05.05.2025, 01:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.05.2025, 01:53 przez Lorraine Malfoy.)
Widział przyszłość – studiował ją równie pilnie, co przeszłość, którą Lorraine grzebała sześć stóp pod ziemią, nie potrafiąc pozbyć się jednak brudu wspomnień zza paznokci. Widział przyszłość, w sposób, w jaki nie mogła jej zobaczyć półwila, choć tęsknie zwracała ku niej twarz, zawsze obsesyjnie skupiając się na tym, co będzie, co ma być, i co powinno być. Widział to trzecim okiem jasnowidza, rozdartym między czasami. Widział przyszłość i potrafił z tym żyć. Niewiele rzeczy napawało Lorraine taką nadzieją jak to, że Peregrinus potrafił z tym żyć. Z przyszłością, którą przepowiadał. Z przeszłością, którą dźwigał.
To, co ich połączyło, było dziwaczne, bo w świecie, w którym wszyscy zamartwiali się o "jutro", myślami bedąc jeszcze we "wczoraj", oni spotykali się w nieobarczonym intencją zawłaszczenia "teraz". W świecie opartym na pragnieniu, dominacji, potrzebie, gdzie mężczyźni pożądali intymnej cielesności wil, a kobiety poszukiwały duchowego przewodnictwa jasnowidzów – w świecie, w którym każda relacja nosiła znamiona transakcyjności, a wręcz wykorzystania – Lorraine niczego od Peregrinusa nie chciała, a on nie chciał niczego od niej.
To, co ich połączyło, było dziwaczne, bo nie można było nazwać tego wzajemnością, a jednak czasem szukali się nawzajem, aby pobyć nie obok siebie, lecz razem: nie oczekując od siebie więcej, niż byli gotowi sobie dać w cichej przestrzeni prostego współistnienia.
"Mówisz jak ktoś, kto spędza dużo czasu wśród zmarłych."
Lorraine spuściła skromnie oczy, jak gdyby w słowach Peregrina usłyszała słodycz komplementu.
Wiesz, że tak jest, mówił jej uśmiech. Ale spędzam też dużo czasu w twoim towarzystwie, a ty jesteś boleśnie żywy.
Jasnowidzowie byli pośród czarodziejów bogami – pijani złotym ichorem przeznaczenia, sączyli transcendecję z kielichów, które wręczył im los. Profecje spływały z ich ust miękko jak żywica, która sączyła się spod uszkodzonej kory, zlepiając palce Lorraine. Wyciągnęła dłoń, opuszkami palców musnąwszy jej chropowatą powierzchnię: dotykała układających się w oczy sęków na pniu brzozy z taką samą czułością, z jak dotykałaby jego umysłu. Była przecież legilimentką – legilimentką, która legilimencji nie traktowała jako narzędzia opresji, lecz jako instrument służący poznaniu. Głęboko wierzyła, że drugiego człowieka można poznać tylko poznawszy jego umysł, zaś powiedzieć, że umysł Peregrinusa Trelawneya ją fascynował, byłoby niedopowiedzeniem. Gdyby kiedykolwiek dane było jej wychylić jego kielich, gdyby dane jej było skosztować, wiedziała, że wystarczyłby tylko łyk, aby zachłysnąć się boskością. Upiłaby się nim. Upiłaby się Peregrinusem Trelawneyem, a potem całe życie spędziłaby na rozpamiętywaniu, jak smakował na jej języku ten najprzedniejszy z trunków. Zakorkować jedno jego wspomnienie, wydestylować jedną chwilę, w której mieszałyby się ze sobą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość... Nie, to byłoby zbyt wiele. Lorraine potrafiła docenić bukiet wina podnosząc kielich do ust, ale pozostawała abstynentką: nie każdy mistyk godzien był doświadczyć ekstazy, nie każdemu wyznawcy dane było przeżyć Eutierrię. Naruszyć świętość umysłu proroka byłoby świętokradztwem, dlatego jedynym aktem profanacji, na jaki pozwalała sobie w jego obecności, było spojrzenie.
Teraz jednak odwróciła wzrok.
– Tego lata widziałam twarz bogini, twarz, która do tej pory nawiedza mnie w snach. – Niewielu o tym opowiadała, bo i niewielu chciało słuchać. – "Jestem sama, ale nigdy samotna", powiedziała, a ja nigdy nie czułam się bardziej zdradzona. – Lorraine zacisnęła mocniej palce na wiklinowym koszyku. Jeżeli bogowie nie wiedzą, czym jest samotność, jeżeli nigdy jej nie zaznali, pomyślała, jak mogą nazywać się bogami? – Winniśmy przecież być stworzeni na obraz i podobieństwo bogów, a samotność jest nieodłączną częścią ludzkiej egzystencji – nie boskiej.
Uniosła lekko szeleszczące suknie, aby nie zaczepić o wystające z ziemi sękate korzenie. Las zaczynał gęstnieć. Potężnieć. Nie byli już na jego obrzeżach, zawędrowali dalej, do miejsca, gdzie cichł śpiew ptaków, a rozbrzmiewał śpiew drzew: skrzypienie starych konarów, grzechotanie zwieszających się z nich kości, gregoriański chorał gałęzi, które splatały się wysoko ponad ich głowami, tworząc sklepienie jak w gotyckiej katedrze, posępne, żywe, nabrzmiałe szeptem liści, które znały więcej tajemnic, niż gotowe były zdradzić. Drzewa śpiewały w języku znanym tylko tym, którzy potrafili słuchać. To był język samobójców, język ludzi samotnych i skrzywdzonych. Język liny napinającej się pod ciężarem winy. Język kości ocierającej się o kość. Tutaj zaczynała się droga, wijącą się wciąż w głąb i w głąb, droga, której wyuczyła się na pamięć jeszcze jako dziecko. Pamiętała ją tak samo dobrze jak pamiętała imiona nadane w dzieciństwie wisielcom zdobiącym drzewa – powtarzała te imiona niczym litanię, klucząc między drzewami, dopóki nie przestała bać się trupiego szpaleru. Nie było powodu, by bać się umarłych: to umarli bali się, że zostaną zapomnieni. Ale Lorraine nie zapomniała. Lorraine pamiętała. A las, wdzięczny jej za pamięć, otwierał przed nią ścieżkę, miękko, bezszelestnie, z cichym westchnieniem, jak gdyby rozpoznawał jej kroki. Tutaj droga już nie prowadziła, lecz wciągała: wciągała w głąb, coraz niżej, coraz dalej, aż w końcu nawet niebo znikało za gęstwiną liści.
– Czujesz się tu samotny ze mną? – spytała nagle Lorraine, nie podnosząc jednak oczu znad ścieżki, jak gdyby samo spojrzenie na Peregrinusa miało na nią sprowadzić gniew bogów. – Tak jak w tamtym lesie? W lesie z zaświatów?
To, co ich połączyło, było dziwaczne, bo w świecie, w którym wszyscy zamartwiali się o "jutro", myślami bedąc jeszcze we "wczoraj", oni spotykali się w nieobarczonym intencją zawłaszczenia "teraz". W świecie opartym na pragnieniu, dominacji, potrzebie, gdzie mężczyźni pożądali intymnej cielesności wil, a kobiety poszukiwały duchowego przewodnictwa jasnowidzów – w świecie, w którym każda relacja nosiła znamiona transakcyjności, a wręcz wykorzystania – Lorraine niczego od Peregrinusa nie chciała, a on nie chciał niczego od niej.
To, co ich połączyło, było dziwaczne, bo nie można było nazwać tego wzajemnością, a jednak czasem szukali się nawzajem, aby pobyć nie obok siebie, lecz razem: nie oczekując od siebie więcej, niż byli gotowi sobie dać w cichej przestrzeni prostego współistnienia.
"Mówisz jak ktoś, kto spędza dużo czasu wśród zmarłych."
Lorraine spuściła skromnie oczy, jak gdyby w słowach Peregrina usłyszała słodycz komplementu.
Wiesz, że tak jest, mówił jej uśmiech. Ale spędzam też dużo czasu w twoim towarzystwie, a ty jesteś boleśnie żywy.
Jasnowidzowie byli pośród czarodziejów bogami – pijani złotym ichorem przeznaczenia, sączyli transcendecję z kielichów, które wręczył im los. Profecje spływały z ich ust miękko jak żywica, która sączyła się spod uszkodzonej kory, zlepiając palce Lorraine. Wyciągnęła dłoń, opuszkami palców musnąwszy jej chropowatą powierzchnię: dotykała układających się w oczy sęków na pniu brzozy z taką samą czułością, z jak dotykałaby jego umysłu. Była przecież legilimentką – legilimentką, która legilimencji nie traktowała jako narzędzia opresji, lecz jako instrument służący poznaniu. Głęboko wierzyła, że drugiego człowieka można poznać tylko poznawszy jego umysł, zaś powiedzieć, że umysł Peregrinusa Trelawneya ją fascynował, byłoby niedopowiedzeniem. Gdyby kiedykolwiek dane było jej wychylić jego kielich, gdyby dane jej było skosztować, wiedziała, że wystarczyłby tylko łyk, aby zachłysnąć się boskością. Upiłaby się nim. Upiłaby się Peregrinusem Trelawneyem, a potem całe życie spędziłaby na rozpamiętywaniu, jak smakował na jej języku ten najprzedniejszy z trunków. Zakorkować jedno jego wspomnienie, wydestylować jedną chwilę, w której mieszałyby się ze sobą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość... Nie, to byłoby zbyt wiele. Lorraine potrafiła docenić bukiet wina podnosząc kielich do ust, ale pozostawała abstynentką: nie każdy mistyk godzien był doświadczyć ekstazy, nie każdemu wyznawcy dane było przeżyć Eutierrię. Naruszyć świętość umysłu proroka byłoby świętokradztwem, dlatego jedynym aktem profanacji, na jaki pozwalała sobie w jego obecności, było spojrzenie.
Teraz jednak odwróciła wzrok.
– Tego lata widziałam twarz bogini, twarz, która do tej pory nawiedza mnie w snach. – Niewielu o tym opowiadała, bo i niewielu chciało słuchać. – "Jestem sama, ale nigdy samotna", powiedziała, a ja nigdy nie czułam się bardziej zdradzona. – Lorraine zacisnęła mocniej palce na wiklinowym koszyku. Jeżeli bogowie nie wiedzą, czym jest samotność, jeżeli nigdy jej nie zaznali, pomyślała, jak mogą nazywać się bogami? – Winniśmy przecież być stworzeni na obraz i podobieństwo bogów, a samotność jest nieodłączną częścią ludzkiej egzystencji – nie boskiej.
Uniosła lekko szeleszczące suknie, aby nie zaczepić o wystające z ziemi sękate korzenie. Las zaczynał gęstnieć. Potężnieć. Nie byli już na jego obrzeżach, zawędrowali dalej, do miejsca, gdzie cichł śpiew ptaków, a rozbrzmiewał śpiew drzew: skrzypienie starych konarów, grzechotanie zwieszających się z nich kości, gregoriański chorał gałęzi, które splatały się wysoko ponad ich głowami, tworząc sklepienie jak w gotyckiej katedrze, posępne, żywe, nabrzmiałe szeptem liści, które znały więcej tajemnic, niż gotowe były zdradzić. Drzewa śpiewały w języku znanym tylko tym, którzy potrafili słuchać. To był język samobójców, język ludzi samotnych i skrzywdzonych. Język liny napinającej się pod ciężarem winy. Język kości ocierającej się o kość. Tutaj zaczynała się droga, wijącą się wciąż w głąb i w głąb, droga, której wyuczyła się na pamięć jeszcze jako dziecko. Pamiętała ją tak samo dobrze jak pamiętała imiona nadane w dzieciństwie wisielcom zdobiącym drzewa – powtarzała te imiona niczym litanię, klucząc między drzewami, dopóki nie przestała bać się trupiego szpaleru. Nie było powodu, by bać się umarłych: to umarli bali się, że zostaną zapomnieni. Ale Lorraine nie zapomniała. Lorraine pamiętała. A las, wdzięczny jej za pamięć, otwierał przed nią ścieżkę, miękko, bezszelestnie, z cichym westchnieniem, jak gdyby rozpoznawał jej kroki. Tutaj droga już nie prowadziła, lecz wciągała: wciągała w głąb, coraz niżej, coraz dalej, aż w końcu nawet niebo znikało za gęstwiną liści.
– Czujesz się tu samotny ze mną? – spytała nagle Lorraine, nie podnosząc jednak oczu znad ścieżki, jak gdyby samo spojrzenie na Peregrinusa miało na nią sprowadzić gniew bogów. – Tak jak w tamtym lesie? W lesie z zaświatów?