05.05.2025, 00:38 ✶
Wyjaśnienia, jakie popłynęły z ust przyjaciela, przyjął milczeniem i pokiwaniem głową. Niczym więcej. Prudence była bezpieczna i to mu wystarczyło. Mimo wszystko ją lubił.
Może niezupełnie byli przyjaciółmi. Prędzej można ich było nazwać sojusznikami, ale to tak czy siak oznaczało, że nie chciał jej zguby. Dobrze było usłyszeć, że jest bezpieczna. Niekoniecznie za to trzeba było dywagować na ten temat, więc to sobie darował.
Tego wieczoru zdecydowanie nie był zbyt rozmowny. Nie to, żeby kiedykolwiek wiele mówił, gdy nie czuł, że chce albo potrzebuje to robić. Nie był typem gaduły, ale w tym momencie zdecydowanie przechodził sam siebie. Czuł się jednak w pełni usprawiedliwiony. Nie to, by kiedykolwiek czuł potrzebę tłumaczenia swojego postępowania. To nie był czas na śmieszkowanie z przyjaciółmi...
...i Astarothem.
Tak. Jeśli bowiem Benjy i Geraldine stali przeciwko sobie nawzajem po dwóch stronach barykady, Roise robił to samo z Rothem. Napięcie, jakie wisiało w powietrzu miało związek nie tylko z pożarami. Choć w znacznej mierze z nich wynikało. To o niedawno podjęte decyzje Greengrass był najbardziej wkurwiony na brata jego dziewczyny.
Tyle tylko, że nie zamierzał o tym rozmawiać. Nie teraz. To nie był czas na wyjaśnianie sobie takich kwestii, nawet jeśli cała ta akcja na ulicy była zupełnie o dupę potłuc. Zbędna. Niepotrzebna. Niebezpieczna. Strata czasu... ...a niemalże też głowy.
Chusta, którą zawiązał wokół dolnej połowy twarzy nie kryła zmęczenia, jakie biło z jego spojrzenia (bezwiednie wbitego w okno i kawałek ściany za Fenwickiem) nawet jeśli niekoniecznie chciał je okazywać. Zmęczenia nie tylko przemieszczaniem się pędem przez płonący Londyn, nie wyłącznie ucieczką przed bandziorami siejącymi dodatkowy zamęt na ulicach, już i tak pogrążonych w chaosie, lecz również koniecznością ciągłego kontrolowania, tłumienia, analizowania. Odpowiedzialności.
Był na skraju. Naprawdę.
Zamilkł. Nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. Milczenie było jego świadomym wyborem. Zapach dymu wciskał się pod chustę owiniętą wokół jego twarzy, gryząc nozdrza, wysuszając gardło, powodując kaszel, który Roise jeszcze jakoś tłumił. Ale no, właśnie...
...to był jeden z powodów, przez które Greengrass postanowił się nie odzywać. Nie chciał robić wokół siebie szopki kasłaniem jak gruźlik. Drugim było to, że raczej nie powiedziałby nic przyjemnego. A naprawdę nie chciał się kłócić o urażone uczucia.
Gdy Astaroth postanowił odezwać się do siostry w taki a nie inny sposób, protestując z naiwną pewnością kogoś, kto jeszcze wierzy, że ma głos, Ambroise nie poruszył głową. Nie od razu. W pierwszej sekundzie po sprzeciwie dzieciaka (bo w jego oczach przy takim zachowaniu to nadal był młokos, choćby miał zarost i biceps) nie wydarzyło się nic widocznego.
Zielone oczy mężczyzny (nadal utkwione gdzieś w tym niesprecyzowanym punkcie korytarza za plecami Benjy'ego) nie przesunęły się w kierunku jego niechętnie przysposobionej rodziny. Zareagował nie ruchem, lecz bezruchem... ...albo przynajmniej czymś w tym rodzaju. Poruszył bowiem głową. Tyle tylko, że bardzo nieznacznie, ledwie zauważalnie. Nie gwałtownie, nie z oburzeniem. Raczej jakby chciały się upewnić, że dobrze usłyszał. Lekko zmarszczył czoło, poruszając podbródkiem pod chustą. Zaciskając wargi, ale nie zgrzytając zębami. Jeszcze nie.
Zdecydowanie słyszał dobrze. Miał bardzo dobry słuch. Nawet zarejestrował intonację towarzyszącą każdej kolejnej wypowiedzi Yaxleya. Lekko zbyt wysoką, wibrującą od nieopierzonej, roszczeniowej decyzyjności za własne życie.
Tyle tylko, że Astaroth był martwy, czyż nie?
Nie mógł decydować o swoim życiu. W tym momencie chcąc nie chcąc to oni za niego odpowiadali. On i Rina.
Geraldine tak czy siak wyrzucała sobie odpowiedzialność za śmierć brata. Poruszyli ten temat wtedy na ganku w Whitby, więc zdecydowanie mogli wykorzystać ten pokraczny argument: jego też nie było, aby pomóc w kryzysie, toteż oboje byli odpowiedzialni za śmierć Rotha. A więc za jego nieżycie. Czyli mogli o nim decydować. Narzucać mu swoje zdanie, dopóki się nie ogarnie. Jak zwał tak zwał.
Dziękuję. Dobranoc. Rzut mikrofonu. A zaraz potem pierwsza wyraźna reakcja następująca tuż po zakończeniu ostatniej wypowiedzi gówniarza: wreszcie wyraźnie obrócił głowę, przestając wpatrywać się w wyższe półpiętro.
Spojrzenie Ambroisa przeniosło się powoli. Nie ospale, tylko z bezdenną cierpliwością człowieka, który od tygodni nie miał ani chwili spokoju. Był na skraju. Naprawdę. Jego zielone oczy były przekrwione od dymu, matowe, zamglone zmęczeniem, ale jednocześnie zadziwiająco...
...spokojne. Lodowato spokojne. Nie były ciepłe. Były opanowane. I od razu zostały skierowane w stronę Astarotha, którego Roise otaksował wzrokiem od góry do dołu i znowu do góry. Nawet po tym nie mrugając, choć chwilę wcześniej łzawiły mu oczy szczypiące go od dymu.
Teraz w ich spojrzeniu nie było ani zaskoczenia, ani gniewu. Nie było dezaprobaty. Zareagował trochę tak jak podnosi się wzrok znad herbaty, słysząc coś niezbyt wartego pełnej uwagi, ale wciąż kontrowersyjnego. Choć może nie?
W jego wzroku było też coś jawnie zniesmaczonego.
Nie do końca: Flora, racz mi wyjaśnić, czemu w mojej świeżo podanej herbacie pływa zyzuś tłuścioch. Raczej nie: czemu to zwykła czarna, skoro miał być pu-erh? Niby obie herbaty są wytwarzane z Camellia Sinenses, no, ale do cholery...
Nie. Zareagował ostrzej. Bardziej pogardliwie. Tak, jakby każde drgnienie jego tęczówek i źrenic potrafiło przecinać złudzenia niczym skalpel.
Naprawdę sądzisz, że masz cokolwiek do powiedzenia? Naprawdę sądzisz, że możesz odzywać się w taki sposób do własnej siostry? Nie masz tu żadnej władzy. Pozwól, gówniaku, że wyjaśnię ci to bez ani jednego zbędnego słowa. Ino z cichym... ...no właśnie...
...chusta wokół dolnej połowy twarzy poruszyła się, kiedy nabrał powietrza przez nos a następnie westchnął przy wydechu. A może raczej syknął? Zdecydowanie było to coś pomiędzy jednym a drugim. Ni to syk, ni to westchnienie, ale raczej nie parsknięcie. Nie prychnął. Nie bawiło go to.
Westchnął sycząco. Ledwo słyszalnie, bardziej dla siebie niż do kogokolwiek innego. Cicho. Krótko. A jednak bez wątpienia dosyć słyszalnie. Jak człowiek, który z początku zamierzał coś wypowiedzieć, ale uznał, że szkoda na to gardła. Wzmocnione akustyką wąskiego korytarza, zabrzmiało to nawet nie jak złośliwa ocena a jak od razu wydany werdykt: Astaroth był stracony. Jego struktury mózgowe zatrzymały swój rozwój na poziomie dwudziestodwuletniego nastolatka. Patrząc na to, że pełną dojrzałość osiągało się w wieku między dwadzieścia pięć a dwadzieścia siedem lat...
...to było wymowne, czyż nie? Młody wampir już zawsze miał być bezdennie głupi. A przez to także nie powinien być brany pod uwagę w momencie, w którym od podejmowanej decyzji miały zależeć losy wszystkich dookoła.
Ten syk nie był groźbą. Nie był też jednak wyrazem zmęczenia myślą o konieczności kolejnego tłumaczenia się przed kimś, kto nie rozumie, że sprawy już dawno wyszły poza zwykłe plany wycieczkowe z możliwością wyboru destynacji. Bo Ambroise nie zamierzał tego tłumaczyć.
Ten syk był wyrazem pogodzenia się z myślą, że jakakolwiek kooperacja z na wpół naćpanym wampirem-łowcą była skazana na klęskę, więc należało powziąć inne środki. Takiego ostatecznego pogodzenia się z tym faktem. Zupełnie, jakby jeszcze chwilę wcześniej w ogóle wierzył w rozsądek Yaxleya i teraz zupełnie stracił resztki złudzeń.
Milczenie, które po tym zapadło, przeciągnęło się o sekundę za długo. Celowo. Decyzja została podjęta. Roth mógł się tylko dostosować.
Gratulacje. Zostałeś uratowany. Proszę nie stawiaj oporu.
Palce prawej dłoni, dotąd luźno zawieszone przy biodrze, poruszyły się powoli. Przesunął nimi po krawędzi rękawa płaszcza, wygładzając materiał. Ruch ten nie był zbędny. Był celowy. Jak każde jego działanie. Pokazał, że ma nie tyle czas, co środki. Że mógłby złagodzić tę rozmowę samą rezygnacją z niej. I Astaroth to wiedział, nieprawdaż? Nie był głupi. No, nie aż tak.
Różdżka schowana tuż przy ręce. Dokładnie to Roise pokazał mu to przed ich wyprawą na Ścieżki. Jedna gładko rzucona Drętwota i mieliby to z głowy, czyż nie? Zero dalszych protestów. Zupełny brak możliwości sprzeciwiania się Geraldine w tak... ...godny pożałowania sposób.
Być może transportowanie wampira w ten sposób byłoby nieco niewygodne, ale przecież to nie tak, że gdyby raz czy dwa przypadkiem uderzyli facjatą albo potylicą Rotha o ścianę czy futrynę to ten by umarł. To zdecydowanie mu nie groziło. Już nie.
Nie dyskutował. Zagroził I jednocześnie w milczeniu, skinięciem głowy zgodził się z Eliasem odnośnie kłótni poza centrum pożarów. Był raczej dosyć jawnie gotowy uczynić wszystko, co możliwe, by iść dalej. Nawet jeśli miałoby być tym znokautowanie pyskatego wampirzyny.
Może niezupełnie byli przyjaciółmi. Prędzej można ich było nazwać sojusznikami, ale to tak czy siak oznaczało, że nie chciał jej zguby. Dobrze było usłyszeć, że jest bezpieczna. Niekoniecznie za to trzeba było dywagować na ten temat, więc to sobie darował.
Tego wieczoru zdecydowanie nie był zbyt rozmowny. Nie to, żeby kiedykolwiek wiele mówił, gdy nie czuł, że chce albo potrzebuje to robić. Nie był typem gaduły, ale w tym momencie zdecydowanie przechodził sam siebie. Czuł się jednak w pełni usprawiedliwiony. Nie to, by kiedykolwiek czuł potrzebę tłumaczenia swojego postępowania. To nie był czas na śmieszkowanie z przyjaciółmi...
...i Astarothem.
Tak. Jeśli bowiem Benjy i Geraldine stali przeciwko sobie nawzajem po dwóch stronach barykady, Roise robił to samo z Rothem. Napięcie, jakie wisiało w powietrzu miało związek nie tylko z pożarami. Choć w znacznej mierze z nich wynikało. To o niedawno podjęte decyzje Greengrass był najbardziej wkurwiony na brata jego dziewczyny.
Tyle tylko, że nie zamierzał o tym rozmawiać. Nie teraz. To nie był czas na wyjaśnianie sobie takich kwestii, nawet jeśli cała ta akcja na ulicy była zupełnie o dupę potłuc. Zbędna. Niepotrzebna. Niebezpieczna. Strata czasu... ...a niemalże też głowy.
Chusta, którą zawiązał wokół dolnej połowy twarzy nie kryła zmęczenia, jakie biło z jego spojrzenia (bezwiednie wbitego w okno i kawałek ściany za Fenwickiem) nawet jeśli niekoniecznie chciał je okazywać. Zmęczenia nie tylko przemieszczaniem się pędem przez płonący Londyn, nie wyłącznie ucieczką przed bandziorami siejącymi dodatkowy zamęt na ulicach, już i tak pogrążonych w chaosie, lecz również koniecznością ciągłego kontrolowania, tłumienia, analizowania. Odpowiedzialności.
Był na skraju. Naprawdę.
Zamilkł. Nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. Milczenie było jego świadomym wyborem. Zapach dymu wciskał się pod chustę owiniętą wokół jego twarzy, gryząc nozdrza, wysuszając gardło, powodując kaszel, który Roise jeszcze jakoś tłumił. Ale no, właśnie...
...to był jeden z powodów, przez które Greengrass postanowił się nie odzywać. Nie chciał robić wokół siebie szopki kasłaniem jak gruźlik. Drugim było to, że raczej nie powiedziałby nic przyjemnego. A naprawdę nie chciał się kłócić o urażone uczucia.
Gdy Astaroth postanowił odezwać się do siostry w taki a nie inny sposób, protestując z naiwną pewnością kogoś, kto jeszcze wierzy, że ma głos, Ambroise nie poruszył głową. Nie od razu. W pierwszej sekundzie po sprzeciwie dzieciaka (bo w jego oczach przy takim zachowaniu to nadal był młokos, choćby miał zarost i biceps) nie wydarzyło się nic widocznego.
Zielone oczy mężczyzny (nadal utkwione gdzieś w tym niesprecyzowanym punkcie korytarza za plecami Benjy'ego) nie przesunęły się w kierunku jego niechętnie przysposobionej rodziny. Zareagował nie ruchem, lecz bezruchem... ...albo przynajmniej czymś w tym rodzaju. Poruszył bowiem głową. Tyle tylko, że bardzo nieznacznie, ledwie zauważalnie. Nie gwałtownie, nie z oburzeniem. Raczej jakby chciały się upewnić, że dobrze usłyszał. Lekko zmarszczył czoło, poruszając podbródkiem pod chustą. Zaciskając wargi, ale nie zgrzytając zębami. Jeszcze nie.
Zdecydowanie słyszał dobrze. Miał bardzo dobry słuch. Nawet zarejestrował intonację towarzyszącą każdej kolejnej wypowiedzi Yaxleya. Lekko zbyt wysoką, wibrującą od nieopierzonej, roszczeniowej decyzyjności za własne życie.
Tyle tylko, że Astaroth był martwy, czyż nie?
Nie mógł decydować o swoim życiu. W tym momencie chcąc nie chcąc to oni za niego odpowiadali. On i Rina.
Geraldine tak czy siak wyrzucała sobie odpowiedzialność za śmierć brata. Poruszyli ten temat wtedy na ganku w Whitby, więc zdecydowanie mogli wykorzystać ten pokraczny argument: jego też nie było, aby pomóc w kryzysie, toteż oboje byli odpowiedzialni za śmierć Rotha. A więc za jego nieżycie. Czyli mogli o nim decydować. Narzucać mu swoje zdanie, dopóki się nie ogarnie. Jak zwał tak zwał.
Dziękuję. Dobranoc. Rzut mikrofonu. A zaraz potem pierwsza wyraźna reakcja następująca tuż po zakończeniu ostatniej wypowiedzi gówniarza: wreszcie wyraźnie obrócił głowę, przestając wpatrywać się w wyższe półpiętro.
Spojrzenie Ambroisa przeniosło się powoli. Nie ospale, tylko z bezdenną cierpliwością człowieka, który od tygodni nie miał ani chwili spokoju. Był na skraju. Naprawdę. Jego zielone oczy były przekrwione od dymu, matowe, zamglone zmęczeniem, ale jednocześnie zadziwiająco...
...spokojne. Lodowato spokojne. Nie były ciepłe. Były opanowane. I od razu zostały skierowane w stronę Astarotha, którego Roise otaksował wzrokiem od góry do dołu i znowu do góry. Nawet po tym nie mrugając, choć chwilę wcześniej łzawiły mu oczy szczypiące go od dymu.
Teraz w ich spojrzeniu nie było ani zaskoczenia, ani gniewu. Nie było dezaprobaty. Zareagował trochę tak jak podnosi się wzrok znad herbaty, słysząc coś niezbyt wartego pełnej uwagi, ale wciąż kontrowersyjnego. Choć może nie?
W jego wzroku było też coś jawnie zniesmaczonego.
Nie do końca: Flora, racz mi wyjaśnić, czemu w mojej świeżo podanej herbacie pływa zyzuś tłuścioch. Raczej nie: czemu to zwykła czarna, skoro miał być pu-erh? Niby obie herbaty są wytwarzane z Camellia Sinenses, no, ale do cholery...
Nie. Zareagował ostrzej. Bardziej pogardliwie. Tak, jakby każde drgnienie jego tęczówek i źrenic potrafiło przecinać złudzenia niczym skalpel.
Naprawdę sądzisz, że masz cokolwiek do powiedzenia? Naprawdę sądzisz, że możesz odzywać się w taki sposób do własnej siostry? Nie masz tu żadnej władzy. Pozwól, gówniaku, że wyjaśnię ci to bez ani jednego zbędnego słowa. Ino z cichym... ...no właśnie...
...chusta wokół dolnej połowy twarzy poruszyła się, kiedy nabrał powietrza przez nos a następnie westchnął przy wydechu. A może raczej syknął? Zdecydowanie było to coś pomiędzy jednym a drugim. Ni to syk, ni to westchnienie, ale raczej nie parsknięcie. Nie prychnął. Nie bawiło go to.
Westchnął sycząco. Ledwo słyszalnie, bardziej dla siebie niż do kogokolwiek innego. Cicho. Krótko. A jednak bez wątpienia dosyć słyszalnie. Jak człowiek, który z początku zamierzał coś wypowiedzieć, ale uznał, że szkoda na to gardła. Wzmocnione akustyką wąskiego korytarza, zabrzmiało to nawet nie jak złośliwa ocena a jak od razu wydany werdykt: Astaroth był stracony. Jego struktury mózgowe zatrzymały swój rozwój na poziomie dwudziestodwuletniego nastolatka. Patrząc na to, że pełną dojrzałość osiągało się w wieku między dwadzieścia pięć a dwadzieścia siedem lat...
...to było wymowne, czyż nie? Młody wampir już zawsze miał być bezdennie głupi. A przez to także nie powinien być brany pod uwagę w momencie, w którym od podejmowanej decyzji miały zależeć losy wszystkich dookoła.
Ten syk nie był groźbą. Nie był też jednak wyrazem zmęczenia myślą o konieczności kolejnego tłumaczenia się przed kimś, kto nie rozumie, że sprawy już dawno wyszły poza zwykłe plany wycieczkowe z możliwością wyboru destynacji. Bo Ambroise nie zamierzał tego tłumaczyć.
Ten syk był wyrazem pogodzenia się z myślą, że jakakolwiek kooperacja z na wpół naćpanym wampirem-łowcą była skazana na klęskę, więc należało powziąć inne środki. Takiego ostatecznego pogodzenia się z tym faktem. Zupełnie, jakby jeszcze chwilę wcześniej w ogóle wierzył w rozsądek Yaxleya i teraz zupełnie stracił resztki złudzeń.
Milczenie, które po tym zapadło, przeciągnęło się o sekundę za długo. Celowo. Decyzja została podjęta. Roth mógł się tylko dostosować.
Gratulacje. Zostałeś uratowany. Proszę nie stawiaj oporu.
Palce prawej dłoni, dotąd luźno zawieszone przy biodrze, poruszyły się powoli. Przesunął nimi po krawędzi rękawa płaszcza, wygładzając materiał. Ruch ten nie był zbędny. Był celowy. Jak każde jego działanie. Pokazał, że ma nie tyle czas, co środki. Że mógłby złagodzić tę rozmowę samą rezygnacją z niej. I Astaroth to wiedział, nieprawdaż? Nie był głupi. No, nie aż tak.
Różdżka schowana tuż przy ręce. Dokładnie to Roise pokazał mu to przed ich wyprawą na Ścieżki. Jedna gładko rzucona Drętwota i mieliby to z głowy, czyż nie? Zero dalszych protestów. Zupełny brak możliwości sprzeciwiania się Geraldine w tak... ...godny pożałowania sposób.
Być może transportowanie wampira w ten sposób byłoby nieco niewygodne, ale przecież to nie tak, że gdyby raz czy dwa przypadkiem uderzyli facjatą albo potylicą Rotha o ścianę czy futrynę to ten by umarł. To zdecydowanie mu nie groziło. Już nie.
Nie dyskutował. Zagroził I jednocześnie w milczeniu, skinięciem głowy zgodził się z Eliasem odnośnie kłótni poza centrum pożarów. Był raczej dosyć jawnie gotowy uczynić wszystko, co możliwe, by iść dalej. Nawet jeśli miałoby być tym znokautowanie pyskatego wampirzyny.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down