05.05.2025, 13:00 ✶
Uwielbiałem dom ciotki Ulki, bo miałem tu swój wymarzony, nieco wciąż gówniarski pokój.
Budzik zadzwonił punkt szósta czterdzieści trzy. Wybierałem nietypowe godziny, żeby nie dać się złapać magicznemu rytmowi kontroli snu. Było wiele artykułów na temat budzenia się o równych godzinach. Szósta trzydzieści była marnym wyborem, bo była zsynchronizowana z zaklęciem śledzącym działającym przez sieć magicznych zegarów. W tym czasie mierzono poziom energii życiowej przez tło magiczne, które zbierało się w aurze snu. Skutkiem mogły być dziwne sny o ministerialnych urzędnikach, nagrzewająca się różdżka albo eliksiry przestające działać przez rozcieńczone fale magiczne. To mogło prowadzić do kolejnej nieprzespanej nocy, a cierpiałem przecież na bezsenność. Brałem z tego tytułu eliksir nasenny.
Ale to i tak nie było najgorsze, bo udowodniono, że budzenie się o szóstej trzydzieści mogło prowadzić do mikroresetowania wspomnień z poprzedniego dnia, przez co zapominało się, co miało się zrobić rano.
Wstawanie o siódmej z kolei to było istne morderstwo na kreatywności czarodziejskiego umysłu. Właśnie wtedy sieć luster w Ministerstwie Magii przesyła impuls wyciszający, żeby społeczeństwo było potulne i gotowe do pracy. Jeśli miało się nagły spadek emocji albo czuło się zamulonym, to nie była wina kawy! To kontrola wprost z Ministerstwa Magii nad naszymi umysłami. Wstawanie po siódmej zdecydowanie pozbawiało duszy. Szczególnie koty to wyczuwały... unikały takich czarodziejów ze względu na zakłócenia kreatywne w polu serca.
Na szczęście ja byłem bezpieczny, bo nie dawałem się tak łatwo złapać kontrolerom. Poza tym mój budzik, zamiast przykrego, jednostajnego dzwonienia, przemawiał do mnie moim własnym głosem: Wstawaj, geniuszu, świat czeka na twoje katastrofy! Więc wstawałem. Wolny od kontroli, szczęśliwy, wyspany, zdecydowanie nie zamulony.
Przed śniadaniem, kawką i papierosem wpierw odwiedzałem łazienkę. Używałem kosmetyków jedynie z rodzinnej linii Potterów i nie zapominałem o naszej specjalnej umiejętności rodowej, która niezmiernie pomagała na sińce pod oczami czy drobne zmarszczki. Subtelna transmutacja – czasami zajmowała mi nieco więcej czasu, ale czego się nie robiło dla perfekcyjnego wyglądu? Byłem jedną z wizytówek naszego rodu, więc musiałem wyglądać nienagannie. Zawsze. Nawet na wsi, na wypizdowie. Nigdy nie wiadomo, kogo spotkam za zakrętem, czyż nie?
Zęby myłem z kolei czarami, bo używanie pasty do zębów również bywało niebezpieczne. Wiele past zawierało drobinki, które powodowały powolną dysfunkcję magiczną. A potem niech się dziwią z powodu przyrostu charłaków!!!
Podczas porannej pielęgnacji, nie zapominałem również o moim najwierniejszym towarzyszu – Panu Puszku. Z rana zawsze otrzymywał ode mnie symboliczną porcję eliksiru na sierść oraz świeżą wodę filtrowaną przez specjalny, runiczny lejek. Odklątwiał wodę z sieci wodociągowej... Z tej studniowej na wszelki wypadek też.
Po śniadaniu mogłem przystąpić do wypicia kawy, ale... brakowało mi Proroka Codziennego. Planowałem przeczytać newsy na temat pożaru, a potem zniszczyć kolejne sudoku, wypełniając je w losowy sposób. Niezmiernie irytowało to Prudence, co z kolei było sportem wyczynowym naszej przyjacielskiej paczki. Cóż, mogła nie terroryzować Eliaszka – zarówno za młodu, jak i w aktualnych czasach. Miała za swoje!
Tylko że... Prudence była już na nogach, tak z rana, i zamierzała wyprzedzić mnie w planach, a ja NIE WYOBRAŻAŁEM SOBIE KAWUSI BEZ WIADOMOŚCI, więęęc wyrwałem do przodu, praktycznie to się teleportując z metr czy dwa, by chwycić gazetę przed nią.
Ale złapaliśmy ją w jednym czasie. Ku mojemu zaskoczeniu, nieźle nami szarpnęło. Przynajmniej mną.
Zrobiłem zaskoczoną minę, bo Prudence oskarżała mnie o coś, ewidentnie oskarżała mnie o coś, czego nie miałem okazji zrobić. Jeszcze zrobić...? Byliśmy w lesie. Dosłownie.
– Teleportowałaś nas?! – zapytałem spanikowany, bo moja kawa została w bliżej nieokreślonym kierunku. – Co to za miejsce?!?!?! – dopytałem, wyrywając jej gazetę z rąk. Dosyć gwałtownie, żeby nie zdążyła jej przywłaszczyć.
– Wróć nas, bo nie zdążyłem jeszcze wypić kawy. Dopiero po kawie i papierosach możemy bawić się w dowcipy, OKEJ?! – wyjaśniłem jej, że były pewne świętości, których niekoniecznie się trzymaliśmy, ale... można było udawać chociaż, szczególnie przed obcymi, spoza paczki, że są jakieś zasady.
!Trauma Ognia
Budzik zadzwonił punkt szósta czterdzieści trzy. Wybierałem nietypowe godziny, żeby nie dać się złapać magicznemu rytmowi kontroli snu. Było wiele artykułów na temat budzenia się o równych godzinach. Szósta trzydzieści była marnym wyborem, bo była zsynchronizowana z zaklęciem śledzącym działającym przez sieć magicznych zegarów. W tym czasie mierzono poziom energii życiowej przez tło magiczne, które zbierało się w aurze snu. Skutkiem mogły być dziwne sny o ministerialnych urzędnikach, nagrzewająca się różdżka albo eliksiry przestające działać przez rozcieńczone fale magiczne. To mogło prowadzić do kolejnej nieprzespanej nocy, a cierpiałem przecież na bezsenność. Brałem z tego tytułu eliksir nasenny.
Ale to i tak nie było najgorsze, bo udowodniono, że budzenie się o szóstej trzydzieści mogło prowadzić do mikroresetowania wspomnień z poprzedniego dnia, przez co zapominało się, co miało się zrobić rano.
Wstawanie o siódmej z kolei to było istne morderstwo na kreatywności czarodziejskiego umysłu. Właśnie wtedy sieć luster w Ministerstwie Magii przesyła impuls wyciszający, żeby społeczeństwo było potulne i gotowe do pracy. Jeśli miało się nagły spadek emocji albo czuło się zamulonym, to nie była wina kawy! To kontrola wprost z Ministerstwa Magii nad naszymi umysłami. Wstawanie po siódmej zdecydowanie pozbawiało duszy. Szczególnie koty to wyczuwały... unikały takich czarodziejów ze względu na zakłócenia kreatywne w polu serca.
Na szczęście ja byłem bezpieczny, bo nie dawałem się tak łatwo złapać kontrolerom. Poza tym mój budzik, zamiast przykrego, jednostajnego dzwonienia, przemawiał do mnie moim własnym głosem: Wstawaj, geniuszu, świat czeka na twoje katastrofy! Więc wstawałem. Wolny od kontroli, szczęśliwy, wyspany, zdecydowanie nie zamulony.
Przed śniadaniem, kawką i papierosem wpierw odwiedzałem łazienkę. Używałem kosmetyków jedynie z rodzinnej linii Potterów i nie zapominałem o naszej specjalnej umiejętności rodowej, która niezmiernie pomagała na sińce pod oczami czy drobne zmarszczki. Subtelna transmutacja – czasami zajmowała mi nieco więcej czasu, ale czego się nie robiło dla perfekcyjnego wyglądu? Byłem jedną z wizytówek naszego rodu, więc musiałem wyglądać nienagannie. Zawsze. Nawet na wsi, na wypizdowie. Nigdy nie wiadomo, kogo spotkam za zakrętem, czyż nie?
Zęby myłem z kolei czarami, bo używanie pasty do zębów również bywało niebezpieczne. Wiele past zawierało drobinki, które powodowały powolną dysfunkcję magiczną. A potem niech się dziwią z powodu przyrostu charłaków!!!
Podczas porannej pielęgnacji, nie zapominałem również o moim najwierniejszym towarzyszu – Panu Puszku. Z rana zawsze otrzymywał ode mnie symboliczną porcję eliksiru na sierść oraz świeżą wodę filtrowaną przez specjalny, runiczny lejek. Odklątwiał wodę z sieci wodociągowej... Z tej studniowej na wszelki wypadek też.
Po śniadaniu mogłem przystąpić do wypicia kawy, ale... brakowało mi Proroka Codziennego. Planowałem przeczytać newsy na temat pożaru, a potem zniszczyć kolejne sudoku, wypełniając je w losowy sposób. Niezmiernie irytowało to Prudence, co z kolei było sportem wyczynowym naszej przyjacielskiej paczki. Cóż, mogła nie terroryzować Eliaszka – zarówno za młodu, jak i w aktualnych czasach. Miała za swoje!
Tylko że... Prudence była już na nogach, tak z rana, i zamierzała wyprzedzić mnie w planach, a ja NIE WYOBRAŻAŁEM SOBIE KAWUSI BEZ WIADOMOŚCI, więęęc wyrwałem do przodu, praktycznie to się teleportując z metr czy dwa, by chwycić gazetę przed nią.
Ale złapaliśmy ją w jednym czasie. Ku mojemu zaskoczeniu, nieźle nami szarpnęło. Przynajmniej mną.
Zrobiłem zaskoczoną minę, bo Prudence oskarżała mnie o coś, ewidentnie oskarżała mnie o coś, czego nie miałem okazji zrobić. Jeszcze zrobić...? Byliśmy w lesie. Dosłownie.
– Teleportowałaś nas?! – zapytałem spanikowany, bo moja kawa została w bliżej nieokreślonym kierunku. – Co to za miejsce?!?!?! – dopytałem, wyrywając jej gazetę z rąk. Dosyć gwałtownie, żeby nie zdążyła jej przywłaszczyć.
– Wróć nas, bo nie zdążyłem jeszcze wypić kawy. Dopiero po kawie i papierosach możemy bawić się w dowcipy, OKEJ?! – wyjaśniłem jej, że były pewne świętości, których niekoniecznie się trzymaliśmy, ale... można było udawać chociaż, szczególnie przed obcymi, spoza paczki, że są jakieś zasady.
!Trauma Ognia