06.05.2025, 10:11 ✶
Młodość… słodka, niewinna, pachnącą fiołkami, geranium i pastelowym piżmem młodość. Jej krzyk był już niezrozumiały, ból ustąpił ciemności, która otuliła go łaskawie, niedługo po tym, gdy Lucy zabrała z tego przeklętego miejsca światło swojego życia. Bezpieczna. Tylko to się liczyło, gdy umarł.
Mieli nigdy więcej się nie zobaczyć.
Miał nigdy więcej nic nie widzieć.
Ściany pozbawione okien. Ręce pozbawione wolności. Krew pozbawiona koloru. Słowa pozbawione sensu. Życie pozbawione smaku.
Wegetacja.
Jadł kierowany instynktem, ale umysł pozostawał zamroczony na długo. Leczenie? Pokuta? Czym było piekło, w którego centrum się znalazł, niczym zamrożony anioł, niegdyś ulubieniec bogów? Osierocony, porzucony. Jakby był bulwą ciśniętą w kąt ciemnicy, zasuszoną i zapomnianą, czekającą sezonu, który miał nigdy nie nadejść.
Tyle lat. Tyle lat… żeby wymazać się z pamięci śmiertelnych i uzyskać przebłaganie w oczach tych, których czas nie dotyczył.
Carte blanche.
Miał nigdy więcej nic nie widzieć.
Ale widział...
Zasadził papierowy kwiat za jej uchem, zatrzymując opuszki palców na moment na miękkiej skórze szyi, skórze, pod którą próżno było szukać pulsu.
– Madmoiselle Lucy…– zaczął raz jeszcze, cicho, ochryple, nie odsuwając się, wciaż nachylony do niej, z wyciągniętą dłonią, z parą smutnych oczu utkwionych w dziewczynie, która od dawna dziewczyną nie była. Pytał, jakby dopiero teraz w pełni przyjął fakt kto siedział obok. – Co Ty tutaj robisz?
Mieli nigdy więcej się nie zobaczyć.
Miał nigdy więcej nic nie widzieć.
Ściany pozbawione okien. Ręce pozbawione wolności. Krew pozbawiona koloru. Słowa pozbawione sensu. Życie pozbawione smaku.
Wegetacja.
Jadł kierowany instynktem, ale umysł pozostawał zamroczony na długo. Leczenie? Pokuta? Czym było piekło, w którego centrum się znalazł, niczym zamrożony anioł, niegdyś ulubieniec bogów? Osierocony, porzucony. Jakby był bulwą ciśniętą w kąt ciemnicy, zasuszoną i zapomnianą, czekającą sezonu, który miał nigdy nie nadejść.
Tyle lat. Tyle lat… żeby wymazać się z pamięci śmiertelnych i uzyskać przebłaganie w oczach tych, których czas nie dotyczył.
Carte blanche.
Miał nigdy więcej nic nie widzieć.
Ale widział...
Zasadził papierowy kwiat za jej uchem, zatrzymując opuszki palców na moment na miękkiej skórze szyi, skórze, pod którą próżno było szukać pulsu.
– Madmoiselle Lucy…– zaczął raz jeszcze, cicho, ochryple, nie odsuwając się, wciaż nachylony do niej, z wyciągniętą dłonią, z parą smutnych oczu utkwionych w dziewczynie, która od dawna dziewczyną nie była. Pytał, jakby dopiero teraz w pełni przyjął fakt kto siedział obok. – Co Ty tutaj robisz?