste, zaostrzone szpikulce. Towarzyszyło I'm spojrzenie, które zamrażało wodę w szklance, i całe to jej dumne „najszlachetniejsze pochodzenie”, którym smagała innych jak pejczem, jakby szlachectwo dziedziczyło się z genami jak hemofilię. Ursula nigdy tego nie mówiła, nie wprost, ale po latach wiedziałem - zdawałem sobie sprawę, że sporo kosztowało ją, by nie stać się dokładnie taką samą - i właśnie za to najbardziej ją szanowałem. Nie zbuntowała się, nie uciekła z domu, ale wyrwała się schematom - w jakimś sensie. Na pewnym poziomie mieliśmy coś, co nas łączy, nawet jeśli nie szanowała moich decyzji - wiedziałem, że mogę na nią liczyć. W tym domu nic mi nie groziło. Żadnemu z nas - niezależnie od krwi czy pochodzenia, nawet jeśli była tradycjonalistką, nie bez powodu miała miękki punkt dla Eliasa - nie od razu go z nami zaakceptowała, to pewne, ale szybko był „swój”, „nasz” zresztą też.
Czułem się trochę, jakbym grał teraz w jakąś grę... I to była gra, którą miałem dość dobrze opanowaną. Oczywiście, gdybym miał przyznać - mogłem poczuć się pewnie w tej rozmowie, bo wiedziałem, że Prudence wciąż nie miała odpowiedzi na pytania, które już dawno zadałem i na które sam sobie odpowiedziałem. To było dla niej trudniejsze, bo w jej świecie nie było tak łatwo przełamać te granice, które sama wyznaczyła - dla niej przez cały okres szkoły, a pewnie też później, chociaż mnie to już wtedy nie dotyczyło, byliśmy zadufanymi w sobie, klasistowskimi bufonami sprawiającymi problemy, którzy z tylko sobie znanego powodu postanowili przygarnąć jej brata. Może traktowaliśmy go, jak zwierzątko domowe, albo coś w tym rodzaju - bawiliśmy się jego obecnością i nim samym - tak to pewnie wyglądało dla niej. Tylko, że nie dla nas.
- Elias… On, o dziwo, naplawdę szię wpasował. - Uśmiechnąłem się pod nosem, wspominając jego pierwsze tygodnie z naszą grupą. -Na poszątku miał twalde wejsie, nie dało się uklyś, sze był tlochę s innej bajki. Ale wies, co? Wblew posolom wpasował szię całkiem nieśle. Sybko zaszęliśmy tlaktowaś go jak swojego. - Wzruszyłem ramionami, ale wtedy myślę, że gdyby ktoś powiedział mi w pierwszym tygodniu szkoły, iż kiedyś nazwę go przyjacielem, pewnie bym się roześmiał. Albo splunął. Przecież, kiedy pojawił się po raz pierwszy, nikt z nas nie wierzył, że będzie w stanie wpasować się w resztę tej paczki - zresztą wtedy jej nie było, no, tak nie do końca. Nasza paczka istniała tylko w teorii - Corio i Ambroise się napierdalali, pluli na siebie, szczerze się nienawidzili, Romulus to wszystko analizował i miał z tego frajdę, ja zresztą też, a Elias gubił się w kodzie naszych rozmów, nie wiedział, kiedy żartujemy, a kiedy się z kogoś wyśmiewamy - bądźmy szczerzy, czasem my też nie wiedzieliśmy... Ale kurwa - był, był w tej paczce lepionej na ślinę i niezbyt dużo dobrej woli. Z biegiem czasu chłopak przestał być tym odrzutkiem. Jego początkowe problemy z przystosowaniem się do nas, do naszej rzeczywistości, zniknęły, a my - my zaczęliśmy traktować go, jak swojego, bo, mimo że byliśmy rozpuszczeni, bananowi i przekonani, że świat zaczyna się i kończy na naszych nazwiskach, to nadal byliśmy dzieciakami.
Potem Prudence rzuciła tym swoim niby-niewinnym „chyba też wolałabym wybrać Was niż Ślizgonów” i musiałem się powstrzymać, żeby nie parsknąć śmiechem. Oczywiście, że miała na nich alergię - jasne, że jako prefektka musiała znosić te wszystkie wężowe gierki, okrucieństwa zamaskowane jako „żarty”, hierarchie i zastraszanie. Sam to znałem - dorastałem wśród takich, moja rodzina była modelowym przykładem tego, co Slytherin robi z ludźmi, kiedy pozwoli się mu ich wychować od środka wśród tych samych sobie, a potem pójdą dalej.
- Plue, nawet nie plóbowałaś daś nam wtedy sansy. Wiem, wiem, to było zbyt mosno poniszej twoich standaldów. - Rzuciłem z przesadnym dramatyzmem w głosie. - Jusz to widzę, jak wybielasz nasze towaszystwo ponad te wszystkie ślisgońskie złotka. Galdziłaś nami, pewnie jescze myślałaś, sze śmieldzimy. Pieniąsem na pewno, klaszistko. - Zamrugałem teatralnie, ale nie mogłem się powstrzymać od cichego śmiechu, bo to była prawda - Prudence wtedy nie patrzyła łaskawym okiem w naszą stronę - zbyt głośni, zbyt niepoukładani, zbyt... Gryffindorscy.
O tak - z tym też wiązała się zabawna historia. Tiara zdecydowała, że będzie zabawnie, jeśli wrzuci mnie do grupy porywczych, rozkrzyczabych pojebów, którzy reagują sercem zanim jeszcze pomyślą. Niemal cała moja rodzina to absolwenci Slytherinu. Zielone szaty, zadarte nosy, ambicje wypisane na każdej stronie rodowej kroniki. A potem przyszedłem ja - i co? Gryffindor. Największy dyshonor. O, jakiż to był wstyd - byłem żywym rozczarowaniem. Gdyby istniała jakaś magiczna komisja do cofania przydziału, jestem pewien, że ojciec by ją aktywował. Po powrocie do domu na przerwę, oczywiście, powiedział, że to „może i interesujące”, co w jego słowniku oznaczało „skrajnie oburzające”, ale nie była to najgorsza decyzja, jaką podjął za mnie magiczny kapelusz. Nie w dłuższej perspektywie, chociaż wtedy chciałem go podpalić. Byłem w takim szoku, że przez pierwsze tygodnie patrzyłem na swoje szaty jak na jakiś mało zabawny dowcip.
- A tak swoją dlogą, wies, sze niemal cała moja losina to alumni Slythelinu? - Dodałem, uśmiechając się nieco złośliwie - Matka, ojciec, dziadek, wujowie, kuzynostwo. Taka stala, dobla dynastia węszy. Nawet mój beznadziejny kuzyn, który ledwo zdał SUMy, pelfeksyjnie szię tam wpasował, więc moszesz sobie tylko wyoblaziś ten moment, kiedy Tiala wszasnęła mi do ucha „Glyffindol!” i cały lód doształ sbiolowego wylewu. - Uśmiechnąłem do siebie, bo nie było sensu się z tym kryć - byłem po prostu dzieckiem, które zamiast knuć, wolało walić prosto z mostu, przez co od razu na tym etapie życia zacząłem rozstrzeliwać się z rodziną, a potem było już tylko coraz gorzej. No cóż, najwyraźniej Tiara Uzależniona Od Dramatyzmu uznała, że się nadaję, by zasilić bandę impulsywnych świrów, którzy uważali, że dobry plan to plan, który zaczyna się od "a co, jeśli byśmy..."
- Skandal stulecia. Polaszka pokoleniowa. To było plawie jak kala śmielsi, tylko balsiej pasywno-aglesywna. Po powlosie w gludniu, ojciec pszes tysień w ogóle ze mną nie losmawiał. Matka udawała, sze to pomyłka Tialy i da szię to jesce odklęciś. Nawet babka, stala jak świat, ledwo ogalniająsa, co dzieje szię dookoła, powiesiała, sze „to musi byś jakaś plowokasja”. - Przytoczyłem tę historię, bo jej zdanie o Ślizgonach mnie rozbawiło, nie dlatego, że było niesprawiedliwe, bo nie było, tylko przez to, jak bardzo podobało mi się, że mówiła to właśnie do mnie. Do mnie, który przez większą część życia próbował albo udowodnić, że Tiara Przydziału się pomyliła, albo później rzeczywiście nie stać się jednym z nich, chociaż wychowanie miałem dość ślizgońskie. Kiedyś naprawdę wstydziłem się, że wylądowałem w Gryffindorze, teraz byłem niemal wdzięczny losowi za ten niewytłumaczalny - a może jednak przeciwnie? - przypadek. Może to był jedyny sposób, żeby nie zgnić od środka - mieć szansę przeżyć życie inaczej niż matka, ojciec, kuzyni - cały ten cholerny, rodowy teatr. Wzruszyłem ramionami, jakby te wszystkie spłynęły po mnie bez echa, chociaż w rzeczywistości ścisnęły mnie gdzieś głęboko pod mostkiem.
Prudence nie była ulepiona z tej samej gliny co ja - i całe szczęście. Potrzebowałem tej różnicy, tego zaskoczenia, że oto ktoś taki jak ona postanowił znaleźć się tu, obok mnie. Nie chodziło o to, że jej współczucie czy ciekawość były mi potrzebne. Nie łudziłem się, że jesteśmy sobie równi pod względem decyzji życiowych - ona nie musiała uciekać, a jednak w jej obecności coś we mnie miękło, jakby nagle przestawało się opłacać trzymanie gardy. Zamiast więc udawać, że jej słowa nie robią na mnie wrażenia, zaśmiałem się cicho, kiedy wspomniała, że zna mnie mimo fałszywych dokumentów. Oczywiście, że znała. Nawet jeśli nie do końca, to wystarczająco, żeby wiedzieć, że nie jestem Benjym Fenwickiem, ani żadnym innym zmyślonym typem, którego życiorys można było przelać na papier, bo papier przyjmie wszystko i przyjąć do porządku dziennego. Wiedziała, kim byłem, i nie uciekała z krzykiem. To już samo w sobie było jakimś cudem.
- Zawse miałaś niepokojąso doblą pamięś. - Powiedziałem półżartem, spoglądając na nią spod oka, bo już wiedziałem, z czego to wynika. - Nawet wtedy, kiedy udawałaś, sze mnie nie widzis, tak balso ci podpadłem, sze pewnie wies nawet, kiedy mam te lealne ulosiny, bo wtedy zawse byłaś jakaś... Balsiej cięta. - Przez te parę lat, gdy się do niej zalecałem, to było bolesne, bardziej niż chciałem przyznać. Pamiętałem doskonale ten czas, gdy kręciła się gdzieś w pobliżu, ale nie była dostępna - nie dla mnie. Zbyt dobra, zbyt rozsądna, zbyt bezpieczna. A ja byłem wszystkim, czego należało unikać... I w swoje własne urodziny odpierdalałem wyjątkowo spektakularnie. Na tyle, że zawsze kończyło się to jakimś fakapem i obciętymi punktami.
Zaskoczyła mnie teraz tym, że chciała mnie poznać. Jakby przestała traktować mnie jak przeszłość. Jakby to, co między nami wydarzyło się mimochodem - ta nieuchronna konfrontacja dawnych uprzedzeń z obecną bliskością - było początkiem, nie błędem. Czułem to w sposobie, w jaki stawiała pytania: spokojnie, bez nacisku, ale z autentycznym zainteresowaniem. Jakby nie musiała wiedzieć wszystkiego od razu, ale chciała - stopniowo, cierpliwie - rozgryźć mnie kawałek po kawałku. To działało w obie strony, bo ja ją też, nawet jeśli chwilowo rozmawialiśmy głównie o mnie.
- Mówię. - Przytaknąłem, bardzo powoli, ale wyraźnie. To nie była sytuacja, którą łatwo można było sklasyfikować. Nie było w niej nic z planu - nic z tych rzeczy, które się analizuje w chłodne wieczory, przy lampce wina i nadmiarem wolnego czasu. To się po prostu wydarzyło. Nie wiedziałem, czy bardziej z przypadku, czy z konsekwencji wszystkich tych rzeczy, które się między nami skumulowały przez lata i wybuchły razem z pożarami. Może jedno i drugie, a może wreszcie przestaliśmy się oszukiwać, że to, co nas odpychało, nie było przypadkiem też tym, co w jakiś sposób przyciągało...
- Jesztem tym znanym złem? Czy to znaszy, sze wodzę cię na pokuszenie? Szebyś tylko tego nie szałowała... - Niby się uśmiechnąłem, towarzyszył temu zaczepny ton, ale te przemyślenia te były dziwne. Z jednej strony czułem, że dobrze mi się z nią rozmawia, ale na poziomie psychologicznym, na poziomie wewnętrznych mechanizmów, byłem w konflikcie. Bo przecież już dawno zauważyłem, że dla nas obojga granice, które sobie wyznaczyliśmy, były cienką linią. Zastanawiałem się, co się stanie, kiedy tę linię przekroczymy... Co gorsza, od chwili w garażu, coraz bardziej chciałem się tego dowiedzieć, a gdy Prue powiedziała te konkretne słowa - „to pierwszy taki przypadek” - zrobiło mi się całkiem ciepło. Instynktownie wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
Nie spodziewałem się, że do tego dojdzie. Nasza historia nie wyglądała jak opowieść, która mogłaby mieć taki rozwój. Raczej jak notatka w aktach: „niedopasowanie”, „konflikt”, „napięcie nie do zniesienia” - ale teraz, idąc z nią w stronę kromlechu, czułem coś zupełnie innego. Inność, owszem, ale podszytą dziwną ulgą - znajdując się na zupełnym zadupiu, tylko z Prue, nie musiałem już być w wiecznym stanie gotowości do ucieczki, może dlatego opowiadałem jej więcej, niż zwykle bym opowiedział komukolwiek. Nie dlatego, że mnie ciągnęła za język, wręcz przeciwnie - jej powściągliwość była o wiele skuteczniejsza niż jakiekolwiek naciski. Zaufałem jej - o wiele wcześniej, niż sam przed sobą chciałem to przyznać. Nie musiałem - mogłem utrzymać tę wersję z dokumentów, mogłem udawać do samego końca, ale nie wydawało mi się to konieczne. Poniekąd uważałem, że prędzej czy później, przez ten tydzień, i tak by mnie przejrzała. Miała coś takiego w oczach wtedy podczas naszego pierwszego i drugiego spotkania... Więc jej powiedziałem, przynajmniej sporą część.
Wiedziałem, że wciąż nie wiedziała o mnie wszystkiego - i nie zamierzałem jej wszystkiego opowiadać. Zbyt wiele historii, zbyt wiele ran, zbyt wiele spraw, które nigdy nie były wyciągane na światło dzienne, ale mówiłem jej więcej niż komukolwiek innemu od lat. Nie dlatego, że próbowałem coś zbudować. Przeciwnie - może właśnie dlatego, że nie próbowałem, o było w tym coś na tyle ulotnego, kruchego, że nie trzeba było się zabezpieczać. Nie robiłem z tego aktu wiary. Po prostu byłem szczery. Bardziej niż w przeszłości.
Ona też się zmieniła. Nie była tą samą dziewczyną, którą znałem w Hogwarcie. Była bardziej… Dojrzała, zaskakująco pogodzona z własną nieidealnością. Zauważałem to w jej sposobie mówienia - w świadomości, że nie wszystko da się przewidzieć, że czasem trzeba po prostu iść przed siebie, choćby w nieodpowiednich butach. Może to dlatego w ogóle dała mi tę szansę, bo oboje zrozumieliśmy już, że nie ma czegoś takiego jak właściwy moment. Wszystko było albo teraz, albo nigdy.
Prudence nie była typem, który łatwo się odsłania. Jej emocje przemykały między słowami, ukrywały się w tym, jak marszczyła brwi albo jak podnosiła brew, gdy coś ją zaskoczyło, ale teraz widziałem, że była bardziej otwarta niż kiedykolwiek przedtem - a mimo to w dalszym ciągu ukrywała jedno... Albo przynajmniej usiłowała. Nie próbowała wyegzekwować taryfy ulgowej, nie zatrzymywała się co kilka kroków, żeby teatralnie westchnąć. Przeciwnie - szła, słuchała, zagadywała. Z determinacją, której się po niej nie spodziewałem. Była zdumiewająco dobra w kamuflowaniu zmęczenia. Nie narzekała ani razu, chociaż jej buty, te absolutnie nieprzystosowane do takich wędrówek laczki, musiały już dawno zacząć ją obcierać. Utrzymywała tempo, jednocześnie prowadząc rozmowę. Nie była wścibska, nie dopytywała, a mimo to wyciągała ze mnie rzeczy, których nie miałem zamiaru ujawniać. To nasze porozumienie, nawet jeśli tylko tygodniowe, to było więcej, niż kiedykolwiek sądziłem, że mogę dostać od kogoś takiego, jak ona - nie sądziłem, że kiedykolwiek mnie polubi, nie po tym wszystkim, nie po latach, a jednak... Może po prostu wszystko musiało się wcześniej rozpaść, żebyśmy w końcu mogli się spotkać naprawdę - bez przeszłości, bez podziałów domowych i klasowych, i bez starych wersji siebie. To było absurdalne, że to właśnie ona okazała się być tą osobą, przy której czułem się całkiem swobodnie. Ona, z którą kiedyś nie potrafiliśmy spędzić pięciu minut bez przytyków. Ona, która była siostrą Eliasa, a przez to - z zasady - powinna być „niedostępna”. Nie tylko dlatego, że nie wypadało, ale dlatego, że to komplikowało wszystko, a mimo to przy niej zachowywałem się całkiem swobodnie, jak na siebie - nawet jeśli ten „ja” był tylko wersją, która przetrwała. Fragmentem człowieka, który musiał porzucić wszystko, by nie zostać zniszczonym.
Słowa Prudence zawisły w powietrzu, zbyt szczere, bo nie miała pojęcia, że trafiają dokładnie tam, gdzie nie powinny. Oczywiście, że miała rację. Oni naprawdę mogliby się wkurzyć. I naprawdę mogliby zacząć mnie ścigać. Tylko że… Już to robili, od dawna, nie potrzebowali więcej powodów. Wystarczył ten jeden, który popełniłem lata temu: wybór. Nie po ich myśli - wybór wolny, nielegalny w ich oczach, zdradziecki w ich mniemaniu. I tak - już byłem zdrajcą. Dla nich zawsze nim byłem, bo urodziłem się z nazwiskiem, które miało znaczyć jedno, a zrobiłem z nim coś zupełnie innego... Ale tego jej nie powiedziałem. Nie dlatego, że nie ufałem, iż nie poleci z tym do ministerstwa, tylko dlatego, że był to jeden z tych ciężarów, które nosi się w sobie, dopóki człowiek nie jest wystarczająco pijany albo wystarczająco zmęczony.
Nie. Nie powiedziałem jej tego. Jeszcze nie byłem na tyle nawalony... I raczej nie sądziłem, bym miał być.
Zamiast tego pociągnąłem kolejny łyk i rzuciłem luźno, może odrobinę za nonszalancko:
- Nie maltw szię na sapas, Plue. Szwietnie idzie mi ilytowanie nieodpowiednich ludzi. Lobię to zawodowo i jeszcze szyję. - Zabrzmiało to niemal beztrosko, jakbym się śmiał sam z siebie, ale to był tylko teatrzyk, znoszony przez lata, wypróbowany w towarzystwie ludzi, którzy nie musieli wiedzieć wszystkiego. A ona… ona nie musiała wiedzieć, że czasem budziłem się w nocy z palcami zaciskającymi się na różdżce i myślą, że to dzisiaj mnie znajdą.
Nie spojrzałem na nią. Nie dlatego, że nie chciałem - tylko dlatego, że za dobrze znałem konsekwencje patrzenia komuś w oczy, kiedy samemu nie chce się zdradzić niczego. Zwłaszcza komuś, kto dopiero co przyznał, że zaczyna cię lubić.
Bo co miałem jej powiedzieć? Nie musi się martwić, że odjebię coś głupiego, bo oni już mnie ścigają? Lista ludzi, którzy chcieliby zobaczyć moje ciało bez życia, jest równie długa, co rodowód mojej rodziny? Śmierciożercy nie potrzebują żadnego powodu - wystarczy im moje nazwisko i to, że postanowiłem z tym nazwiskiem zrobić coś, co było najgorszą skazą?
Ten wybór, który był wbrew wszystkim - mojej rodzinie, mojemu nazwisku, całej pieprzonej spuściźnie... Właśnie dlatego wybrałem ciszę, powiedziałem po raz pierwszy od bardzo dawna nie musiałem się tłumaczyć - nie musiałem opowiadać o tym, co było wtedy. To, że mówiłem, to był mój wybór... Więc zdecydowałem nie musiałem mówić, że jestem zdrajcą swojej krwi. Nie tylko buntownikiem, który wybrał inne życie... I nie mówiłem. Zamiast tego tylko rzuciłem jej krótki uśmiech.
- Byle nie za balso, Plue. Jesce ci pszejsie. - Było w tym coś z autoironii - coś, co miało rozładować napięcie, zanim zrobi się zbyt gęsto. Chociaż już było pod wieloma innymi względami... Mimo to nie do końca wierzyłem, żeby na dłuższą metę mogła mnie polubić, to był raczej pociąg, chemia, fascynacja - nie przyjaźń, to już ustaliliśmy, ale nie czysto fizyczna chuć. Raczej tymczasowe sympatyzowanie ze sobą, które miało przetrwać próbę tygodnia, ale nie dłużej. Może jeszcze jedno albo dwa spotkania kiedyś za parę lat, nie więcej, ale to było okej.
Wiatr muskał twarz i rozwiewał włosy, a widok na morze z wzgórza niemal odbierał dech, ale przez większość czasu kątem oka i tak patrzyłem głównie na Prue, jak na kogoś zupełnie nowego, a jednocześnie, jakby wciąż tą samą Prudence sprzed lat - tylko może, zanim moje podejście do niej zmieniło się na zupełnie wrogie. Nie oczekiwałem odpowiedzi, nie od razu - wiedziałem, że dla niej pytania o impulsy były jak pytania o smoki - fascynujące, ale raczej teoretyczne. Jej życie, jak sama mówiła, było uporządkowane - co więcej, było widać, że długo jej to odpowiadało. Do teraz - teraz coś się zmieniło, może z powodu pożarów, możliwe, że ta zmiana miała inne podstawy, ale kobieta obok mnie z pewnością chciała postępować inaczej - widziałem to w jej oczach, gdy odpowiadała mi na pytanie.
Gdy powiedziała, że interesuje się czarną magią, nie mrugnąłem nawet. Czułem, że jest w tym coś naturalnego - coś, czego nie należy oceniać. Słuchałem jej, obserwując, jak delikatny wiatr rozwiewa jej włosy, a w jej oczach była ta sama iskra, którą pamiętałem z momentów, gdy zdawała się być czymś mocno zainteresowana i pewna swego, i chociaż minęło tak wiele czasu, odkąd widziałem to po raz ostatni, nie było w tym nic nieznajomego - raczej wzbudziło to uśmiech drżący w kącikach moich ust. Patrzyłem na nią, na jej twarz, i na sposób, w jaki mówiła o tym, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie - i w tej chwili, naprawdę, nie było w tym nic nadzwyczajnego. Ot - czarna magia... Właściwie, nie byłem zdziwiony - nie powinienem być, skoro widziałem jej mieszkanie - niewielkie, ale z klimatem - te dekoracje, zapachy, które zdawały się nie tylko pachnieć, ale wprost emanować w powietrzu - wszystko to składało się w całość. Pewne rzeczy można wyczytać z miejsca, w którym ktoś żyje - niby nie z niezmąconą pewnością, nie zarzuciłbym jej tego tylko na tej podstawie, ale teraz to miało więcej sensu. Wcale mnie to nie dziwiło, bo Prudence zawsze była inna, pełna tajemnic, oderwana. Teraz tylko potwierdzała to, co już wiedziałem, ale w sposób, który sprawiał, że to wszystko nabierało zupełnie nowego znaczenia. Zamiast zdziwienia, poczułem, że po prostu zaczynam dostrzegać jeszcze jedną stronę jej osobowości - nie taką, którą znałem kiedyś, gdy nie potrafiliśmy się dogadać, ale tą, którą teraz zaczynałem rozumieć.
- Posusenie ministelstwa, szeby uczyś szię odplawiaś czalnomagiszne lytuały, tak? - Powtórzyłem po niej, z rozbawieniem, obserwując jej twarz. - Pludence Bletchley, zaskakujesz mnie, jeszteś naplawdę wyjątkowa... - Zamiast mrugnąć z niedowierzaniem czy wybuchnąć śmiechem, spojrzałem na nią spokojnie, nawet z uznaniem, jakby to, co mówiła, było czymś interesującym. Dla mnie to nie było szokujące, bardziej… Naturalne. Dla większości ludzi, to było było coś przerażającego - coś, co kusiło i zwodziło na manowce, przez co było zakazane, ale niekoniecznie tak to wyglądało w moich własnych oczach. Dla mnie to nie wykraczało poza granice tego, co można by nazwać „normalnym” - nie w moim zawodzie, nie w kręgu moich własnych zainteresowań. Nie drgnąłem nawet, bo byłem już tak przyzwyczajony do jej nieprzewidywalności, że w zasadzie trudno było mnie czymkolwiek zszokować. Prawdę mówiąc, w tej chwili bardziej mnie to bawiło, bo czułem, jak bardzo ona się zmieniła przez te lata... I jak bardzo się zmieniłem ja, bo nawet jej nie oceniałem. Czasami w życiu wystarczy zaledwie kilka godzin, żeby przewartościować wszystkie priorytety. Zresztą, tak jak to, że się całowaliśmy kilka godzin wcześniej w garażu w domu ciotki, praktycznie już zaczynając się do siebie dobierać, nie było już ani dziwne, ani zaskakujące, tak to, że moja... Nie przyjaciółka, nie znajoma, nie dziewczyna... Moja... Prue? Prue? Niekoniecznie „moja” - Prue chciałaby kultywować czarną magię w jakiejś głuszy też nie było dziwaczne, ba, nawet do niej pasowało. Nie mogłem powstrzymać unoszenia brwi, patrząc na nią. W tym momencie nie wydawało mi się, żeby to było czymś, co powinno mnie szokować. Czułem, że jest w tym coś, co do tej pory nie zostało ujawnione - coś, co pasowało do tego nowego obrazu Prudence, którą właśnie poznawałem na nowo.
Patrzyłem na nią przez chwilę, a potem przeniosłem wzrok na horyzont. Morze zlewało się z niebem, a świat wokół nas wydawał się tak spokojny, jakby nie miał nic wspólnego z tym, co się działo w naszej rozmowie. Uśmiechnąłem się lekko i odpowiedziałem, zupełnie swobodnie:
- A więs... - Zacząłem z chrząknięciem, przygotowując się do dłuższej wypowiedzi i tego nie ukrywając, bo Prudence trafiła w temat, o którym mogłem się szczególnie wypowiadać. Nie to, by przeszkadzał mi brak wiedzy, żeby to robić w przypadku wielu innych tematów, ale tu naprawdę wiedziałem, o czym gadać - i chyba trochę ją chciałem tym zagiąć, żeby nie myślała, że trafiła na byle kogo, dla kogo czarna magia była czymś ekscytująco niewłaściwym, jak dla zaaferowanego dzieciaka. - Jak wlescie Colnelius tak cię wkulwi, sze postanowis to pieldolnąś, to najlepiej byłoby, gdybyś szię zaklęsiła w Chile. To tam czalna magia ma najgłębse koszenie, lusie tlaktują to zupełnie natulalnie, no i jest tam spolo pszestrzeni do działania. Jest balso powszechna, zupełnie inaszej tlaktowana nisz w Eulopie, ale... - Zamilkłem na chwilę, szukałem odpowiednich słów. - Oczywiście, to nie jeszt bespieszne miejsce dla kaszdego, a tym balsiej, to mosze nie byś najlepsze miejsce dla kobiety... Własiwie nie polesam tego miejsca w pojedynkę. Plawdę mówiąs, najlepiej byłoby, gdybyś znalasła kogoś, kto zna te lejiony dobsze... Ale to idealna destynacja, jeśli chosi o takie plany. Tylko w twojej posysji, tszeba by szię tszymać s dala od niektólych legionów. Pszede wsystkim Alaucanía i Biobío, mosze tesz Alauco, Cautín i Malleco... Tam moszesz mieś ploblemy. - Zastopowałem na chwilę, żeby złapać oddech, nieco przewróciłem oczami, jakbym rozmawiał o zwykłych wakacjach. - Na Haiti byłoby ci tlochę bespieszniej - są tam miejsca, gdzie taka magia i lytuały są tlaktowane s więksym sacunkiem, więs jeszli umies je plaktylowaś, to mas plecy. Pszynajmniej nie musiałabyś się maltwiś o to, jak cię potlaktują. - Powiedziałem to tak, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie, jakbyśmy planowali wyjazd na weekend, a nie omawiali miejsca, gdzie można załatwić dostęp do wiedzy na temat czegoś bardziej… Wyrafinowanego. - Zlesztą, całe południowe wybszese pełne jeszt takich miejsc, któle szą niemal pewniakiem, jeszli chosi o dostęp do tej wiesy, a ludzie szą w stanie się nią dzieliś, jeśli wsbudzis ich zaufanie. - Zaznaczyłem. - Meksyk to tak na tszecim miejscu. Ale… No wies, to chyba jusz baldziej mainstleam, stlasznie szię s tym obnoszą, mało jeszt w tym autentycznej, tajemnej wiedzy, na pewno nie byłoby to tak intensywne zgłębianie wiesy, jak w Chile czy na Haiti. - Stwierdziłem, znając tamten region chyba najlepiej ze wszystkich, i chyba też najmniej go lubiąc pod kątem wykonywanych zleceń - były najbardziej powtarzalne, dotyczyły tych samych schematów. - S bliszsych miejsc nie ma chyba niczego ciekawego, s tego, co słyszałem. Lumunia, cósz, jeszt jusz tlochę oklepana. Kaszdy tulysta, któly szuka tajemniczych miejsc, kończy w Lumunii. Almenia to samo. A Aflyki nie polesam. Zbyt duszo chaosu, za duszo szeczy, któle są posa kontlolą. - Spojrzałem w dal, na horyzont i morze, a potem z lekkim rozbawieniem powiedziałem: - Posa tym, jeśli coś ci nie pójsie w któlejś s Amelyk, to jeszt sansa, sze szię spotkamy, a to samo w sobie sugeluje pszewagę tych destynasji, nie? - Zakończyłem, nie kryjąc tego, że nie uważałem, byśmy po tym tygodniu mieli nie chcieć się już do siebie odzywać, wręcz przeciwnie - mogliśmy nie mieć takiej możliwości, ale było między nami coś, czego nie można było zignorować - coś, co rosło z minuty na minutę, z każdą chwilą, która upływała. Chemia, przyciąganie, może trochę zaskakująca intensywność. Czułem, jakbyśmy zamykali tę lukę między nami, której nie dało się wypełnić przez lata.
Jakoś tak się stało, że stanęliśmy bliżej, niż się spodziewałem, ale nie narzekałem. Przeciwnie. Czułem jej zapach - tym razem nie perfumy, nie mydło, ale coś podskórnego, znajomego, może nawet niepokojącego, bo pachniała w taki sposób, że łatwo byłoby się w tym zatracić i znowu zacząć ją całować po skórze. Miałem ją na wyciągnięcie ręki i cóż, nigdy nie twierdziłem, iż jestem z kamienia. Poza tym wiedziałem, że to, co czułem, to nie była tylko samotność. To była potrzeba - potrzebowałem jej bliskości, znowu, tak jak wtedy, zanim nam przerwano, bardziej niż czegokolwiek innego tego dnia. Przełamałem tę nieokreśloną barierę, kiedy pociągnąłem ją do siebie - nienachalnie, raczej naturalnie - ręka powędrowała niepostrzeżenie na jej talię, a ja lekko zacisnąłem palce wokół niej i przysunąłem własne ramię z powrotem do mojego ciała. Nic wymuszonego, po prostu naturalny gest, jakbyśmy już tak mieli robić, jakby już nie było odwrotu. To była sugestia bez słowa, reszta zależała od niej - wcale nie musiałem tego mówić. Mogła się oprzeć, wyplątać się i odsunąć. Niewielki gest wystarczył, by wszystko stało się jasne.
- Nic stlasonego. - Powiedziałem miękko. - Mamy tu jesiolo. Lato jesce nie odeszło zupełnie, a woda pewnie wciąsz nie jeszt taka sła. Mosze noc nie bęsie zbyt jasna, księszyc nie jeszt nawet w połowie, ale tlochę ciemności, to nic, czego nie dałoby się obejś. - Zawiesiłem głos. Wiedziała, że to nie była tylko propozycja kąpieli - to był podtekst. Może nawet już nie tyle podtekst, co jasna deklaracja, bo przecież po tym, co się wydarzyło w garażu - tych spojrzeniach, po dotyku, po tym, jak nasze ciała same wiedziały, co robić - nie było sensu udawać, że będziemy się trzymać na dystans. Jeszcze nie przekroczyliśmy tej granicy, byliśmy blisko, ale nie, a mimo to, już wiedziałem, że nie chcę mieć z nią tylko jednego wieczoru - nie zamierzam poprzestać na jednej nocy, bo pragnę też kolejnej, co najmniej kilku, by dać sobie to, co zaspokoi nasze pragnienia. O ile ona też tego chciała, mogliśmy się śmiało pokusić o stwierdzenie, że możemy mieć ten wieczór nad jeziorem w świetle księżyca - nie mieliśmy być zawiedzeni, to było bardzo pewne.
Ona też już to wiedziała. Nie musiałem dodawać nic więcej. Wiedziała to od chwili, gdy całowaliśmy się w tym cholernym garażu, zapomnieni przez czas, przez świat, przez rozsądek. Po tym, jak nasze dłonie znalazły się tam, gdzie nie powinny, jak nasze ciała mówiły głośniej niż usta. W jej oczach zaczęło się coś dziać - zaczęło mi się to podobać.
Choćby to miało trwać tylko tydzień - ostatni oddech lata.
Kamienie, mech, wrzosy, korzenie skarłowaciałych drzewek i krzewów, które wyglądały jakby tylko czekały, aż ktoś nie patrząc, potknie się i z hukiem przywróci do pionu całą romantyczną iluzję. Dostosowałem krok, podałem Prue ramię i patrzyłem przed siebie, udając, że to wszystko jest tak naturalne jak popołudniowa herbata - może nawet było. Nie zapytałem, czy jej wygodnie z moim wsparciem - wiedziałem, że powiedziałaby, że tak, nawet jeśli właśnie obcierała sobie pięty do krwi. Miała upór. Właściwie nie wiedziałem, czy był to upór godny podziwu, czy może bardziej rodzaj drobnej głupoty z gatunku: „Dam radę, nie będzie mi mówił, że nie dam” - nie pytałem. W gruncie rzeczy nawet mnie to bawiło - obserwowanie, jak próbuje utrzymać tempo, nie wyglądając przy tym, jakby naprawdę okrutnie ją to męczyło. Oczywiście, że ją męczyło, ale była Prudence, więc nie miała zamiaru tego przyznać. Trochę z przekory, a trochę - być może - żeby nie dać mi przewagi.
Nie wiem, czy kiedykolwiek mówiłem to na głos, ale Ursula naprawdę była wyjątkowa. Zawsze potrafiła odcedzić nasze idiotyzmy od tego, co naprawdę się liczyło. Poza tym miała w sobie coś ze starych portretów - nie tych eleganckich, gładkich dam z salonów, które pachniały lawendą i rezygnacją, tylko tych kobiet z płócien, co chociaż siedzą prosto, to w oczach mają twardość i zdecydowanie. Tych, które pachną mocno, intensywnie. Stalowych magnolii. Ciotka Corneliusa była z gatunku tych ludzi, których najpierw się omija szerokim łukiem, a dopiero potem, jeśli się ma szczęście i cierpliwość, zaczyna się rozumieć. Miała manierę chłodnej dyplomatki, skrupulatność godną naczelnej archiwistki Ministerstwa i tę charakterystyczną minę, która sugerowała, że właśnie przeprowadza w głowie kompletną sekcję zwłok twojej osoby, bo wybrałeś zły widelczyk do ciasta... Ale to była tylko fasada, albo raczej - jej naturalna tarcza, nie bez powodu.
- Gdybyś ją znała dłuszej. - Rzuciłem w bok, w stronę Prudence. - Wiedziałabyś, sze jeszt inna nisz szię wydaje. Nie odpuszcza lusiom, na któlych jej zaleszy, pilnuje ich, a w lasie czego staje po ich stlonie... I nie mówię tu o szłodkich zapewnieniach, sze zawse mosna na nią liszyś. Mówię o tym, sze jakbyś była jej i ktoś by cię skszywsił, to miałby doszynienia s nią, a to nie byłoby miłe doświadszenie. - Uśmiechnąłem się sam do siebie, przypominając sobie jej wyraz twarzy, kiedy ktoś kiedyś odezwał się do niej o ton za ostro odnośnie znajomości Corio i Eliasa. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak szybko zmienił zdanie o tym, kto tu ma ostatnie słowo. - U niej nie ma miękkości i losmowy o uczusiach, jeszt cisa, obecnoś, konklet. Jeśli cię lubi, to nie pozwoli ci zejś na manowce. Jeśli cię kocha, choś nie wiem, czy sama potlafi to tak nazwaś, to zolganizuje ci szycie tak, szebyś nie musiała szię maltwiś o jutlo. O ile jej na to pozwolis. - Nie wydawało mi się konieczne, by mówić, że w moim przypadku zadziałało to tylko po części, a po drugiej zawiodłem ciotkowe oczekiwania. Mimo to nadal ją szanowałem, bo Ula nigdy nie była typem, co cię przytuli, ale zamiast tego każe skrzatom zrobić herbatę dokładnie taką, jaką lubisz, i postawi ją obok ciebie bez słowa, kiedy widzi, że masz kiepski dzień. Nie zapyta - nie dlatego, że nie obchodzi, tylko dlatego, iż daje ci przestrzeń. Właśnie o to zawsze chodziło - chodziło o to, jak potrafiła być bezwzględnie obecna. Tak, właśnie - bezwzględnie. Kiedy człowiek się sypał, nie rzucała pustych słów ani mądrości z poradników do hodowli młodych arystokratów - po prostu była. Zauważyłem to dawno temu, przede wszystkim wtedy, kiedy dużo rzeczy na raz zaczęło się komplikować. Chyba wcześniej od Corneliusa - już wtedy wiedziałem, że to nie była kwestia chłodu, tylko ciszy. Ciszy, która kryła w sobie cierpliwość i nieustępliwość - dwie cechy, które potrafią uratować komuś życie, jeśli są dobrze wycelowane i ukierunkowane. Ursula miała swoje zasady, często kompletnie absurdalne, ale przestrzegała ich jak kodeksu rycerskiego, i może właśnie dlatego potrafiłem jej zaufać wcześniej, niż sobie to uświadomiłem.
Zamilkłem na chwilę, przypominając sobie pewne zimowe popołudnie, gdy rozpadłem się jak domek z kart po jakimś idiotycznym liście z domu. Siedziałem wtedy przy kuchennym stole z głową w rękach, a ona tylko wsunęła mi pod nos pergamin, pióro i powiedziała: „Przestań jęczeć, jeszcze nie umierasz.” W rzeczy samej - nie umierałem, tylko musiałem podjąć konkretne decyzje, żeby sam się zabić. Tego dawnego siebie - zanim zrobi to ktoś inny, nim to oni mnie wykończą i zamordują.
Ursula miała to coś. Chociaż na pierwszy rzut oka mogła sprawiać wrażenie dystyngowanej, może nawet nieco zimnej kobiety, w rzeczywistości była kimś zupełnie innym. Z pewnością była damą starego typu, z jej manierami, dbałością o szczegóły i poglądami, które nieco na pierwszy rzut oka mogły odstraszać, ale to, co najbardziej mnie uderzało, to jej natura, która była czymś naprawdę wyjątkowym. W gruncie rzeczy była opiekuńcza, bardziej niż ktokolwiek inny, kogo znałem. Może nie mówiła tego głośno, nie uśmiechała się ciepło, nie tuliła - ale pamiętała, że ktoś nie lubi porów w zupie, ktoś śpi lepiej przy otwartym oknie, a ktoś inny nie znosi, gdy dotyka się go znienacka. Drobiazgi, które składały się na poczucie, że ktoś naprawdę patrzy - jesteś widzialny.
To była dama starego typu, naprawdę. Zawsze zapięta pod szyję, zawsze z jakąś biżuterią po matce - chociaż akurat tej matki, Merlin świadkiem, powinna była się wyrzec. Miałem nieszczęście widywać ją przy różnych okazjach. Ona nie rozmawiała - ona polowała. Wystarczyło, że weszła do pokoju, a temperatura spadała o dziesięć stopni. Tak, ale Ursula była inna... Miała w sobie ten rodzaj siły, której nie da się nauczyć. Trzeba się z nią urodzić albo przeżyć dość, by nie mieć już wyboru.
- Ale jej matka... - Dodałem z westchnięciem. - O, Pludence, nawet szobie nie wyoblasas. Kaszdy, kto ją poznał, ciesy szię, sze stalej jusz nie ma. To był sęp, i to taki balso szponiasty, jak z gotyskiego malowidła. Nie chosiła, tylko skladała się, jakby polowała. Miała taki wslok, sze człowiek szię posił, zanim jescze coś powiesiała... I ten szposób wypowiadania twojego imienia, jakby to było coś obszydliwego, niegodnego. Jakbyś była golsza nisz kilkudniowa padlina, chociasz pewnie, jakby mogła, to by cię opieldoliła. - Wzdrygnąłem się drugi raz. Miałem chyba około siedmiu albo ośmiu lat, gdy umarła. Była tak koszmarna, że za dzieciaka czasami mi się śniła - to nigdy nie były dobre sny, bardziej najgorsze koszmary. Byłem pewien, że jej dzieci, a te były wyjątkowo liczne, jak na kobietę bez krzty ciepła i czułości, całowały ziemię podczas pogrzebu. To była stara harpia - taka, co żywiła się cudzym zawstydzeniem i strachem, i miała zawsze rację - przynajmniej w swoim własnym mniemaniu. Na szczęście widziałem na własne oczy tylko parę razy, ale to wystarczyło. Jednym spojrzeniem potrafiła kogoś zmniejszyć do rozmiaru ziarenka grochu. Nawet Ursula się wtedy cofała. Mgliście pamiętałem, jak nazywała własną córkę - Ursulę Elsebet, jak już wspomniałem Prudence - „Ulriet”, chrząkała i uderzała palcami o dębowy blat. A miała palce jak kościste, zaostrzone szpikulce. Towarzyszyło I'm spojrzenie, które zamrażało wodę w szklance, i całe to jej dumne „najszlachetniejsze pochodzenie”, którym smagała innych jak pejczem, jakby szlachectwo dziedziczyło się z genami jak hemofilię. Ursula nigdy tego nie mówiła, nie wprost, ale po latach wiedziałem - zdawałem sobie sprawę, że sporo kosztowało ją, by nie stać się dokładnie taką samą - i właśnie za to najbardziej ją szanowałem. Nie zbuntowała się, nie uciekła z domu, ale wyrwała się schematom - w jakimś sensie. Na pewnym poziomie mieliśmy coś, co nas łączy, nawet jeśli nie szanowała moich decyzji - wiedziałem, że mogę na nią liczyć. W tym domu nic mi nie groziło. Żadnemu z nas - niezależnie od krwi czy pochodzenia, nawet jeśli była tradycjonalistką, nie bez powodu miała miękki punkt dla Eliasa - nie od razu go z nami zaakceptowała, to pewne, ale szybko był „swój”, „nasz” zresztą też.
Czułem się trochę, jakbym grał teraz w jakąś grę... I to była gra, którą miałem dość dobrze opanowaną. Oczywiście, gdybym miał przyznać - mogłem poczuć się pewnie w tej rozmowie, bo wiedziałem, że Prudence wciąż nie miała odpowiedzi na pytania, które już dawno zadałem i na które sam sobie odpowiedziałem. To było dla niej trudniejsze, bo w jej świecie nie było tak łatwo przełamać te granice, które sama wyznaczyła - dla niej przez cały okres szkoły, a pewnie też później, chociaż mnie to już wtedy nie dotyczyło, byliśmy zadufanymi w sobie, klasistowskimi bufonami sprawiającymi problemy, którzy z tylko sobie znanego powodu postanowili przygarnąć jej brata. Może traktowaliśmy go, jak zwierzątko domowe, albo coś w tym rodzaju - bawiliśmy się jego obecnością i nim samym - tak to pewnie wyglądało dla niej. Tylko, że nie dla nas.
- Elias… On, o dziwo, naplawdę szię wpasował. - Uśmiechnąłem się pod nosem, wspominając jego pierwsze tygodnie z naszą grupą. -Na poszątku miał twalde wejsie, nie dało się uklyś, sze był tlochę s innej bajki. Ale wies, co? Wblew posolom wpasował szię całkiem nieśle. Sybko zaszęliśmy tlaktowaś go jak swojego. - Wzruszyłem ramionami, ale wtedy myślę, że gdyby ktoś powiedział mi w pierwszym tygodniu szkoły, iż kiedyś nazwę go przyjacielem, pewnie bym się roześmiał. Albo splunął. Przecież, kiedy pojawił się po raz pierwszy, nikt z nas nie wierzył, że będzie w stanie wpasować się w resztę tej paczki - zresztą wtedy jej nie było, no, tak nie do końca. Nasza paczka istniała tylko w teorii - Corio i Ambroise się napierdalali, pluli na siebie, szczerze się nienawidzili, Romulus to wszystko analizował i miał z tego frajdę, ja zresztą też, a Elias gubił się w kodzie naszych rozmów, nie wiedział, kiedy żartujemy, a kiedy się z kogoś wyśmiewamy - bądźmy szczerzy, czasem my też nie wiedzieliśmy... Ale kurwa - był, był w tej paczce lepionej na ślinę i niezbyt dużo dobrej woli. Z biegiem czasu chłopak przestał być tym odrzutkiem. Jego początkowe problemy z przystosowaniem się do nas, do naszej rzeczywistości, zniknęły, a my - my zaczęliśmy traktować go, jak swojego, bo, mimo że byliśmy rozpuszczeni, bananowi i przekonani, że świat zaczyna się i kończy na naszych nazwiskach, to nadal byliśmy dzieciakami.
Potem Prudence rzuciła tym swoim niby-niewinnym „chyba też wolałabym wybrać Was niż Ślizgonów” i musiałem się powstrzymać, żeby nie parsknąć śmiechem. Oczywiście, że miała na nich alergię - jasne, że jako prefektka musiała znosić te wszystkie wężowe gierki, okrucieństwa zamaskowane jako „żarty”, hierarchie i zastraszanie. Sam to znałem - dorastałem wśród takich, moja rodzina była modelowym przykładem tego, co Slytherin robi z ludźmi, kiedy pozwoli się mu ich wychować od środka wśród tych samych sobie, a potem pójdą dalej.
- Plue, nawet nie plóbowałaś daś nam wtedy sansy. Wiem, wiem, to było zbyt mosno poniszej twoich standaldów. - Rzuciłem z przesadnym dramatyzmem w głosie. - Jusz to widzę, jak wybielasz nasze towaszystwo ponad te wszystkie ślisgońskie złotka. Galdziłaś nami, pewnie jescze myślałaś, sze śmieldzimy. Pieniąsem na pewno, klaszistko. - Zamrugałem teatralnie, ale nie mogłem się powstrzymać od cichego śmiechu, bo to była prawda - Prudence wtedy nie patrzyła łaskawym okiem w naszą stronę - zbyt głośni, zbyt niepoukładani, zbyt... Gryffindorscy.
O tak - z tym też wiązała się zabawna historia. Tiara zdecydowała, że będzie zabawnie, jeśli wrzuci mnie do grupy porywczych, rozkrzyczabych pojebów, którzy reagują sercem zanim jeszcze pomyślą. Niemal cała moja rodzina to absolwenci Slytherinu. Zielone szaty, zadarte nosy, ambicje wypisane na każdej stronie rodowej kroniki. A potem przyszedłem ja - i co? Gryffindor. Największy dyshonor. O, jakiż to był wstyd - byłem żywym rozczarowaniem. Gdyby istniała jakaś magiczna komisja do cofania przydziału, jestem pewien, że ojciec by ją aktywował. Po powrocie do domu na przerwę, oczywiście, powiedział, że to „może i interesujące”, co w jego słowniku oznaczało „skrajnie oburzające”, ale nie była to najgorsza decyzja, jaką podjął za mnie magiczny kapelusz. Nie w dłuższej perspektywie, chociaż wtedy chciałem go podpalić. Byłem w takim szoku, że przez pierwsze tygodnie patrzyłem na swoje szaty jak na jakiś mało zabawny dowcip.
- A tak swoją dlogą, wies, sze niemal cała moja losina to alumni Slythelinu? - Dodałem, uśmiechając się nieco złośliwie - Matka, ojciec, dziadek, wujowie, kuzynostwo. Taka stala, dobla dynastia węszy. Nawet mój beznadziejny kuzyn, który ledwo zdał SUMy, pelfeksyjnie szię tam wpasował, więc moszesz sobie tylko wyoblaziś ten moment, kiedy Tiala wszasnęła mi do ucha „Glyffindol!” i cały lód doształ sbiolowego wylewu. - Uśmiechnąłem do siebie, bo nie było sensu się z tym kryć - byłem po prostu dzieckiem, które zamiast knuć, wolało walić prosto z mostu, przez co od razu na tym etapie życia zacząłem rozstrzeliwać się z rodziną, a potem było już tylko coraz gorzej. No cóż, najwyraźniej Tiara Uzależniona Od Dramatyzmu uznała, że się nadaję, by zasilić bandę impulsywnych świrów, którzy uważali, że dobry plan to plan, który zaczyna się od "a co, jeśli byśmy..."
- Skandal stulecia. Polaszka pokoleniowa. To było plawie jak kala śmielsi, tylko balsiej pasywno-aglesywna. Po powlosie w gludniu, ojciec pszes tysień w ogóle ze mną nie losmawiał. Matka udawała, sze to pomyłka Tialy i da szię to jesce odklęciś. Nawet babka, stala jak świat, ledwo ogalniająsa, co dzieje szię dookoła, powiesiała, sze „to musi byś jakaś plowokasja”. - Przytoczyłem tę historię, bo jej zdanie o Ślizgonach mnie rozbawiło, nie dlatego, że było niesprawiedliwe, bo nie było, tylko przez to, jak bardzo podobało mi się, że mówiła to właśnie do mnie. Do mnie, który przez większą część życia próbował albo udowodnić, że Tiara Przydziału się pomyliła, albo później rzeczywiście nie stać się jednym z nich, chociaż wychowanie miałem dość ślizgońskie. Kiedyś naprawdę wstydziłem się, że wylądowałem w Gryffindorze, teraz byłem niemal wdzięczny losowi za ten niewytłumaczalny - a może jednak przeciwnie? - przypadek. Może to był jedyny sposób, żeby nie zgnić od środka - mieć szansę przeżyć życie inaczej niż matka, ojciec, kuzyni - cały ten cholerny, rodowy teatr. Wzruszyłem ramionami, jakby te wszystkie spłynęły po mnie bez echa, chociaż w rzeczywistości ścisnęły mnie gdzieś głęboko pod mostkiem.
Prudence nie była ulepiona z tej samej gliny co ja - i całe szczęście. Potrzebowałem tej różnicy, tego zaskoczenia, że oto ktoś taki jak ona postanowił znaleźć się tu, obok mnie. Nie chodziło o to, że jej współczucie czy ciekawość były mi potrzebne. Nie łudziłem się, że jesteśmy sobie równi pod względem decyzji życiowych - ona nie musiała uciekać, a jednak w jej obecności coś we mnie miękło, jakby nagle przestawało się opłacać trzymanie gardy. Zamiast więc udawać, że jej słowa nie robią na mnie wrażenia, zaśmiałem się cicho, kiedy wspomniała, że zna mnie mimo fałszywych dokumentów. Oczywiście, że znała. Nawet jeśli nie do końca, to wystarczająco, żeby wiedzieć, że nie jestem Benjym Fenwickiem, ani żadnym innym zmyślonym typem, którego życiorys można było przelać na papier, bo papier przyjmie wszystko i przyjąć do porządku dziennego. Wiedziała, kim byłem, i nie uciekała z krzykiem. To już samo w sobie było jakimś cudem.
- Zawse miałaś niepokojąso doblą pamięś. - Powiedziałem półżartem, spoglądając na nią spod oka, bo już wiedziałem, z czego to wynika. - Nawet wtedy, kiedy udawałaś, sze mnie nie widzis, tak balso ci podpadłem, sze pewnie wies nawet, kiedy mam te lealne ulosiny, bo wtedy zawse byłaś jakaś... Balsiej cięta. - Przez te parę lat, gdy się do niej zalecałem, to było bolesne, bardziej niż chciałem przyznać. Pamiętałem doskonale ten czas, gdy kręciła się gdzieś w pobliżu, ale nie była dostępna - nie dla mnie. Zbyt dobra, zbyt rozsądna, zbyt bezpieczna. A ja byłem wszystkim, czego należało unikać... I w swoje własne urodziny odpierdalałem wyjątkowo spektakularnie. Na tyle, że zawsze kończyło się to jakimś fakapem i obciętymi punktami.
Zaskoczyła mnie teraz tym, że chciała mnie poznać. Jakby przestała traktować mnie jak przeszłość. Jakby to, co między nami wydarzyło się mimochodem - ta nieuchronna konfrontacja dawnych uprzedzeń z obecną bliskością - było początkiem, nie błędem. Czułem to w sposobie, w jaki stawiała pytania: spokojnie, bez nacisku, ale z autentycznym zainteresowaniem. Jakby nie musiała wiedzieć wszystkiego od razu, ale chciała - stopniowo, cierpliwie - rozgryźć mnie kawałek po kawałku. To działało w obie strony, bo ja ją też, nawet jeśli chwilowo rozmawialiśmy głównie o mnie.
- Mówię. - Przytaknąłem, bardzo powoli, ale wyraźnie. To nie była sytuacja, którą łatwo można było sklasyfikować. Nie było w niej nic z planu - nic z tych rzeczy, które się analizuje w chłodne wieczory, przy lampce wina i nadmiarem wolnego czasu. To się po prostu wydarzyło. Nie wiedziałem, czy bardziej z przypadku, czy z konsekwencji wszystkich tych rzeczy, które się między nami skumulowały przez lata i wybuchły razem z pożarami. Może jedno i drugie, a może wreszcie przestaliśmy się oszukiwać, że to, co nas odpychało, nie było przypadkiem też tym, co w jakiś sposób przyciągało...
- Jesztem tym znanym złem? Czy to znaszy, sze wodzę cię na pokuszenie? Szebyś tylko tego nie szałowała... - Niby się uśmiechnąłem, towarzyszył temu zaczepny ton, ale te przemyślenia te były dziwne. Z jednej strony czułem, że dobrze mi się z nią rozmawia, ale na poziomie psychologicznym, na poziomie wewnętrznych mechanizmów, byłem w konflikcie. Bo przecież już dawno zauważyłem, że dla nas obojga granice, które sobie wyznaczyliśmy, były cienką linią. Zastanawiałem się, co się stanie, kiedy tę linię przekroczymy... Co gorsza, od chwili w garażu, coraz bardziej chciałem się tego dowiedzieć, a gdy Prue powiedziała te konkretne słowa - „to pierwszy taki przypadek” - zrobiło mi się całkiem ciepło. Instynktownie wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
Nie spodziewałem się, że do tego dojdzie. Nasza historia nie wyglądała jak opowieść, która mogłaby mieć taki rozwój. Raczej jak notatka w aktach: „niedopasowanie”, „konflikt”, „napięcie nie do zniesienia” - ale teraz, idąc z nią w stronę kromlechu, czułem coś zupełnie innego. Inność, owszem, ale podszytą dziwną ulgą - znajdując się na zupełnym zadupiu, tylko z Prue, nie musiałem już być w wiecznym stanie gotowości do ucieczki, może dlatego opowiadałem jej więcej, niż zwykle bym opowiedział komukolwiek. Nie dlatego, że mnie ciągnęła za język, wręcz przeciwnie - jej powściągliwość była o wiele skuteczniejsza niż jakiekolwiek naciski. Zaufałem jej - o wiele wcześniej, niż sam przed sobą chciałem to przyznać. Nie musiałem - mogłem utrzymać tę wersję z dokumentów, mogłem udawać do samego końca, ale nie wydawało mi się to konieczne. Poniekąd uważałem, że prędzej czy później, przez ten tydzień, i tak by mnie przejrzała. Miała coś takiego w oczach wtedy podczas naszego pierwszego i drugiego spotkania... Więc jej powiedziałem, przynajmniej sporą część.
Wiedziałem, że wciąż nie wiedziała o mnie wszystkiego - i nie zamierzałem jej wszystkiego opowiadać. Zbyt wiele historii, zbyt wiele ran, zbyt wiele spraw, które nigdy nie były wyciągane na światło dzienne, ale mówiłem jej więcej niż komukolwiek innemu od lat. Nie dlatego, że próbowałem coś zbudować. Przeciwnie - może właśnie dlatego, że nie próbowałem, o było w tym coś na tyle ulotnego, kruchego, że nie trzeba było się zabezpieczać. Nie robiłem z tego aktu wiary. Po prostu byłem szczery. Bardziej niż w przeszłości.
Ona też się zmieniła. Nie była tą samą dziewczyną, którą znałem w Hogwarcie. Była bardziej… Dojrzała, zaskakująco pogodzona z własną nieidealnością. Zauważałem to w jej sposobie mówienia - w świadomości, że nie wszystko da się przewidzieć, że czasem trzeba po prostu iść przed siebie, choćby w nieodpowiednich butach. Może to dlatego w ogóle dała mi tę szansę, bo oboje zrozumieliśmy już, że nie ma czegoś takiego jak właściwy moment. Wszystko było albo teraz, albo nigdy.
Prudence nie była typem, który łatwo się odsłania. Jej emocje przemykały między słowami, ukrywały się w tym, jak marszczyła brwi albo jak podnosiła brew, gdy coś ją zaskoczyło, ale teraz widziałem, że była bardziej otwarta niż kiedykolwiek przedtem - a mimo to w dalszym ciągu ukrywała jedno... Albo przynajmniej usiłowała. Nie próbowała wyegzekwować taryfy ulgowej, nie zatrzymywała się co kilka kroków, żeby teatralnie westchnąć. Przeciwnie - szła, słuchała, zagadywała. Z determinacją, której się po niej nie spodziewałem. Była zdumiewająco dobra w kamuflowaniu zmęczenia. Nie narzekała ani razu, chociaż jej buty, te absolutnie nieprzystosowane do takich wędrówek laczki, musiały już dawno zacząć ją obcierać. Utrzymywała tempo, jednocześnie prowadząc rozmowę. Nie była wścibska, nie dopytywała, a mimo to wyciągała ze mnie rzeczy, których nie miałem zamiaru ujawniać. To nasze porozumienie, nawet jeśli tylko tygodniowe, to było więcej, niż kiedykolwiek sądziłem, że mogę dostać od kogoś takiego, jak ona - nie sądziłem, że kiedykolwiek mnie polubi, nie po tym wszystkim, nie po latach, a jednak... Może po prostu wszystko musiało się wcześniej rozpaść, żebyśmy w końcu mogli się spotkać naprawdę - bez przeszłości, bez podziałów domowych i klasowych, i bez starych wersji siebie. To było absurdalne, że to właśnie ona okazała się być tą osobą, przy której czułem się całkiem swobodnie. Ona, z którą kiedyś nie potrafiliśmy spędzić pięciu minut bez przytyków. Ona, która była siostrą Eliasa, a przez to - z zasady - powinna być „niedostępna”. Nie tylko dlatego, że nie wypadało, ale dlatego, że to komplikowało wszystko, a mimo to przy niej zachowywałem się całkiem swobodnie, jak na siebie - nawet jeśli ten „ja” był tylko wersją, która przetrwała. Fragmentem człowieka, który musiał porzucić wszystko, by nie zostać zniszczonym.
Słowa Prudence zawisły w powietrzu, zbyt szczere, bo nie miała pojęcia, że trafiają dokładnie tam, gdzie nie powinny. Oczywiście, że miała rację. Oni naprawdę mogliby się wkurzyć. I naprawdę mogliby zacząć mnie ścigać. Tylko że… Już to robili, od dawna, nie potrzebowali więcej powodów. Wystarczył ten jeden, który popełniłem lata temu: wybór. Nie po ich myśli - wybór wolny, nielegalny w ich oczach, zdradziecki w ich mniemaniu. I tak - już byłem zdrajcą. Dla nich zawsze nim byłem, bo urodziłem się z nazwiskiem, które miało znaczyć jedno, a zrobiłem z nim coś zupełnie innego... Ale tego jej nie powiedziałem. Nie dlatego, że nie ufałem, iż nie poleci z tym do ministerstwa, tylko dlatego, że był to jeden z tych ciężarów, które nosi się w sobie, dopóki człowiek nie jest wystarczająco pijany albo wystarczająco zmęczony.
Nie. Nie powiedziałem jej tego. Jeszcze nie byłem na tyle nawalony... I raczej nie sądziłem, bym miał być.
Zamiast tego pociągnąłem kolejny łyk i rzuciłem luźno, może odrobinę za nonszalancko:
- Nie maltw szię na sapas, Plue. Szwietnie idzie mi ilytowanie nieodpowiednich ludzi. Lobię to zawodowo i jeszcze szyję. - Zabrzmiało to niemal beztrosko, jakbym się śmiał sam z siebie, ale to był tylko teatrzyk, znoszony przez lata, wypróbowany w towarzystwie ludzi, którzy nie musieli wiedzieć wszystkiego. A ona… ona nie musiała wiedzieć, że czasem budziłem się w nocy z palcami zaciskającymi się na różdżce i myślą, że to dzisiaj mnie znajdą.
Nie spojrzałem na nią. Nie dlatego, że nie chciałem - tylko dlatego, że za dobrze znałem konsekwencje patrzenia komuś w oczy, kiedy samemu nie chce się zdradzić niczego. Zwłaszcza komuś, kto dopiero co przyznał, że zaczyna cię lubić.
Bo co miałem jej powiedzieć? Nie musi się martwić, że odjebię coś głupiego, bo oni już mnie ścigają? Lista ludzi, którzy chcieliby zobaczyć moje ciało bez życia, jest równie długa, co rodowód mojej rodziny? Śmierciożercy nie potrzebują żadnego powodu - wystarczy im moje nazwisko i to, że postanowiłem z tym nazwiskiem zrobić coś, co było najgorszą skazą?
Ten wybór, który był wbrew wszystkim - mojej rodzinie, mojemu nazwisku, całej pieprzonej spuściźnie... Właśnie dlatego wybrałem ciszę, powiedziałem po raz pierwszy od bardzo dawna nie musiałem się tłumaczyć - nie musiałem opowiadać o tym, co było wtedy. To, że mówiłem, to był mój wybór... Więc zdecydowałem nie musiałem mówić, że jestem zdrajcą swojej krwi. Nie tylko buntownikiem, który wybrał inne życie... I nie mówiłem. Zamiast tego tylko rzuciłem jej krótki uśmiech.
- Byle nie za balso, Plue. Jesce ci pszejsie. - Było w tym coś z autoironii - coś, co miało rozładować napięcie, zanim zrobi się zbyt gęsto. Chociaż już było pod wieloma innymi względami... Mimo to nie do końca wierzyłem, żeby na dłuższą metę mogła mnie polubić, to był raczej pociąg, chemia, fascynacja - nie przyjaźń, to już ustaliliśmy, ale nie czysto fizyczna chuć. Raczej tymczasowe sympatyzowanie ze sobą, które miało przetrwać próbę tygodnia, ale nie dłużej. Może jeszcze jedno albo dwa spotkania kiedyś za parę lat, nie więcej, ale to było okej.
Wiatr muskał twarz i rozwiewał włosy, a widok na morze z wzgórza niemal odbierał dech, ale przez większość czasu kątem oka i tak patrzyłem głównie na Prue, jak na kogoś zupełnie nowego, a jednocześnie, jakby wciąż tą samą Prudence sprzed lat - tylko może, zanim moje podejście do niej zmieniło się na zupełnie wrogie. Nie oczekiwałem odpowiedzi, nie od razu - wiedziałem, że dla niej pytania o impulsy były jak pytania o smoki - fascynujące, ale raczej teoretyczne. Jej życie, jak sama mówiła, było uporządkowane - co więcej, było widać, że długo jej to odpowiadało. Do teraz - teraz coś się zmieniło, może z powodu pożarów, możliwe, że ta zmiana miała inne podstawy, ale kobieta obok mnie z pewnością chciała postępować inaczej - widziałem to w jej oczach, gdy odpowiadała mi na pytanie.
Gdy powiedziała, że interesuje się czarną magią, nie mrugnąłem nawet. Czułem, że jest w tym coś naturalnego - coś, czego nie należy oceniać. Słuchałem jej, obserwując, jak delikatny wiatr rozwiewa jej włosy, a w jej oczach była ta sama iskra, którą pamiętałem z momentów, gdy zdawała się być czymś mocno zainteresowana i pewna swego, i chociaż minęło tak wiele czasu, odkąd widziałem to po raz ostatni, nie było w tym nic nieznajomego - raczej wzbudziło to uśmiech drżący w kącikach moich ust. Patrzyłem na nią, na jej twarz, i na sposób, w jaki mówiła o tym, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie - i w tej chwili, naprawdę, nie było w tym nic nadzwyczajnego. Ot - czarna magia... Właściwie, nie byłem zdziwiony - nie powinienem być, skoro widziałem jej mieszkanie - niewielkie, ale z klimatem - te dekoracje, zapachy, które zdawały się nie tylko pachnieć, ale wprost emanować w powietrzu - wszystko to składało się w całość. Pewne rzeczy można wyczytać z miejsca, w którym ktoś żyje - niby nie z niezmąconą pewnością, nie zarzuciłbym jej tego tylko na tej podstawie, ale teraz to miało więcej sensu. Wcale mnie to nie dziwiło, bo Prudence zawsze była inna, pełna tajemnic, oderwana. Teraz tylko potwierdzała to, co już wiedziałem, ale w sposób, który sprawiał, że to wszystko nabierało zupełnie nowego znaczenia. Zamiast zdziwienia, poczułem, że po prostu zaczynam dostrzegać jeszcze jedną stronę jej osobowości - nie taką, którą znałem kiedyś, gdy nie potrafiliśmy się dogadać, ale tą, którą teraz zaczynałem rozumieć.
- Posusenie ministelstwa, szeby uczyś szię odplawiaś czalnomagiszne lytuały, tak? - Powtórzyłem po niej, z rozbawieniem, obserwując jej twarz. - Pludence Bletchley, zaskakujesz mnie, jeszteś naplawdę wyjątkowa... - Zamiast mrugnąć z niedowierzaniem czy wybuchnąć śmiechem, spojrzałem na nią spokojnie, nawet z uznaniem, jakby to, co mówiła, było czymś interesującym. Dla mnie to nie było szokujące, bardziej… Naturalne. Dla większości ludzi, to było było coś przerażającego - coś, co kusiło i zwodziło na manowce, przez co było zakazane, ale niekoniecznie tak to wyglądało w moich własnych oczach. Dla mnie to nie wykraczało poza granice tego, co można by nazwać „normalnym” - nie w moim zawodzie, nie w kręgu moich własnych zainteresowań. Nie drgnąłem nawet, bo byłem już tak przyzwyczajony do jej nieprzewidywalności, że w zasadzie trudno było mnie czymkolwiek zszokować. Prawdę mówiąc, w tej chwili bardziej mnie to bawiło, bo czułem, jak bardzo ona się zmieniła przez te lata... I jak bardzo się zmieniłem ja, bo nawet jej nie oceniałem. Czasami w życiu wystarczy zaledwie kilka godzin, żeby przewartościować wszystkie priorytety. Zresztą, tak jak to, że się całowaliśmy kilka godzin wcześniej w garażu w domu ciotki, praktycznie już zaczynając się do siebie dobierać, nie było już ani dziwne, ani zaskakujące, tak to, że moja... Nie przyjaciółka, nie znajoma, nie dziewczyna... Moja... Prue? Prue? Niekoniecznie „moja” - Prue chciałaby kultywować czarną magię w jakiejś głuszy też nie było dziwaczne, ba, nawet do niej pasowało. Nie mogłem powstrzymać unoszenia brwi, patrząc na nią. W tym momencie nie wydawało mi się, żeby to było czymś, co powinno mnie szokować. Czułem, że jest w tym coś, co do tej pory nie zostało ujawnione - coś, co pasowało do tego nowego obrazu Prudence, którą właśnie poznawałem na nowo.
Patrzyłem na nią przez chwilę, a potem przeniosłem wzrok na horyzont. Morze zlewało się z niebem, a świat wokół nas wydawał się tak spokojny, jakby nie miał nic wspólnego z tym, co się działo w naszej rozmowie. Uśmiechnąłem się lekko i odpowiedziałem, zupełnie swobodnie:
- A więs... - Zacząłem z chrząknięciem, przygotowując się do dłuższej wypowiedzi i tego nie ukrywając, bo Prudence trafiła w temat, o którym mogłem się szczególnie wypowiadać. Nie to, by przeszkadzał mi brak wiedzy, żeby to robić w przypadku wielu innych tematów, ale tu naprawdę wiedziałem, o czym gadać - i chyba trochę ją chciałem tym zagiąć, żeby nie myślała, że trafiła na byle kogo, dla kogo czarna magia była czymś ekscytująco niewłaściwym, jak dla zaaferowanego dzieciaka. - Jak wlescie Colnelius tak cię wkulwi, sze postanowis to pieldolnąś, to najlepiej byłoby, gdybyś szię zaklęsiła w Chile. To tam czalna magia ma najgłębse koszenie, lusie tlaktują to zupełnie natulalnie, no i jest tam spolo pszestrzeni do działania. Jest balso powszechna, zupełnie inaszej tlaktowana nisz w Eulopie, ale... - Zamilkłem na chwilę, szukałem odpowiednich słów. - Oczywiście, to nie jeszt bespieszne miejsce dla kaszdego, a tym balsiej, to mosze nie byś najlepsze miejsce dla kobiety... Własiwie nie polesam tego miejsca w pojedynkę. Plawdę mówiąs, najlepiej byłoby, gdybyś znalasła kogoś, kto zna te lejiony dobsze... Ale to idealna destynacja, jeśli chosi o takie plany. Tylko w twojej posysji, tszeba by szię tszymać s dala od niektólych legionów. Pszede wsystkim Alaucanía i Biobío, mosze tesz Alauco, Cautín i Malleco... Tam moszesz mieś ploblemy. - Zastopowałem na chwilę, żeby złapać oddech, nieco przewróciłem oczami, jakbym rozmawiał o zwykłych wakacjach. - Na Haiti byłoby ci tlochę bespieszniej - są tam miejsca, gdzie taka magia i lytuały są tlaktowane s więksym sacunkiem, więs jeszli umies je plaktylowaś, to mas plecy. Pszynajmniej nie musiałabyś się maltwiś o to, jak cię potlaktują. - Powiedziałem to tak, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie, jakbyśmy planowali wyjazd na weekend, a nie omawiali miejsca, gdzie można załatwić dostęp do wiedzy na temat czegoś bardziej… Wyrafinowanego. - Zlesztą, całe południowe wybszese pełne jeszt takich miejsc, któle szą niemal pewniakiem, jeszli chosi o dostęp do tej wiesy, a ludzie szą w stanie się nią dzieliś, jeśli wsbudzis ich zaufanie. - Zaznaczyłem. - Meksyk to tak na tszecim miejscu. Ale… No wies, to chyba jusz baldziej mainstleam, stlasznie szię s tym obnoszą, mało jeszt w tym autentycznej, tajemnej wiedzy, na pewno nie byłoby to tak intensywne zgłębianie wiesy, jak w Chile czy na Haiti. - Stwierdziłem, znając tamten region chyba najlepiej ze wszystkich, i chyba też najmniej go lubiąc pod kątem wykonywanych zleceń - były najbardziej powtarzalne, dotyczyły tych samych schematów. - S bliszsych miejsc nie ma chyba niczego ciekawego, s tego, co słyszałem. Lumunia, cósz, jeszt jusz tlochę oklepana. Kaszdy tulysta, któly szuka tajemniczych miejsc, kończy w Lumunii. Almenia to samo. A Aflyki nie polesam. Zbyt duszo chaosu, za duszo szeczy, któle są posa kontlolą. - Spojrzałem w dal, na horyzont i morze, a potem z lekkim rozbawieniem powiedziałem: - Posa tym, jeśli coś ci nie pójsie w któlejś s Amelyk, to jeszt sansa, sze szię spotkamy, a to samo w sobie sugeluje pszewagę tych destynasji, nie? - Zakończyłem, nie kryjąc tego, że nie uważałem, byśmy po tym tygodniu mieli nie chcieć się już do siebie odzywać, wręcz przeciwnie - mogliśmy nie mieć takiej możliwości, ale było między nami coś, czego nie można było zignorować - coś, co rosło z minuty na minutę, z każdą chwilą, która upływała. Chemia, przyciąganie, może trochę zaskakująca intensywność. Czułem, jakbyśmy zamykali tę lukę między nami, której nie dało się wypełnić przez lata.
Jakoś tak się stało, że stanęliśmy bliżej, niż się spodziewałem, ale nie narzekałem. Przeciwnie. Czułem jej zapach - tym razem nie perfumy, nie mydło, ale coś podskórnego, znajomego, może nawet niepokojącego, bo pachniała w taki sposób, że łatwo byłoby się w tym zatracić i znowu zacząć ją całować po skórze. Miałem ją na wyciągnięcie ręki i cóż, nigdy nie twierdziłem, iż jestem z kamienia. Poza tym wiedziałem, że to, co czułem, to nie była tylko samotność. To była potrzeba - potrzebowałem jej bliskości, znowu, tak jak wtedy, zanim nam przerwano, bardziej niż czegokolwiek innego tego dnia. Przełamałem tę nieokreśloną barierę, kiedy pociągnąłem ją do siebie - nienachalnie, raczej naturalnie - ręka powędrowała niepostrzeżenie na jej talię, a ja lekko zacisnąłem palce wokół niej i przysunąłem własne ramię z powrotem do mojego ciała. Nic wymuszonego, po prostu naturalny gest, jakbyśmy już tak mieli robić, jakby już nie było odwrotu. To była sugestia bez słowa, reszta zależała od niej - wcale nie musiałem tego mówić. Mogła się oprzeć, wyplątać się i odsunąć. Niewielki gest wystarczył, by wszystko stało się jasne.
- Nic stlasonego. - Powiedziałem miękko. - Mamy tu jesiolo. Lato jesce nie odeszło zupełnie, a woda pewnie wciąsz nie jeszt taka sła. Mosze noc nie bęsie zbyt jasna, księszyc nie jeszt nawet w połowie, ale tlochę ciemności, to nic, czego nie dałoby się obejś. - Zawiesiłem głos. Wiedziała, że to nie była tylko propozycja kąpieli - to był podtekst. Może nawet już nie tyle podtekst, co jasna deklaracja, bo przecież po tym, co się wydarzyło w garażu - tych spojrzeniach, po dotyku, po tym, jak nasze ciała same wiedziały, co robić - nie było sensu udawać, że będziemy się trzymać na dystans. Jeszcze nie przekroczyliśmy tej granicy, byliśmy blisko, ale nie, a mimo to, już wiedziałem, że nie chcę mieć z nią tylko jednego wieczoru - nie zamierzam poprzestać na jednej nocy, bo pragnę też kolejnej, co najmniej kilku, by dać sobie to, co zaspokoi nasze pragnienia. O ile ona też tego chciała, mogliśmy się śmiało pokusić o stwierdzenie, że możemy mieć ten wieczór nad jeziorem w świetle księżyca - nie mieliśmy być zawiedzeni, to było bardzo pewne.
Ona też już to wiedziała. Nie musiałem dodawać nic więcej. Wiedziała to od chwili, gdy całowaliśmy się w tym cholernym garażu, zapomnieni przez czas, przez świat, przez rozsądek. Po tym, jak nasze dłonie znalazły się tam, gdzie nie powinny, jak nasze ciała mówiły głośniej niż usta. W jej oczach zaczęło się coś dziać - zaczęło mi się to podobać.
Choćby to miało trwać tylko tydzień - ostatni oddech lata.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)