06.05.2025, 18:07 ✶
W tym dziwnym sensie, jakiego zupełnie nie przewidziałem, Prudence była jednym z tych... Zjawisk, które nagle zaczęły mieć sens - może nie na długo, zdecydowanie nie na zawsze, ale jednak, więc to, że potrafiła z taką obojętnością mówić o sobie w kategoriach przydatności, jakby wciąż musiała zasługiwać na cudzą uwagę - cholera, to było nie fair. Miałem ochotę złapać ją za drugie ramię i stanąć z nią tak w miejscu... Nie obejmować jej po rycersku, nie poklepać po głowie z litości, nawet nie zrobić tego, żeby powiedzieć coś o tym, że z pewnością była tu bardziej istotna, niż zakładała - tylko po to, żeby zatrzymać w miejscu ten jej wewnętrzny... No, cóż - pierdolnik. Zupełnie niepotrzebnie od razu zakładała, że była tu niechcianym elementem. Sama z siebie usiłowała zrobić z siebie niedopasowany fragment układanki, tymczasem ja, nawet po latach, zdawałem sobie sprawę z tego, że gdyby była rozpatrywana w takich kategoriach - tego niewłaściwego puzzla - to nikt by jej tu nie zaprosił. Nie zostałaby poproszona o pomoc, cokolwiek to miało być, bo tego mi akurat nie powiedziała, a ja postanowiłem nie pytać. Była tu co najmniej pożądana, a to było już wiele - tyle tylko, że od samego początku, odkąd to powiedziała, zdawałem sobie sprawę z tego, że cokolwiek bym powiedział - nie byłbym w stanie jej o tym przekonać. Wiedziałem, że w takich momentach żadne słowa nie robią różnicy - jeśli ktoś przez lata musiał uczyć się niewidzialności, to nie da się go przekonać, że zasługuje na blask, tylko dlatego, iż komuś się tak wydaje. Dlatego wybrałem inną opcję dialogową - bardziej podchwytliwą.
- Nie jeszteś nikim istotnym? - Powtórzyłem po niej. - Gdybyś naplawdę w to wieszyła, nie byłoby cię tu, nie pszyszłabyś, szeby pomós, bo nikt, kto czuje szię nieistotny, nie pojawia szię po to, by byś dla innych. Nie w taki sposób. - Stwierdziłem, wierząc w to, co właśnie powiedziałem - miałem pewność, że nikt jej tu nie ciągnął na siłę. Równie dobrze mogła być gdzieś indziej - u rodziców albo w jakimś całkiem luksusowym hotelu poza Londynem, na który na pewno ją było stać, a mimo to pojawiła się tu u nas - sama, z własnej, nieprzymuszonej woli - to wystarczyło, żebym patrzył na nią inaczej. Nie jak na kogoś z przeszłości, z odległego korytarza w zamku, gdzie kiedyś rzuciła we mnie najbardziej chłodne spojrzenie świata. Patrzyłem na nią jak na kobietę, która miała dość odwagi, żeby przyjąć życie, nawet jeśli nie układało się według planu, i wciąż miała siłę sięgać po te krótkie momenty kontaktu z kimś nieoczywistym, który stawał się czymś niepokojąco osobistym.
Nie chciałem się nad tym za dużo zastanawiać, bo każde rozważanie mogło to zniszczyć. Lepiej było nie nazywać, nie przypinać łatek. Zgoda na to, że nie będziemy przyjaciółmi, wcale mnie nie bolała, bo nic na tym nie traciliśmy. Najwyraźniej nadal mogliśmy rozmawiać praktycznie tak jak przyjaciele, zamiast rzucić się na siebie przy pierwszej, lepszej okazji, gdy tylko zostaliśmy sami, jakbyśmy mieli po kilkanaście lat i pstro w głowie. W moich oczach, to oznaczało tyle, że mógł przez nas przemawiać spożyty alkohol, ale nie przestaliśmy być dorośli i podjęliśmy świadomą decyzję, która dawała pewną przestrzeń - taką, w której mogliśmy być sobą bez obowiązku trzymania się na dystans. Nie musieliśmy grać, udawać, że nie ma między nami tej chemii, a przez to wszystko szło zupełnie naturalnie. W jednej chwili przekraczaliśmy kolejne granice, jakby nigdy nie istniały, a w kolejnej spacerowaliśmy, jak para staruszków, trzymając się pod rękę i rozmawiając. Może dlatego, że oboje wiedzieliśmy, iż to nie będzie trwało wiecznie, ale zarazem nie musi potrwać tyle, ile potrzeba, by alkohol wyparował nam z wydychanego powietrza i krwi. Dawaliśmy sobie czas i przestrzeń, jednocześnie się sobie nie narzucając, bo nie było takiej potrzeby - mogliśmy tym dysponować wedle woli, doskonale wiedząc, że to minie za tydzień, może mniej niż tydzień, i nie będziemy się potem do siebie odzywać listownie co kilka dni, ani dzielić się aktualizacjami dotyczącymi życia. Nie chciałem poznawać jej rodziny, jeśli miała ją kiedyś założyć, ani nic z tych rzeczy - to, co nawiązało się między nami, miało swoje miejsce i czas - tu, teraz, na tych cholernie kamienistych ścieżkach. Między mną, Prue, a jej lakierkami zdecydowanie utrudniającymi nam bycie szybkimi, wprawnymi piechurami i znalezienie się już na górze.
Chociaż zaoferowałem jej moje ramię, a ona przyjęła takie wsparcie, wiedziałem, że raczej umrze, niż zacznie się na nim wspierać mocniej, niż to absolutnie konieczne. Miała w sobie jakąś upartą dumę - nie taką, która drażni, ale taką, która sprawia, że człowiek chce... Nie wiem, schylić się i strzepnąć jej kawałki wrzosów przyklejone do lakierków na trochę żywicy z jakiejś gałęzi, nawet jeśli miałoby to skończyć się jej sarkazmem i wzdychaniem. Na tym polegała nie-przyjaźń.
Zgadzałem się z nią, że niektóre rodzaje miłości bywają trudne, ale też im byłem starszy, tym bardziej myślałem, że w pewnym wieku, nie mając nikogo do kochania w sposób romantyczny, nie potrafimy już kochać inaczej, jak właśnie w sposób opiekuńczy - kanciasty, czasem niezręczny, taki trochę pokraczny, może szorstkawy, ale nie niewłaściwy. Przynajmniej tak to poznałem, swego czasu, mając w życiu nie tyle te miłosne relacje, co bardziej taką między bliskimi sobie osobami. Widziałem to po sobie - to, że z czasem nasze uczucia nie tyle się wyciszają, bo nadal mogą sporo namieszać i spowodować ból, co stają się bardziej praktyczne. Nie ma już miejsca na wielkie deklaracje, są za to gesty - kubek whisky, który ktoś ci poda, zanim poprosisz, zasłonięte okno, wypolerowanie ulubionego noża, albo obecność w milczeniu - taka, która nie ciąży.
Nie musiała mówić, że jej brat był bardziej otwarty na ludzi, sam to zauważyłem przed laty - Elias miał w sobie coś miękkiego, coś społecznie elastycznego. On budował mosty, ona obudowywała się murami - chyba powoli sobie wyjaśnialiśmy, z czego to mogło wtedy wynikać, i chociaż to zdecydowanie nie było w moim bingo, to nie żałowałem tej chwili przypływu szczerości.
Kiedy zadała mi pytanie o to, czy taka osoba wie, że wszyscy czekają na jej śmierć, wzruszyłem ramionami i pokręciłem głową - nie miałem gotowej odpowiedzi. Prawdę mówiąc, sam nie byłem pewien, czy tacy ludzie myślą o tym w ten sposób - może naprawdę byli zaślepieni, może robili to z nawyku, może coś kiedyś ich złamało, a potem już tylko pękali dalej. Czasami z pewnością było tak jak w przypadku Ursuli, albo tym trochę bardziej gorzkim i kłującym, bo sięgającym mojej własnej przeszłości - w pewnym sensie oboje krzywdziliśmy innych nie dlatego, że tego chcemy - tylko dlatego, że nie umiemy inaczej, bo nikt nas nie nauczył, jak się kocha bez tych wszystkich schematów. Podejmujesz jedną próbę, zaliczasz fuckup - potem jest za późno, żeby się cofnąć i wyprostować te wszystkie błędnie wydeptane ścieżki. Ciotka Corneliusa w jakimś stopniu chyba postanowiła to odpokutować, biorąc sobie pod opiekę bratanka i bandę dzieciaków - ja raczej nie paliłem się do tego, żeby wziąć kogoś pod skrzydła. Prawdopodobnie powinienem - w tym zawodzie, który wykonywałem, to było wskazane, żeby przekazywać wiedzę młodszemu pokoleniu, ale po tych wszystkich wydarzeniach, jakie mnie spotkały, jakoś się nie spieszyłem.
- Myślę, sze wiesą. - Nawiązałem po chwili namysłu - pewnie wiedzieli, że wszyscy czekają, aż ich zabraknie, są kulą u nogi, ciężarem pokoleń, źródłem blizn, nie zamierzałem ich tłumaczyć, ale kiedy płoniesz zbyt długo, zaczynasz wierzyć, że to jedyny stan naturalny - poprzestałem na tej krótkiej odpowiedzi, nie rozwijałem tematu.
Nie odpowiedziałem od razu. Przez chwilę po prostu szedłem obok niej, zerkając ukradkiem, jak ostrożnie stawia każdy krok, czując jak zaciska palce na moim ramieniu, ale jednocześnie uparcie nie daje po sobie poznać, że każdy kamień na tej ścieżce wbija się w jej stopy.
- Slythelin, stasz w ministelstwie, dokładniej w Depaltamencie Mięsynalodowej Współplasy Czalosiejów, dalej placa dla Mięsynalodowego Biula Plawa, plosta dloga, by wywaliś stamtąd twojego klewniaka i szefowaś pszed czteldziestką. - Stwierdziłem zupełnie szczerze, mimo tego, że nie musiałem opowiadać jej o tym wszystkim aż tak dokładnie. Czemu tak to wyglądało? Ja sam nie byłem tego do końca pewien. To było jak odruch - jakby jej obecność ciągnęła za sobą potrzebę szczerości. Cholernie niekomfortową, ale cholernie uczciwą. - Laetitia Malfoy. To byłaby Laetitia Malfoy. - Dodałem. Równie dobrze mogłem się pod tym podpisać. Niby nikt mi tego nie powiedział wprost, ale z tyłu głowy wiedziałem, z kim chciano mnie swatać - dokładnie tak samo, jak tego, czego ode mnie oczekiwali. Przez większość życia trzymałem się swoich ram - może nie sztywno, ale wystarczająco pewnie, żeby nie wypaść poza nie całkiem. Potrafiłem wyłapać detale, reagować na sytuację - w domu nie byłem buntownikiem, przynajmniej do czasu, to nie skończyłoby się dobrze. Już ten Gryffindor został, tak jak oboje stwierdziliśmy, uznany za ten naprawdę duży przejaw buntu. To nie miało dobrego wpływu na nic w domu, za to w życiu poza nim - chyba na wszystko. Byłem rodzajem katastrofy, który przyciągał uwagę, interesował, ale zostawiał zgliszcza. Śmierciożercy. Moi krewni. Moi rówieśnicy. Moi dawni towarzysze. Wychowani w tych samych murach, karmieni tymi samymi słowami, obciążeni tą samą genealogią. Prudence nie musiała wiedzieć wszystkiego, ani nawet rozumieć, jak bardzo byli mi bliscy, zanim stali się moimi prześladowcami, a ja ich zakałą - jak bardzo musiałem się od nich oderwać, wyrwać z siebie to, co wyryto mi do kości, zanim mogłem stanąć po drugiej stronie. Decyzje, które podjąłem, nie były heroiczne ani dyktowane żadnymi wielkimi pobudkami, za to były nieodwracalne, jak podpalanie własnego domu z wiedzą, że nie ma się już gdzie wrócić.
- No, tak, telas to ma sens. Zdemaskowana. Sama zdlasiłaś swój seklet - supelpamięś s bonusem w postaci neuloatypowosi. - Uśmiechnąłem się pod nosem, nieco złośliwie, ale bez złośliwości, bo prawda była taka, że zawsze podejrzewałem, iż coś jest na rzeczy, tylko nie za bardzo wiedziałem, co i się w to nie zagłębiałem. Bo kto normalny pamięta każde moje słowo, każde spojrzenie, każde cholerne uniesienie brwi? Żaden normalny człowiek nie pamięta takich rzeczy. Nawet ja, przy całym swoim wyczuleniu na detale, nie potrafiłem cofnąć się w czasie z taką łatwością. Pamiętając nawet o tych urodzinach - po piętnastu latach - ot, kolejny numer w katalogu faktów o mnie, które przechowuje z chorobliwą dokładnością. Uniosłem brwi, jakby właśnie padło najgłupsze pytanie świata.
- Cósz, oplósz standaldowego „pszeszyś kolejny lok” i „nie skończyś jako nagłówek w Ploloku Codziennym”, nie mam zbyt wygólowanych oszekiwań. Najlepiej, szeby nikt nie lobił mi niespodzianek, nikt nie śpiewał „Sto lat”, co mi laszej nie glosi, i szebym mógł zupełnie zniknąś s ladalów na cały dzień. To i duszo alkoholu. S glubsza tak. - Milczałem chwilę, ale bez patosu - po prostu zbierałem myśli. - Cósz, dziękuję. To najładniejse „jeszteś molalnie podejszany, ale pszekonująsy” jakie kiedykolwiek usłysałem. - Parsknąłem pod nosem. Człowiek marzy o karierze badawczej, a kończy jako alegoria grzechu. - „Łatwo szię za tobą isie”, a to, to szię nazywa selekcja natulalna w odwlotną stlonę. - Uśmiechnąłem się szeroko, chociaż nieco krzywo. - Plawdę mówiąs, lepiej zaniszyś oczekiwania, to całkiem wygodne. Zlestą, jeszli wchodzę gdzieś jako „zło wcielone”, to potem kaszde nieco mniej szkodliwe zachowanie wygląda na pszejaw znudzenia albo łaski. Tak to działa, wies? - Parsknąłem pod nosem. - Chociasz s dlugiej stlony, skolo tak łatwo szię za mną isie, to mosze to jednak twoja wina? Niesdolnoś do opolu wobes mojego nieodpaltego uloku to chyba szeszywiscie jusz twoje lysyko i odpowiedzialnoś, mon amie, ja tylko istnieję. - Uśmiechnąłem się, tym razem szerzej, ironicznie, ale z jakimś niepokojącym śladem autentycznej sympatii - z cieniem radości, że mimo wszystko chciała się ze mną zadawać w ten sposób. Miałem świadomość, że po tym wszystkim pewnie będę dla niej trochę jak zdjęcie w starym albumie, które się ogląda z lekkim uśmiechem i myślą: „Co ja wtedy sobie myślałam?” ale w gruncie rzeczy mi to nie przeszkadzało, bo tworzyliśmy wspomnienia.
Westchnąłem teatralnie i wzruszyłem ramionami. Pewny siebie? Och, oczywiście - uśmiechnąłem się. Nie tym uśmiechem, który uspokajał ludzi i sprawiał, że przestawali zadawać pytania, tylko tym drugim. Tym, który mówił: „Tak, mam świadomość, jak chujowo to wszystko wygląda, i tak, właśnie dlatego się w tym taplam.” Od głowy, aż po same czubki butów ubabranych krwią i błotem. Może i miałem na koncie kilka - powiedzmy - kontrowersyjnych decyzji, może i nie byłem ulubieńcem towarzystwa w magicznej Brytanii, ale niech mnie szlag, jeśli zamierzałem chodzić na palcach tylko dlatego, że ktoś tu uznał, że zdradziłem „swoich”. Swoich - dobre sobie. Od dzieciństwa słyszałem, co jestem winien swojemu nazwisku, krwi, dziedzictwu. Jakby to była umowa, z której nie da się wypisać, a oddychanie nie po ich myśli było już aktem wojny... Ale tak - Prudence miała rację, przynajmniej w połowie - tego nie dało się już wymazać. Nazwisko nosiłem ukryte głęboko, jak piętno, a decyzje, które podjąłem, nie były czymś, co się rozchodziło po kościach z czasem. Śmierciożercy pamiętali - to nie tak, że mieli do mnie tylko „żal”, nie było im przykro, oni chcieli uczynić ze mnie przykład. Zademonstrować, że zdrada smakuje bólem i krwią, niezależnie od tego, kto ją popełnił. A co do tego „nomadziego życia”, o którym sam też czasami wspominałem w ten sposób - w myślach albo na głos... Cóż. Brzmiało to prawie romantycznie - tak poetycko, jakbym był jakimś pieprzonym bardem, który z własnej woli wędruje przez świat, szukając pieśni i wolności. W rzeczywistości było mniej heroicznie. Spałem tam, gdzie nie śmierdziało zbyt mocno stęchlizną. Jadłem to, co nie uciekało mi z talerza, a przez kilka pierwszych lat życia w ten sposób, każdej nocy zaklinałem cień, by nie zmienił się w kontur kogoś znajomego z maską na twarzy. Nomadyzm był eufemizmem, tułaczka - znacznie uczciwszym słowem. Nie było to dokładnie marzenie z dzieciństwa, ale musiałem przyznać, miało swój urok - brak adresu, brak zobowiązań, brak ludzi, którzy mogliby cię tak naprawdę zdradzić, bo najpierw trzeba być z nimi blisko, a ja, o dziwo, w ostatnich latach miałem dość zdrowego rozsądku, żeby tego unikać. Może i byłem porywczy, może i bywałem głupi, ale byłem głupcem z pamięcią, i pamiętałem, bardzo dobrze, jak to jest zaufać nieodpowiedniej osobie. Prudence zaufałem, bo było w niej coś takiego...
Nie musieliśmy się łapać za ręce ani składać obietnic. Nie musiałem wiedzieć, kim dla siebie jesteśmy, żeby wiedzieć, że właśnie tak o, tak po py, właśnie tu - w jakimś sensie należymy do siebie, chociażby na kilka dni. Choćby na kilkaset kroków pośród wrzosowisk, gdzie wiatr roznosił pokruszone liście wrzosów, a zimne, morskie powietrze kąsało ramiona. Po tych nagłych pożarach, które w kilkadziesiąt minut ogarnęły Londyn, wszystko było możliwe, więc lepiej było nie szastać słowami - nawet to, że to mógł wcale nie być tydzień, co do którego chyba oboje się skłanialiśmy, mimo że żadne z nas nie złożyło werbalnej deklaracji: „Oddalamy się od siebie w przyszłą niedzielę w samo południe, a do tego czasu uznajemy to cokolwiek, co się dzieje między nami.” Może jutro miało nas już nie być w Exmoor. Może mieliśmy wytrzeźwieć i wszystko wróci do normy... Co prawda akurat w to średnio wierzyłem, no, ale... Koleje losu były niezbadane. Może zaraz coś miało sprawić, że ona znów założy swoją zbroję, a ja znowu wścieknę się o jej niedostępność, spakuję się w noc i zniknę bez śladu. Szczególnie, że już zainstalowałem Astarotha w lepszej części piwnicy i nie byłem aż taki potrzebny komukolwiek do szczęścia, skoro w domu znajdowało się tyle osób. Prawdę mówiąc - nawet Prudence mogła im z tym pomóc, to nie była wielka filozofia. Tak czy siak, wszystko się mogło zdarzyć, ale teraz... Teraz byliśmy tu. W tym jednym, niepowtarzalnym, kurewsko szczerym momencie. Gdyby poszła o krok dalej i przyznała, że nawet w godzinach pracy korzysta z pomocy zmarłych na różne sposoby, niekoniecznie legalne - nie żeby im to miało jakoś szczególnie przeszkadzać - wzruszyłbym ramionami, bo życie bywa dziwne. A śmierć? Jeszcze dziwniejsza. Nie byłem typem, który przestaje patrzeć na kobietę z pożądaniem tylko dlatego, że czasem miewa przerażające, retrognitywne wizje albo rozmawia z duchami.
Miałem ochotę sięgnąć po papierosa, ale zamiast tego tylko pociągnąłem z butelki, odchylając się lekko w tył. Przez moment nie powiedziałem nic, bo za bardzo zajęty byłem faktem, że właśnie nazwała mnie kimś, kogo lubi - że właściwie przeniosła mnie z jednej rubryki do drugiej, jakby w jakimś starannie prowadzonym rejestrze. Z niechcianych do... Tolerowanych? Lubiła mnie - szybko poszło, do cholery, patrząc na to wszystko, co było za nami. Parsknąłem pod nosem, cicho, jakby sam do siebie, z rozbawieniem, które nie do końca było śmiechem.
- „Nie da szię kogoś lubiś za balso...” - Powtórzyłem, nie patrząc jeszcze na nią, ale za to poruszając brwiami w wymownym wyrazie mimicznym - to był bullshit. - Wies, sze to zdanie jeszt kompletną bsdulą? W sensie… Jestem szywym dowodem na to, sze szię da, i zwykle końszy szię to katastlofą... Ale miło, sze dajes mi szansę na spektakulalną polaszkę. - Spojrzałem na nią kątem oka, odrobinę zaczepnie, ale z czymś, co nie było już tylko ironiczne. Gdzieś między tymi zdaniami wcisnął się inny ton - mniej żartobliwy, bardziej prawdziwy i samoświadomy. Na dłuższą metę, prawdopodobnie nie wytrzymalibyśmy dłużej niż kilka dni tej dziwnej bliskości - właśnie na tym polegało to nasze nie-do-nazwania, ale oczywiście - mogła mówić to, co chciała. Świadomość, że jesteśmy tu na chwilę, paradoksalnie pozwalała sięgać dalej, głębiej. Może właśnie dlatego to wszystko było takie intensywne - bez filtra, bez etykietek, bez szans na: „Lubię cię bardziej niż to było w planach - nawet za bardzo.”
- No i świetnie. Telas to jusz w ogóle nie mam wyjsia. - Westchnąłem teatralnie. - Będę musział ci udowadniaś, sze jesztem walt tej nowej, eksklusywnej listy. - Wywróciłem oczami - to była obietnica bez romantyzmu, bez kwiatów i pierdolenia o księżycu - po prostu fakt, bo jeśli rzeczywiście wszystko się miało skończyć tak szybko, jak się zaczęło, to przynajmniej chciałem, żeby było tego warte. Nie zamierzałem jej podpadać, a nawet wręcz przeciwnie, ale wykonanie... Z wykonaniem mógł być lekki problem. - Nie będę szię spesjalnie stalał, szeby cię znowu zniechęciś. - Rzuciłem, uśmiechając się półgębkiem. Uśmiech ten, mimo że rozbawiony, miał w sobie coś z prowokacji. - Ale mam dziwną tendensję do bysia losczalowaniem, spytaj kogokolwiek, walto to mieś na uwadze. - Potem pokręciłem głową z lekkim rozbawieniem. Zresztą Prudence też zdawała się mieć dość realistyczne spojrzenie na ludzi, więc podejrzewałem, że wie, z czym się wiąże trzymanie kogoś takiego jak ja blisko. Nie, żeby chciała mnie trzymać dłużej, niż na chwilę - żadne z nas nie wchodziło w to z żadnymi poważnymi oczekiwaniami. Przyjdzie moment, w którym zniknie z mojego życia równie płynnie, jak do niego weszła i vice versa.
Potem zeszło na temat wyjazdu - na to jej ciche marzenie o rzuceniu wszystkiego, i ten trochę absurdalny scenariusz, w którym Prudence Madison Bletchley zostawia swoją londyńską mgłę i znika w krajach, które nie znają poprawnej wymowy jej nazwiska - tam, gdzie byty i rytuały mają inne imiona. Słuchałem jej dalej - tego, co mówiła o tym, co zdecydowanie siedziało jej w głowie od lat, a co ja znałem nie tyle z książek, co z potrzeby - tej brutalnej, życiowej, która nie pytała o moralność, tylko o skuteczność. W dużej mierze to nie były moje własne tematy - zazwyczaj pracowałem z kimś, kto odwalał robotę wymagającą wiedzy z zakresu nekromancji - to zdecydowanie nie była moja dziedzina. Tak samo było z innymi tematami, chociaż na czarnej magii znałem się już zdecydowanie bardziej, nawet jeśli ja łamałem klątwy, nie je rzucałem - potrzebowałem wiedzieć, co i jak, by w tym wszystkim był jakiś porządek, nawet jeśli trudny do przyjęcia dla tych, którzy nigdy nie stali blisko granicy życia i śmierci, i nie robili żadnych kontrowersyjnych rzeczy. Gdy natomiast chodziło o praktyczne wykorzystanie zaklęć i rytuałów czarnomagicznych do pozbywania się przeciwności losu, przeszkód, albo, no, po prostu - ludzi - to nie była moja główna domena, zdecydowanie wolałem przemoc fizyczną, nie magiczną. Rzucanie zaklęć nie było moim pierwszym wyborem. Tu zdecydowanie się różniliśmy.
Patrzyłem na Prudence, jak mówi, jak wzrusza ramionami, jak od niechcenia dzieli się czymś, co dla większości byłoby przynajmniej powodem do milczenia, jeśli nie do wstydu. Czarna magia. Widmowidzenie. Nekromancja. Cały ten zestaw, z którym większość ludzi od razu wiązałaby przekleństwa, szaleństwo albo śmierć. Ona mówiła o tym jakby dzieliła się ulubionym przepisem na sernik - naturalnie, bez napięcia.
- Na malginesie, wies, sze większoś lusi by cię telas spaliła na stosie albo co najmniej wtląsiła do Askabanu? - Rzuciłem, nieco zbyt beztrosko. - Neklomansja, czalna magia, kostnica, dziwne pasje, widzenie tlupów... Bszmi jak klasyszny pszypadek, by daś ci łatkę „czalnoksięsznisy”. - Zauważyłem lekkim, konwersacyjnym tonem - dokładnie takim, jaki wykorzystywała Prudence. Wysunąłem język, przejeżdżając nim lekko po nadkruszonej prawej trójce. To było takie… Odruchowe. Coś, co działo się, zanim zdążyłem to przemyśleć. Nie miałem wyrzutów sumienia za to, co powiedziałem. „Czarnoksieżnica”? Dobrze wiedziałem, że nie znaczyło to nic złego w moich oczach. Zresztą w tej chwili, szczerze mówiąc, sam wyglądałem tak, jakbym sprzedał swój kompas moralny za sześć sykli w pierwszym lepszym lombardzie... Nie byłaby to szczególnie błędna interpretacja mojego życiorysu. Moralność nigdy nie była moją najmocniejszą stroną... A może wręcz przeciwnie - nie mając skłonności do rozterek na temat tego, co jest białe, a co czarne, czułem się lekko, jakbym zrzucił z siebie wszystkie te społeczne kajdany, które w wielu sytuacjach nie pozwalałyby mi działać tak swobodnie. Świat był tylko szary - zawsze.
Lubiłem ten moment, kiedy wiem, że druga osoba zaczyna się zastanawiać, co, u diabła, za chwilę powiem, a Prudence zabrzmiała tak, jakby była bliska skrzywienia się na komplement, i nie do końca wiedziała, co z nim zrobić. Jak ktoś, kto całe życie słyszał głównie szyderstwa i fałszywe podlizywania, więc każde dobre słowo brzmi dla niego podejrzanie. A w tym wypadku miałem bardzo czyste intencje - no, powiedzmy, że czyste - to nie była tylko tania bajera. Mówiła o sobie, tak po prostu - doceniałem to. Nie próbowała czarować, udawać, przekonywać - to, co padało z jej ust, to była prawda. Może nie cała - ale do cholery, ile razy w życiu ktoś mówi ci szczerze cokolwiek, nie próbując cię do siebie przekonać, i to jeszcze w taki sposób, jakby to wszystko było tylko ciekawą anegdotą do opowiedzenia przy winie - że kiedyś, być może, rzuci wszystko w cholerę i pojedzie na Haiti, z zaklętym plecakiem i torbą pełną ksiąg, które każdy umiarkowanie szanujący się auror skonfiskowałby bez mrugnięcia okiem? Ja nie miałem ani potrzeby, ani ochoty być moralnym drogowskazem.
To, co powiedziałem, to nie był to komplement w stylu „ładnie dziś wyglądasz” ani sucha ocena charakteru. Nie. To było coś więcej.
- Wies... - Uśmiechnąłem się znowu, tym razem bardziej subtelnie, ale wciąż wyraźnie. - Jeszt coś naplawdę niepokojąso wyjątkowego w kobiecie, któla potlafi sprawiś, sze fasetowi kompletnie pszestaje pszeszkadzaś własne molalne banklustwo. - Dodałem już niżej, prawie mruknięciem. Patrzyłem na nią dalej, zupełnie otwarcie - ani na moment nie uciekłem wzrokiem, ani razu nie udawałem, że chodzi tylko o żart, o przekomarzanie się. Teraz to już było flirtowanie bez asekuracji. Błyszczały mi oczy - tak jak zawsze wtedy, gdy coś mnie bawiło w sposób nie do końca moralny, a w kąciku ust rozgościł się uśmieszek, który już dawno przestałem próbować tłumić. Gdyby teraz, bez mrugnięcia okiem, przyznała, że po pracy oddaje się nekromancji, wskrzesza trupy w piwnicy i rozmawia z duchami, siedząc w rozwiązanym szlafroku i jedząc truskawki, prawdopodobnie tylko kiwnąłbym głową i mruknął coś w rodzaju: „Jeśli już byli martwi, to w czym problem?” A, gdyby dodała, że w godzinach pracy też od czasu do czasu wykorzystuje zmarłych do własnych praktyk, wzruszyłbym ramionami i zapytał, całkiem poważnie, czy przynajmniej ma zniżki na komponenty w związku z pracą w biurze koronera.
- Eulopa to dobly początek dla kogoś bez więksych ambicji. - Mruknąłem po chwili milczenia, krytycznie, wracając do wcześniejszego wątku. - Bespieszna, względnie cywilisowana, z toną upszedzeń, które da się obejść. Ale jak naprawdę chcesz czegoś nauczyć się o czalnej magii albo neklomansji, to nie tam. Śmielś w Eulopie jeszt ucywilisowana. Stelylna. Przefiltlowana pszes ministelstwa i legulasje. Sama wies, jak to wygląda. Tam, gdzie wiesa tajemna szyje naplawdę, tam umiela się inaszej. - Nie wyjaśniałem tego głębiej - nie potrzebowałem, bo osoba taka, jak Prue, na pewno wiedziała, co mam tym na myśli. - Tak, Haiti to najlepsy kielunek. - Dodałem, próbując się nie uśmiechnąć. - Ale... Jesce, posa tą czalną magią, tylko jeśli lubis duchy, tlopikalne upały i ludzi, któszy mówią do zmalłych jak do sąsiadów, nawet jeśli nie mają twojego dalu. Inaszej zostań pszy Lumunii. Natomiast mosna szię w tym odnaleś, selio. - Wzruszyłem ramionami.
- Dobla, skolo tak stawiasz splawę. - Westchnąłem, ciężej niż potrzebowałem, zdecydowanie teatralnie, ale kiedy to mówiłem, wiedziałem już, że jestem po uszy w czymś, co zdecydowanie pachniało problemem. Tym przyjemnym rodzajem problemu, który człowiek sam sobie sprowadza na głowę, uśmiechając się przy tym jak idiota - niby na tydzień, a już teoretycznie robiliśmy szersze plany. To było nawet zabawne. - Jeśli faktysznie kiedyś spakujes ten swój czalny plesaszek i postanowisz zniknąś, to... Tak. Będę tam. Mosze nie dokładnie w tym momensie, w któlym będę pszes ciebie oczekiwany, nie jak jakiś jebany wybawisiel z bajki, ale... Znajdę sposób, szeby szię spektakulalnie zjawiś. - Kiwnąłem głową - chyba byliśmy umówieni, chociaż tak naprawdę nie sądziłem, by Prudence kiedykolwiek opuściła tereny Wielkiej Brytanii, no, przynajmniej nie na dłużej niż na dwutygodniowe wakacje albo jakąś konferencję naukową. Ta pozostała reszta Europy była w jej zasięgu, ale raczej nic dalej - mimo wszystko, nadal jawiła mi się, jako opanowana i zachowawcza, nawet jeśli robiliśmy to, co robiliśmy. Zachowywaliśmy się raczej bez skrępowania, to zdecydowanie była jakaś nowość i akt buntu, ale nie aż taki. - „Wypatluj mnie piątego dnia o świcie. O bszasku patsz na wschód.” - Dodałem mruknięciem, mimo to, nie do końca wiedząc, czy jest w stanie wyłapać odniesienie, czy raczej uzna mnie za poetę, podrabianego wieszcza, albo za debila. Nawet się nad tym nie zastanawiałem. W tym momencie spekulowaliśmy o czymś, co i tak miało się nie wydarzyć. - Gdybyś naplawdę kiedyś uciekła, zadbam, szebyśmy nie zginęli w jakimś lesie albo nie zostali zamienieni w kozy pszez lokalnego szamana, m'kay? I nie poswolę ci dotykaś za balso pszeklętych altefaktów, nawet jeśli to cię bęsie kusiło, bo takie zaswyszaj mają ciekawe histolie. Najpielw je dla ciebie odklątwię. - Zawiesiłem na niej wzrok, poważniejąc nieco, ale tylko trochę, z tym błyskiem w oku, który zwykle oznaczał, że właśnie ktoś zrobił coś, co nieodwołalnie i zupełnie bezlitośnie mnie zaintrygowało. Nie siliłem się na żadne fałszywe zawstydzenie - nie udawałem, że nie wiem, jak wyglądam, kiedy tak na nią patrzę. Niektóre decyzje w życiu podejmowałem sercem, inne... Cóż, niekoniecznie sercem. Natomiast w tym wypadku...?
Prawda była taka, że przyciągnąłem ją do siebie zanim zdążyłem cokolwiek przemyśleć - ręka sama odnalazła jej talię, ciepłą przez materiał, delikatną w sposób, który wywoływał we mnie jakąś starą, pierwotną potrzebę. Nie znałem jeszcze wszystkich jej buntowniczych marzeń, ale już wiedziałem, że jeśli jedno z nich miało się spełnić, chciałem być częścią tego. Nie dlatego, że chciałem ją zdobyć, chociaż oczywiście, pragnąłem jej - cholernie, głęboko, od... Nie wiedziałem, od kiedy, bo to wszystko działo się w dziwnym rytmie i w jeszcze dziwniejszy sposób, ale teraz chodziło o coś więcej, niż tylko fizyczną chemię. Chciałem jej potowarzyszyć - wiedzieć, co ją budzi w nocy, co sprawia, że śmieje się do rozpuku, co ją złości, co koi... Wiedziałem, że nie mam prawa tego chcieć w jawny i otwarty sposób - tak, byśmy nie musieli się przejmować realiami, ani nie na długo... Ale ten tydzień? Tę garść dni? To mogło należeć do nas, a potem byłem gotów zniknąć, zostawić po sobie tylko wspomnienie, może trochę chaosu, albo kilka wymienionych słów, które zostaną z nami na dłużej. Oboje wiedzieliśmy, jakie to nietrwałe, i się na to godziliśmy - bo czasem wystarczy jedna dobra chwila, przeżyta naprawdę. Taka, która zostaje nie dlatego, że była idealna, ale dlatego, że była prawdziwa. Opierała się o mnie lekko, bezpiecznie, jakby wiedziała, że nic jej tu nie grozi. Co za ironia, biorąc pod uwagę, że to ja byłem prawdopodobnie największym zagrożeniem, jakie znajdowało się w promieniu kilkunastu mil, a w dodatku stało tuż obok.
To niemal przypominało tamten wieczór - ten wśród ognia, krzyków, zgiełku, gdy nie było czasu na myślenie. Tam też byliśmy blisko, bardzo blisko. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że się znamy. Nie znaliśmy własnych nazwisk, nie rozpoznawaliśmy nawzajem swoich głosów, ale mimo wszystko przy niej czułem wtedy coś tak pierwotnego, tak silnego, że nie potrzebowałem uzasadnienia. Wciągnąłem ją wtedy w cień przesmyku między budynkami, osłoniłem sobą. Odruch, instynkt - cholerna potrzeba, żeby ją ochronić. Nawet jeśli była mi zupełnie obca. Nawet jeśli nie miałem pojęcia, dlaczego właśnie ją wybrałem z tłumu.
Teraz było spokojniej, ale tak jak wtedy - nie potrzebowałem zaproszenia ani nawet pretekstu. Była tak blisko, że wystarczyło jedno przesunięcie dłoni - ledwie świadomy gest, który wykonałem, zanim zdążyłem go przeanalizować. Palce same odnalazły drogę do jej talii, już znajomej i zaskakująco naturalnej w dotyku, chociaż jeszcze kilka dni temu nawet nie przyszłoby mi do głowy, że ją dotknę. Przyciągnąłem ją do siebie z odruchem, który nie miał nic wspólnego z rozsądkiem, a raczej wiele wspólnego z głodem - nie tylko fizycznym, chociaż ten nie dawał mi spokoju, ale z głodem obecności, ciepła, miękkości drugiego ciała. Zapachu włosów, tego zmysłowego zawieszenia między tym, co niewinne, a tym, co już takie nie jest. Pachniała trochę truskawkowo, ale też czymś ziołowym i ciepłym, jak letnie noce i stare księgi.
- Oczywiście, sze to obejsiemy. Oglaniszenia szą dla tych, co nie potlafią kombinowaś. - Mruknąłem z rozbawieniem. - A kombinowanie, to pszeciesz cała idea buntowniszości, plawda? - Spojrzałem w dół, na jej włosy, z których kilka pasm opadło niesfornie na czoło, i zmrużyłem oczy, uśmiechając się nieznacznie. Była zabawnie drobna, naprawdę, zawsze to wiedziałem - widziało się to, kiedy staliśmy naprzeciw siebie i Prudence podnosiła głowę, żeby mi odpowiedzieć jakąś złośliwością. Poważnie, jakby ktoś skondensował złośliwość i godność w niewielką formę, którą z łatwością dało się otulić ramionami. Miałem ochotę skomentować jej wzrost, ale tym razem zostawiłem to w spokoju - to nie był moment na zaczepki. Opadła na moją klatkę piersiową z tą dziwną ufnością, której jeszcze niedawno bym się po niej nie spodziewał. Oparłem podbródek na jej włosach i poczułem, jak się rozluźnia, jakby coś w niej uznało, że to miejsce jest bezpieczne - ja jestem bezpieczny. Totalna bujda, ale nie w stosunku do niej.
Moja ręka spoczywała na jej talii, a ona wtuliła się we mnie w sposób tak naturalny, jakby od zawsze znała moje ramiona i w tej chwili ufała im bardziej niż czemukolwiek innemu. Nie zdziwiła mnie ta bliskość - zdziwiło mnie tylko to, jak dobrze się z tym czułem. Było coś osobliwie właściwego w tej naszej prowizorycznej bliskości - umowie zawartej bez słów chyba jeszcze wtedy przy aptece w Londynie, kiedy jeszcze nie wiedziałem, kim była. Jeszcze nie znałem jej imienia, nie wiedziałem, że ma zwyczaj komentować wszystko tonem, który potrafiłby wyprowadzić z równowagi nawet kamień. Teraz to już nie była nieznajoma - teraz to była Prudence, i owszem, to powinno wiele komplikować. Powinno zapalać w mojej głowie wszystkie te migające ostrzegawcze światła, powinno mnie odpychać, parzyć w dłonie, przypominać o całym tym pogmatwanym układzie, w którym nie powinniśmy się znaleźć, ale nie - nic z tego. Nie obiecywaliśmy sobie niczego, ale oboje wiedzieliśmy, że nie będziemy się cofać.
- Zlealizujemy to szysenie i kaszde inne, któle szię po dlodze pszypląse. Nawet te najbalsiej haldkolowe albo wlęsz pszeciwnie - szenująso waniliowe, te tesz, szebyś nie dostała zawału od nadmiaru wlaszeń, nudzialo-czalnoksięszyco. - Kiwnąłem głową, a moje usta musnęły czubek jej głowy - powoli, z zamyśleniem, bardziej jak oddech, niż jak pocałunek. Dotknąłem wargami jej włosów - wolno, leniwie, bez żadnego wyraźnego celu poza tym, że… Chciałem. Musiałem się jeszcze trochę bardziej, chociaż lekko, pochylić, co było absurdalne i zupełnie niepraktyczne, ale jakoś nie miałem z tym problemu. Zamrugałem powoli i, cofając podbródek, spojrzałem w dół, na nią, na ten ledwie dostrzegalny cień uśmiechu w kącikach jej ust. Nie powiedziałem od razu, bo wszystko, co mogłem powiedzieć, brzmiałoby jak obietnica, której nie mogłem dotrzymać, ale w mojej ciszy była aprobata - decyzja o postaraniu się, żeby ten tydzień był na swój sposób czymś wyjątkowym.
- Nie jeszteś nikim istotnym? - Powtórzyłem po niej. - Gdybyś naplawdę w to wieszyła, nie byłoby cię tu, nie pszyszłabyś, szeby pomós, bo nikt, kto czuje szię nieistotny, nie pojawia szię po to, by byś dla innych. Nie w taki sposób. - Stwierdziłem, wierząc w to, co właśnie powiedziałem - miałem pewność, że nikt jej tu nie ciągnął na siłę. Równie dobrze mogła być gdzieś indziej - u rodziców albo w jakimś całkiem luksusowym hotelu poza Londynem, na który na pewno ją było stać, a mimo to pojawiła się tu u nas - sama, z własnej, nieprzymuszonej woli - to wystarczyło, żebym patrzył na nią inaczej. Nie jak na kogoś z przeszłości, z odległego korytarza w zamku, gdzie kiedyś rzuciła we mnie najbardziej chłodne spojrzenie świata. Patrzyłem na nią jak na kobietę, która miała dość odwagi, żeby przyjąć życie, nawet jeśli nie układało się według planu, i wciąż miała siłę sięgać po te krótkie momenty kontaktu z kimś nieoczywistym, który stawał się czymś niepokojąco osobistym.
Nie chciałem się nad tym za dużo zastanawiać, bo każde rozważanie mogło to zniszczyć. Lepiej było nie nazywać, nie przypinać łatek. Zgoda na to, że nie będziemy przyjaciółmi, wcale mnie nie bolała, bo nic na tym nie traciliśmy. Najwyraźniej nadal mogliśmy rozmawiać praktycznie tak jak przyjaciele, zamiast rzucić się na siebie przy pierwszej, lepszej okazji, gdy tylko zostaliśmy sami, jakbyśmy mieli po kilkanaście lat i pstro w głowie. W moich oczach, to oznaczało tyle, że mógł przez nas przemawiać spożyty alkohol, ale nie przestaliśmy być dorośli i podjęliśmy świadomą decyzję, która dawała pewną przestrzeń - taką, w której mogliśmy być sobą bez obowiązku trzymania się na dystans. Nie musieliśmy grać, udawać, że nie ma między nami tej chemii, a przez to wszystko szło zupełnie naturalnie. W jednej chwili przekraczaliśmy kolejne granice, jakby nigdy nie istniały, a w kolejnej spacerowaliśmy, jak para staruszków, trzymając się pod rękę i rozmawiając. Może dlatego, że oboje wiedzieliśmy, iż to nie będzie trwało wiecznie, ale zarazem nie musi potrwać tyle, ile potrzeba, by alkohol wyparował nam z wydychanego powietrza i krwi. Dawaliśmy sobie czas i przestrzeń, jednocześnie się sobie nie narzucając, bo nie było takiej potrzeby - mogliśmy tym dysponować wedle woli, doskonale wiedząc, że to minie za tydzień, może mniej niż tydzień, i nie będziemy się potem do siebie odzywać listownie co kilka dni, ani dzielić się aktualizacjami dotyczącymi życia. Nie chciałem poznawać jej rodziny, jeśli miała ją kiedyś założyć, ani nic z tych rzeczy - to, co nawiązało się między nami, miało swoje miejsce i czas - tu, teraz, na tych cholernie kamienistych ścieżkach. Między mną, Prue, a jej lakierkami zdecydowanie utrudniającymi nam bycie szybkimi, wprawnymi piechurami i znalezienie się już na górze.
Chociaż zaoferowałem jej moje ramię, a ona przyjęła takie wsparcie, wiedziałem, że raczej umrze, niż zacznie się na nim wspierać mocniej, niż to absolutnie konieczne. Miała w sobie jakąś upartą dumę - nie taką, która drażni, ale taką, która sprawia, że człowiek chce... Nie wiem, schylić się i strzepnąć jej kawałki wrzosów przyklejone do lakierków na trochę żywicy z jakiejś gałęzi, nawet jeśli miałoby to skończyć się jej sarkazmem i wzdychaniem. Na tym polegała nie-przyjaźń.
Zgadzałem się z nią, że niektóre rodzaje miłości bywają trudne, ale też im byłem starszy, tym bardziej myślałem, że w pewnym wieku, nie mając nikogo do kochania w sposób romantyczny, nie potrafimy już kochać inaczej, jak właśnie w sposób opiekuńczy - kanciasty, czasem niezręczny, taki trochę pokraczny, może szorstkawy, ale nie niewłaściwy. Przynajmniej tak to poznałem, swego czasu, mając w życiu nie tyle te miłosne relacje, co bardziej taką między bliskimi sobie osobami. Widziałem to po sobie - to, że z czasem nasze uczucia nie tyle się wyciszają, bo nadal mogą sporo namieszać i spowodować ból, co stają się bardziej praktyczne. Nie ma już miejsca na wielkie deklaracje, są za to gesty - kubek whisky, który ktoś ci poda, zanim poprosisz, zasłonięte okno, wypolerowanie ulubionego noża, albo obecność w milczeniu - taka, która nie ciąży.
Nie musiała mówić, że jej brat był bardziej otwarty na ludzi, sam to zauważyłem przed laty - Elias miał w sobie coś miękkiego, coś społecznie elastycznego. On budował mosty, ona obudowywała się murami - chyba powoli sobie wyjaśnialiśmy, z czego to mogło wtedy wynikać, i chociaż to zdecydowanie nie było w moim bingo, to nie żałowałem tej chwili przypływu szczerości.
Kiedy zadała mi pytanie o to, czy taka osoba wie, że wszyscy czekają na jej śmierć, wzruszyłem ramionami i pokręciłem głową - nie miałem gotowej odpowiedzi. Prawdę mówiąc, sam nie byłem pewien, czy tacy ludzie myślą o tym w ten sposób - może naprawdę byli zaślepieni, może robili to z nawyku, może coś kiedyś ich złamało, a potem już tylko pękali dalej. Czasami z pewnością było tak jak w przypadku Ursuli, albo tym trochę bardziej gorzkim i kłującym, bo sięgającym mojej własnej przeszłości - w pewnym sensie oboje krzywdziliśmy innych nie dlatego, że tego chcemy - tylko dlatego, że nie umiemy inaczej, bo nikt nas nie nauczył, jak się kocha bez tych wszystkich schematów. Podejmujesz jedną próbę, zaliczasz fuckup - potem jest za późno, żeby się cofnąć i wyprostować te wszystkie błędnie wydeptane ścieżki. Ciotka Corneliusa w jakimś stopniu chyba postanowiła to odpokutować, biorąc sobie pod opiekę bratanka i bandę dzieciaków - ja raczej nie paliłem się do tego, żeby wziąć kogoś pod skrzydła. Prawdopodobnie powinienem - w tym zawodzie, który wykonywałem, to było wskazane, żeby przekazywać wiedzę młodszemu pokoleniu, ale po tych wszystkich wydarzeniach, jakie mnie spotkały, jakoś się nie spieszyłem.
- Myślę, sze wiesą. - Nawiązałem po chwili namysłu - pewnie wiedzieli, że wszyscy czekają, aż ich zabraknie, są kulą u nogi, ciężarem pokoleń, źródłem blizn, nie zamierzałem ich tłumaczyć, ale kiedy płoniesz zbyt długo, zaczynasz wierzyć, że to jedyny stan naturalny - poprzestałem na tej krótkiej odpowiedzi, nie rozwijałem tematu.
Nie odpowiedziałem od razu. Przez chwilę po prostu szedłem obok niej, zerkając ukradkiem, jak ostrożnie stawia każdy krok, czując jak zaciska palce na moim ramieniu, ale jednocześnie uparcie nie daje po sobie poznać, że każdy kamień na tej ścieżce wbija się w jej stopy.
- Slythelin, stasz w ministelstwie, dokładniej w Depaltamencie Mięsynalodowej Współplasy Czalosiejów, dalej placa dla Mięsynalodowego Biula Plawa, plosta dloga, by wywaliś stamtąd twojego klewniaka i szefowaś pszed czteldziestką. - Stwierdziłem zupełnie szczerze, mimo tego, że nie musiałem opowiadać jej o tym wszystkim aż tak dokładnie. Czemu tak to wyglądało? Ja sam nie byłem tego do końca pewien. To było jak odruch - jakby jej obecność ciągnęła za sobą potrzebę szczerości. Cholernie niekomfortową, ale cholernie uczciwą. - Laetitia Malfoy. To byłaby Laetitia Malfoy. - Dodałem. Równie dobrze mogłem się pod tym podpisać. Niby nikt mi tego nie powiedział wprost, ale z tyłu głowy wiedziałem, z kim chciano mnie swatać - dokładnie tak samo, jak tego, czego ode mnie oczekiwali. Przez większość życia trzymałem się swoich ram - może nie sztywno, ale wystarczająco pewnie, żeby nie wypaść poza nie całkiem. Potrafiłem wyłapać detale, reagować na sytuację - w domu nie byłem buntownikiem, przynajmniej do czasu, to nie skończyłoby się dobrze. Już ten Gryffindor został, tak jak oboje stwierdziliśmy, uznany za ten naprawdę duży przejaw buntu. To nie miało dobrego wpływu na nic w domu, za to w życiu poza nim - chyba na wszystko. Byłem rodzajem katastrofy, który przyciągał uwagę, interesował, ale zostawiał zgliszcza. Śmierciożercy. Moi krewni. Moi rówieśnicy. Moi dawni towarzysze. Wychowani w tych samych murach, karmieni tymi samymi słowami, obciążeni tą samą genealogią. Prudence nie musiała wiedzieć wszystkiego, ani nawet rozumieć, jak bardzo byli mi bliscy, zanim stali się moimi prześladowcami, a ja ich zakałą - jak bardzo musiałem się od nich oderwać, wyrwać z siebie to, co wyryto mi do kości, zanim mogłem stanąć po drugiej stronie. Decyzje, które podjąłem, nie były heroiczne ani dyktowane żadnymi wielkimi pobudkami, za to były nieodwracalne, jak podpalanie własnego domu z wiedzą, że nie ma się już gdzie wrócić.
- No, tak, telas to ma sens. Zdemaskowana. Sama zdlasiłaś swój seklet - supelpamięś s bonusem w postaci neuloatypowosi. - Uśmiechnąłem się pod nosem, nieco złośliwie, ale bez złośliwości, bo prawda była taka, że zawsze podejrzewałem, iż coś jest na rzeczy, tylko nie za bardzo wiedziałem, co i się w to nie zagłębiałem. Bo kto normalny pamięta każde moje słowo, każde spojrzenie, każde cholerne uniesienie brwi? Żaden normalny człowiek nie pamięta takich rzeczy. Nawet ja, przy całym swoim wyczuleniu na detale, nie potrafiłem cofnąć się w czasie z taką łatwością. Pamiętając nawet o tych urodzinach - po piętnastu latach - ot, kolejny numer w katalogu faktów o mnie, które przechowuje z chorobliwą dokładnością. Uniosłem brwi, jakby właśnie padło najgłupsze pytanie świata.
- Cósz, oplósz standaldowego „pszeszyś kolejny lok” i „nie skończyś jako nagłówek w Ploloku Codziennym”, nie mam zbyt wygólowanych oszekiwań. Najlepiej, szeby nikt nie lobił mi niespodzianek, nikt nie śpiewał „Sto lat”, co mi laszej nie glosi, i szebym mógł zupełnie zniknąś s ladalów na cały dzień. To i duszo alkoholu. S glubsza tak. - Milczałem chwilę, ale bez patosu - po prostu zbierałem myśli. - Cósz, dziękuję. To najładniejse „jeszteś molalnie podejszany, ale pszekonująsy” jakie kiedykolwiek usłysałem. - Parsknąłem pod nosem. Człowiek marzy o karierze badawczej, a kończy jako alegoria grzechu. - „Łatwo szię za tobą isie”, a to, to szię nazywa selekcja natulalna w odwlotną stlonę. - Uśmiechnąłem się szeroko, chociaż nieco krzywo. - Plawdę mówiąs, lepiej zaniszyś oczekiwania, to całkiem wygodne. Zlestą, jeszli wchodzę gdzieś jako „zło wcielone”, to potem kaszde nieco mniej szkodliwe zachowanie wygląda na pszejaw znudzenia albo łaski. Tak to działa, wies? - Parsknąłem pod nosem. - Chociasz s dlugiej stlony, skolo tak łatwo szię za mną isie, to mosze to jednak twoja wina? Niesdolnoś do opolu wobes mojego nieodpaltego uloku to chyba szeszywiscie jusz twoje lysyko i odpowiedzialnoś, mon amie, ja tylko istnieję. - Uśmiechnąłem się, tym razem szerzej, ironicznie, ale z jakimś niepokojącym śladem autentycznej sympatii - z cieniem radości, że mimo wszystko chciała się ze mną zadawać w ten sposób. Miałem świadomość, że po tym wszystkim pewnie będę dla niej trochę jak zdjęcie w starym albumie, które się ogląda z lekkim uśmiechem i myślą: „Co ja wtedy sobie myślałam?” ale w gruncie rzeczy mi to nie przeszkadzało, bo tworzyliśmy wspomnienia.
Westchnąłem teatralnie i wzruszyłem ramionami. Pewny siebie? Och, oczywiście - uśmiechnąłem się. Nie tym uśmiechem, który uspokajał ludzi i sprawiał, że przestawali zadawać pytania, tylko tym drugim. Tym, który mówił: „Tak, mam świadomość, jak chujowo to wszystko wygląda, i tak, właśnie dlatego się w tym taplam.” Od głowy, aż po same czubki butów ubabranych krwią i błotem. Może i miałem na koncie kilka - powiedzmy - kontrowersyjnych decyzji, może i nie byłem ulubieńcem towarzystwa w magicznej Brytanii, ale niech mnie szlag, jeśli zamierzałem chodzić na palcach tylko dlatego, że ktoś tu uznał, że zdradziłem „swoich”. Swoich - dobre sobie. Od dzieciństwa słyszałem, co jestem winien swojemu nazwisku, krwi, dziedzictwu. Jakby to była umowa, z której nie da się wypisać, a oddychanie nie po ich myśli było już aktem wojny... Ale tak - Prudence miała rację, przynajmniej w połowie - tego nie dało się już wymazać. Nazwisko nosiłem ukryte głęboko, jak piętno, a decyzje, które podjąłem, nie były czymś, co się rozchodziło po kościach z czasem. Śmierciożercy pamiętali - to nie tak, że mieli do mnie tylko „żal”, nie było im przykro, oni chcieli uczynić ze mnie przykład. Zademonstrować, że zdrada smakuje bólem i krwią, niezależnie od tego, kto ją popełnił. A co do tego „nomadziego życia”, o którym sam też czasami wspominałem w ten sposób - w myślach albo na głos... Cóż. Brzmiało to prawie romantycznie - tak poetycko, jakbym był jakimś pieprzonym bardem, który z własnej woli wędruje przez świat, szukając pieśni i wolności. W rzeczywistości było mniej heroicznie. Spałem tam, gdzie nie śmierdziało zbyt mocno stęchlizną. Jadłem to, co nie uciekało mi z talerza, a przez kilka pierwszych lat życia w ten sposób, każdej nocy zaklinałem cień, by nie zmienił się w kontur kogoś znajomego z maską na twarzy. Nomadyzm był eufemizmem, tułaczka - znacznie uczciwszym słowem. Nie było to dokładnie marzenie z dzieciństwa, ale musiałem przyznać, miało swój urok - brak adresu, brak zobowiązań, brak ludzi, którzy mogliby cię tak naprawdę zdradzić, bo najpierw trzeba być z nimi blisko, a ja, o dziwo, w ostatnich latach miałem dość zdrowego rozsądku, żeby tego unikać. Może i byłem porywczy, może i bywałem głupi, ale byłem głupcem z pamięcią, i pamiętałem, bardzo dobrze, jak to jest zaufać nieodpowiedniej osobie. Prudence zaufałem, bo było w niej coś takiego...
Nie musieliśmy się łapać za ręce ani składać obietnic. Nie musiałem wiedzieć, kim dla siebie jesteśmy, żeby wiedzieć, że właśnie tak o, tak po py, właśnie tu - w jakimś sensie należymy do siebie, chociażby na kilka dni. Choćby na kilkaset kroków pośród wrzosowisk, gdzie wiatr roznosił pokruszone liście wrzosów, a zimne, morskie powietrze kąsało ramiona. Po tych nagłych pożarach, które w kilkadziesiąt minut ogarnęły Londyn, wszystko było możliwe, więc lepiej było nie szastać słowami - nawet to, że to mógł wcale nie być tydzień, co do którego chyba oboje się skłanialiśmy, mimo że żadne z nas nie złożyło werbalnej deklaracji: „Oddalamy się od siebie w przyszłą niedzielę w samo południe, a do tego czasu uznajemy to cokolwiek, co się dzieje między nami.” Może jutro miało nas już nie być w Exmoor. Może mieliśmy wytrzeźwieć i wszystko wróci do normy... Co prawda akurat w to średnio wierzyłem, no, ale... Koleje losu były niezbadane. Może zaraz coś miało sprawić, że ona znów założy swoją zbroję, a ja znowu wścieknę się o jej niedostępność, spakuję się w noc i zniknę bez śladu. Szczególnie, że już zainstalowałem Astarotha w lepszej części piwnicy i nie byłem aż taki potrzebny komukolwiek do szczęścia, skoro w domu znajdowało się tyle osób. Prawdę mówiąc - nawet Prudence mogła im z tym pomóc, to nie była wielka filozofia. Tak czy siak, wszystko się mogło zdarzyć, ale teraz... Teraz byliśmy tu. W tym jednym, niepowtarzalnym, kurewsko szczerym momencie. Gdyby poszła o krok dalej i przyznała, że nawet w godzinach pracy korzysta z pomocy zmarłych na różne sposoby, niekoniecznie legalne - nie żeby im to miało jakoś szczególnie przeszkadzać - wzruszyłbym ramionami, bo życie bywa dziwne. A śmierć? Jeszcze dziwniejsza. Nie byłem typem, który przestaje patrzeć na kobietę z pożądaniem tylko dlatego, że czasem miewa przerażające, retrognitywne wizje albo rozmawia z duchami.
Miałem ochotę sięgnąć po papierosa, ale zamiast tego tylko pociągnąłem z butelki, odchylając się lekko w tył. Przez moment nie powiedziałem nic, bo za bardzo zajęty byłem faktem, że właśnie nazwała mnie kimś, kogo lubi - że właściwie przeniosła mnie z jednej rubryki do drugiej, jakby w jakimś starannie prowadzonym rejestrze. Z niechcianych do... Tolerowanych? Lubiła mnie - szybko poszło, do cholery, patrząc na to wszystko, co było za nami. Parsknąłem pod nosem, cicho, jakby sam do siebie, z rozbawieniem, które nie do końca było śmiechem.
- „Nie da szię kogoś lubiś za balso...” - Powtórzyłem, nie patrząc jeszcze na nią, ale za to poruszając brwiami w wymownym wyrazie mimicznym - to był bullshit. - Wies, sze to zdanie jeszt kompletną bsdulą? W sensie… Jestem szywym dowodem na to, sze szię da, i zwykle końszy szię to katastlofą... Ale miło, sze dajes mi szansę na spektakulalną polaszkę. - Spojrzałem na nią kątem oka, odrobinę zaczepnie, ale z czymś, co nie było już tylko ironiczne. Gdzieś między tymi zdaniami wcisnął się inny ton - mniej żartobliwy, bardziej prawdziwy i samoświadomy. Na dłuższą metę, prawdopodobnie nie wytrzymalibyśmy dłużej niż kilka dni tej dziwnej bliskości - właśnie na tym polegało to nasze nie-do-nazwania, ale oczywiście - mogła mówić to, co chciała. Świadomość, że jesteśmy tu na chwilę, paradoksalnie pozwalała sięgać dalej, głębiej. Może właśnie dlatego to wszystko było takie intensywne - bez filtra, bez etykietek, bez szans na: „Lubię cię bardziej niż to było w planach - nawet za bardzo.”
- No i świetnie. Telas to jusz w ogóle nie mam wyjsia. - Westchnąłem teatralnie. - Będę musział ci udowadniaś, sze jesztem walt tej nowej, eksklusywnej listy. - Wywróciłem oczami - to była obietnica bez romantyzmu, bez kwiatów i pierdolenia o księżycu - po prostu fakt, bo jeśli rzeczywiście wszystko się miało skończyć tak szybko, jak się zaczęło, to przynajmniej chciałem, żeby było tego warte. Nie zamierzałem jej podpadać, a nawet wręcz przeciwnie, ale wykonanie... Z wykonaniem mógł być lekki problem. - Nie będę szię spesjalnie stalał, szeby cię znowu zniechęciś. - Rzuciłem, uśmiechając się półgębkiem. Uśmiech ten, mimo że rozbawiony, miał w sobie coś z prowokacji. - Ale mam dziwną tendensję do bysia losczalowaniem, spytaj kogokolwiek, walto to mieś na uwadze. - Potem pokręciłem głową z lekkim rozbawieniem. Zresztą Prudence też zdawała się mieć dość realistyczne spojrzenie na ludzi, więc podejrzewałem, że wie, z czym się wiąże trzymanie kogoś takiego jak ja blisko. Nie, żeby chciała mnie trzymać dłużej, niż na chwilę - żadne z nas nie wchodziło w to z żadnymi poważnymi oczekiwaniami. Przyjdzie moment, w którym zniknie z mojego życia równie płynnie, jak do niego weszła i vice versa.
Potem zeszło na temat wyjazdu - na to jej ciche marzenie o rzuceniu wszystkiego, i ten trochę absurdalny scenariusz, w którym Prudence Madison Bletchley zostawia swoją londyńską mgłę i znika w krajach, które nie znają poprawnej wymowy jej nazwiska - tam, gdzie byty i rytuały mają inne imiona. Słuchałem jej dalej - tego, co mówiła o tym, co zdecydowanie siedziało jej w głowie od lat, a co ja znałem nie tyle z książek, co z potrzeby - tej brutalnej, życiowej, która nie pytała o moralność, tylko o skuteczność. W dużej mierze to nie były moje własne tematy - zazwyczaj pracowałem z kimś, kto odwalał robotę wymagającą wiedzy z zakresu nekromancji - to zdecydowanie nie była moja dziedzina. Tak samo było z innymi tematami, chociaż na czarnej magii znałem się już zdecydowanie bardziej, nawet jeśli ja łamałem klątwy, nie je rzucałem - potrzebowałem wiedzieć, co i jak, by w tym wszystkim był jakiś porządek, nawet jeśli trudny do przyjęcia dla tych, którzy nigdy nie stali blisko granicy życia i śmierci, i nie robili żadnych kontrowersyjnych rzeczy. Gdy natomiast chodziło o praktyczne wykorzystanie zaklęć i rytuałów czarnomagicznych do pozbywania się przeciwności losu, przeszkód, albo, no, po prostu - ludzi - to nie była moja główna domena, zdecydowanie wolałem przemoc fizyczną, nie magiczną. Rzucanie zaklęć nie było moim pierwszym wyborem. Tu zdecydowanie się różniliśmy.
Patrzyłem na Prudence, jak mówi, jak wzrusza ramionami, jak od niechcenia dzieli się czymś, co dla większości byłoby przynajmniej powodem do milczenia, jeśli nie do wstydu. Czarna magia. Widmowidzenie. Nekromancja. Cały ten zestaw, z którym większość ludzi od razu wiązałaby przekleństwa, szaleństwo albo śmierć. Ona mówiła o tym jakby dzieliła się ulubionym przepisem na sernik - naturalnie, bez napięcia.
- Na malginesie, wies, sze większoś lusi by cię telas spaliła na stosie albo co najmniej wtląsiła do Askabanu? - Rzuciłem, nieco zbyt beztrosko. - Neklomansja, czalna magia, kostnica, dziwne pasje, widzenie tlupów... Bszmi jak klasyszny pszypadek, by daś ci łatkę „czalnoksięsznisy”. - Zauważyłem lekkim, konwersacyjnym tonem - dokładnie takim, jaki wykorzystywała Prudence. Wysunąłem język, przejeżdżając nim lekko po nadkruszonej prawej trójce. To było takie… Odruchowe. Coś, co działo się, zanim zdążyłem to przemyśleć. Nie miałem wyrzutów sumienia za to, co powiedziałem. „Czarnoksieżnica”? Dobrze wiedziałem, że nie znaczyło to nic złego w moich oczach. Zresztą w tej chwili, szczerze mówiąc, sam wyglądałem tak, jakbym sprzedał swój kompas moralny za sześć sykli w pierwszym lepszym lombardzie... Nie byłaby to szczególnie błędna interpretacja mojego życiorysu. Moralność nigdy nie była moją najmocniejszą stroną... A może wręcz przeciwnie - nie mając skłonności do rozterek na temat tego, co jest białe, a co czarne, czułem się lekko, jakbym zrzucił z siebie wszystkie te społeczne kajdany, które w wielu sytuacjach nie pozwalałyby mi działać tak swobodnie. Świat był tylko szary - zawsze.
Lubiłem ten moment, kiedy wiem, że druga osoba zaczyna się zastanawiać, co, u diabła, za chwilę powiem, a Prudence zabrzmiała tak, jakby była bliska skrzywienia się na komplement, i nie do końca wiedziała, co z nim zrobić. Jak ktoś, kto całe życie słyszał głównie szyderstwa i fałszywe podlizywania, więc każde dobre słowo brzmi dla niego podejrzanie. A w tym wypadku miałem bardzo czyste intencje - no, powiedzmy, że czyste - to nie była tylko tania bajera. Mówiła o sobie, tak po prostu - doceniałem to. Nie próbowała czarować, udawać, przekonywać - to, co padało z jej ust, to była prawda. Może nie cała - ale do cholery, ile razy w życiu ktoś mówi ci szczerze cokolwiek, nie próbując cię do siebie przekonać, i to jeszcze w taki sposób, jakby to wszystko było tylko ciekawą anegdotą do opowiedzenia przy winie - że kiedyś, być może, rzuci wszystko w cholerę i pojedzie na Haiti, z zaklętym plecakiem i torbą pełną ksiąg, które każdy umiarkowanie szanujący się auror skonfiskowałby bez mrugnięcia okiem? Ja nie miałem ani potrzeby, ani ochoty być moralnym drogowskazem.
To, co powiedziałem, to nie był to komplement w stylu „ładnie dziś wyglądasz” ani sucha ocena charakteru. Nie. To było coś więcej.
- Wies... - Uśmiechnąłem się znowu, tym razem bardziej subtelnie, ale wciąż wyraźnie. - Jeszt coś naplawdę niepokojąso wyjątkowego w kobiecie, któla potlafi sprawiś, sze fasetowi kompletnie pszestaje pszeszkadzaś własne molalne banklustwo. - Dodałem już niżej, prawie mruknięciem. Patrzyłem na nią dalej, zupełnie otwarcie - ani na moment nie uciekłem wzrokiem, ani razu nie udawałem, że chodzi tylko o żart, o przekomarzanie się. Teraz to już było flirtowanie bez asekuracji. Błyszczały mi oczy - tak jak zawsze wtedy, gdy coś mnie bawiło w sposób nie do końca moralny, a w kąciku ust rozgościł się uśmieszek, który już dawno przestałem próbować tłumić. Gdyby teraz, bez mrugnięcia okiem, przyznała, że po pracy oddaje się nekromancji, wskrzesza trupy w piwnicy i rozmawia z duchami, siedząc w rozwiązanym szlafroku i jedząc truskawki, prawdopodobnie tylko kiwnąłbym głową i mruknął coś w rodzaju: „Jeśli już byli martwi, to w czym problem?” A, gdyby dodała, że w godzinach pracy też od czasu do czasu wykorzystuje zmarłych do własnych praktyk, wzruszyłbym ramionami i zapytał, całkiem poważnie, czy przynajmniej ma zniżki na komponenty w związku z pracą w biurze koronera.
- Eulopa to dobly początek dla kogoś bez więksych ambicji. - Mruknąłem po chwili milczenia, krytycznie, wracając do wcześniejszego wątku. - Bespieszna, względnie cywilisowana, z toną upszedzeń, które da się obejść. Ale jak naprawdę chcesz czegoś nauczyć się o czalnej magii albo neklomansji, to nie tam. Śmielś w Eulopie jeszt ucywilisowana. Stelylna. Przefiltlowana pszes ministelstwa i legulasje. Sama wies, jak to wygląda. Tam, gdzie wiesa tajemna szyje naplawdę, tam umiela się inaszej. - Nie wyjaśniałem tego głębiej - nie potrzebowałem, bo osoba taka, jak Prue, na pewno wiedziała, co mam tym na myśli. - Tak, Haiti to najlepsy kielunek. - Dodałem, próbując się nie uśmiechnąć. - Ale... Jesce, posa tą czalną magią, tylko jeśli lubis duchy, tlopikalne upały i ludzi, któszy mówią do zmalłych jak do sąsiadów, nawet jeśli nie mają twojego dalu. Inaszej zostań pszy Lumunii. Natomiast mosna szię w tym odnaleś, selio. - Wzruszyłem ramionami.
- Dobla, skolo tak stawiasz splawę. - Westchnąłem, ciężej niż potrzebowałem, zdecydowanie teatralnie, ale kiedy to mówiłem, wiedziałem już, że jestem po uszy w czymś, co zdecydowanie pachniało problemem. Tym przyjemnym rodzajem problemu, który człowiek sam sobie sprowadza na głowę, uśmiechając się przy tym jak idiota - niby na tydzień, a już teoretycznie robiliśmy szersze plany. To było nawet zabawne. - Jeśli faktysznie kiedyś spakujes ten swój czalny plesaszek i postanowisz zniknąś, to... Tak. Będę tam. Mosze nie dokładnie w tym momensie, w któlym będę pszes ciebie oczekiwany, nie jak jakiś jebany wybawisiel z bajki, ale... Znajdę sposób, szeby szię spektakulalnie zjawiś. - Kiwnąłem głową - chyba byliśmy umówieni, chociaż tak naprawdę nie sądziłem, by Prudence kiedykolwiek opuściła tereny Wielkiej Brytanii, no, przynajmniej nie na dłużej niż na dwutygodniowe wakacje albo jakąś konferencję naukową. Ta pozostała reszta Europy była w jej zasięgu, ale raczej nic dalej - mimo wszystko, nadal jawiła mi się, jako opanowana i zachowawcza, nawet jeśli robiliśmy to, co robiliśmy. Zachowywaliśmy się raczej bez skrępowania, to zdecydowanie była jakaś nowość i akt buntu, ale nie aż taki. - „Wypatluj mnie piątego dnia o świcie. O bszasku patsz na wschód.” - Dodałem mruknięciem, mimo to, nie do końca wiedząc, czy jest w stanie wyłapać odniesienie, czy raczej uzna mnie za poetę, podrabianego wieszcza, albo za debila. Nawet się nad tym nie zastanawiałem. W tym momencie spekulowaliśmy o czymś, co i tak miało się nie wydarzyć. - Gdybyś naplawdę kiedyś uciekła, zadbam, szebyśmy nie zginęli w jakimś lesie albo nie zostali zamienieni w kozy pszez lokalnego szamana, m'kay? I nie poswolę ci dotykaś za balso pszeklętych altefaktów, nawet jeśli to cię bęsie kusiło, bo takie zaswyszaj mają ciekawe histolie. Najpielw je dla ciebie odklątwię. - Zawiesiłem na niej wzrok, poważniejąc nieco, ale tylko trochę, z tym błyskiem w oku, który zwykle oznaczał, że właśnie ktoś zrobił coś, co nieodwołalnie i zupełnie bezlitośnie mnie zaintrygowało. Nie siliłem się na żadne fałszywe zawstydzenie - nie udawałem, że nie wiem, jak wyglądam, kiedy tak na nią patrzę. Niektóre decyzje w życiu podejmowałem sercem, inne... Cóż, niekoniecznie sercem. Natomiast w tym wypadku...?
Prawda była taka, że przyciągnąłem ją do siebie zanim zdążyłem cokolwiek przemyśleć - ręka sama odnalazła jej talię, ciepłą przez materiał, delikatną w sposób, który wywoływał we mnie jakąś starą, pierwotną potrzebę. Nie znałem jeszcze wszystkich jej buntowniczych marzeń, ale już wiedziałem, że jeśli jedno z nich miało się spełnić, chciałem być częścią tego. Nie dlatego, że chciałem ją zdobyć, chociaż oczywiście, pragnąłem jej - cholernie, głęboko, od... Nie wiedziałem, od kiedy, bo to wszystko działo się w dziwnym rytmie i w jeszcze dziwniejszy sposób, ale teraz chodziło o coś więcej, niż tylko fizyczną chemię. Chciałem jej potowarzyszyć - wiedzieć, co ją budzi w nocy, co sprawia, że śmieje się do rozpuku, co ją złości, co koi... Wiedziałem, że nie mam prawa tego chcieć w jawny i otwarty sposób - tak, byśmy nie musieli się przejmować realiami, ani nie na długo... Ale ten tydzień? Tę garść dni? To mogło należeć do nas, a potem byłem gotów zniknąć, zostawić po sobie tylko wspomnienie, może trochę chaosu, albo kilka wymienionych słów, które zostaną z nami na dłużej. Oboje wiedzieliśmy, jakie to nietrwałe, i się na to godziliśmy - bo czasem wystarczy jedna dobra chwila, przeżyta naprawdę. Taka, która zostaje nie dlatego, że była idealna, ale dlatego, że była prawdziwa. Opierała się o mnie lekko, bezpiecznie, jakby wiedziała, że nic jej tu nie grozi. Co za ironia, biorąc pod uwagę, że to ja byłem prawdopodobnie największym zagrożeniem, jakie znajdowało się w promieniu kilkunastu mil, a w dodatku stało tuż obok.
To niemal przypominało tamten wieczór - ten wśród ognia, krzyków, zgiełku, gdy nie było czasu na myślenie. Tam też byliśmy blisko, bardzo blisko. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że się znamy. Nie znaliśmy własnych nazwisk, nie rozpoznawaliśmy nawzajem swoich głosów, ale mimo wszystko przy niej czułem wtedy coś tak pierwotnego, tak silnego, że nie potrzebowałem uzasadnienia. Wciągnąłem ją wtedy w cień przesmyku między budynkami, osłoniłem sobą. Odruch, instynkt - cholerna potrzeba, żeby ją ochronić. Nawet jeśli była mi zupełnie obca. Nawet jeśli nie miałem pojęcia, dlaczego właśnie ją wybrałem z tłumu.
Teraz było spokojniej, ale tak jak wtedy - nie potrzebowałem zaproszenia ani nawet pretekstu. Była tak blisko, że wystarczyło jedno przesunięcie dłoni - ledwie świadomy gest, który wykonałem, zanim zdążyłem go przeanalizować. Palce same odnalazły drogę do jej talii, już znajomej i zaskakująco naturalnej w dotyku, chociaż jeszcze kilka dni temu nawet nie przyszłoby mi do głowy, że ją dotknę. Przyciągnąłem ją do siebie z odruchem, który nie miał nic wspólnego z rozsądkiem, a raczej wiele wspólnego z głodem - nie tylko fizycznym, chociaż ten nie dawał mi spokoju, ale z głodem obecności, ciepła, miękkości drugiego ciała. Zapachu włosów, tego zmysłowego zawieszenia między tym, co niewinne, a tym, co już takie nie jest. Pachniała trochę truskawkowo, ale też czymś ziołowym i ciepłym, jak letnie noce i stare księgi.
- Oczywiście, sze to obejsiemy. Oglaniszenia szą dla tych, co nie potlafią kombinowaś. - Mruknąłem z rozbawieniem. - A kombinowanie, to pszeciesz cała idea buntowniszości, plawda? - Spojrzałem w dół, na jej włosy, z których kilka pasm opadło niesfornie na czoło, i zmrużyłem oczy, uśmiechając się nieznacznie. Była zabawnie drobna, naprawdę, zawsze to wiedziałem - widziało się to, kiedy staliśmy naprzeciw siebie i Prudence podnosiła głowę, żeby mi odpowiedzieć jakąś złośliwością. Poważnie, jakby ktoś skondensował złośliwość i godność w niewielką formę, którą z łatwością dało się otulić ramionami. Miałem ochotę skomentować jej wzrost, ale tym razem zostawiłem to w spokoju - to nie był moment na zaczepki. Opadła na moją klatkę piersiową z tą dziwną ufnością, której jeszcze niedawno bym się po niej nie spodziewał. Oparłem podbródek na jej włosach i poczułem, jak się rozluźnia, jakby coś w niej uznało, że to miejsce jest bezpieczne - ja jestem bezpieczny. Totalna bujda, ale nie w stosunku do niej.
Moja ręka spoczywała na jej talii, a ona wtuliła się we mnie w sposób tak naturalny, jakby od zawsze znała moje ramiona i w tej chwili ufała im bardziej niż czemukolwiek innemu. Nie zdziwiła mnie ta bliskość - zdziwiło mnie tylko to, jak dobrze się z tym czułem. Było coś osobliwie właściwego w tej naszej prowizorycznej bliskości - umowie zawartej bez słów chyba jeszcze wtedy przy aptece w Londynie, kiedy jeszcze nie wiedziałem, kim była. Jeszcze nie znałem jej imienia, nie wiedziałem, że ma zwyczaj komentować wszystko tonem, który potrafiłby wyprowadzić z równowagi nawet kamień. Teraz to już nie była nieznajoma - teraz to była Prudence, i owszem, to powinno wiele komplikować. Powinno zapalać w mojej głowie wszystkie te migające ostrzegawcze światła, powinno mnie odpychać, parzyć w dłonie, przypominać o całym tym pogmatwanym układzie, w którym nie powinniśmy się znaleźć, ale nie - nic z tego. Nie obiecywaliśmy sobie niczego, ale oboje wiedzieliśmy, że nie będziemy się cofać.
- Zlealizujemy to szysenie i kaszde inne, któle szię po dlodze pszypląse. Nawet te najbalsiej haldkolowe albo wlęsz pszeciwnie - szenująso waniliowe, te tesz, szebyś nie dostała zawału od nadmiaru wlaszeń, nudzialo-czalnoksięszyco. - Kiwnąłem głową, a moje usta musnęły czubek jej głowy - powoli, z zamyśleniem, bardziej jak oddech, niż jak pocałunek. Dotknąłem wargami jej włosów - wolno, leniwie, bez żadnego wyraźnego celu poza tym, że… Chciałem. Musiałem się jeszcze trochę bardziej, chociaż lekko, pochylić, co było absurdalne i zupełnie niepraktyczne, ale jakoś nie miałem z tym problemu. Zamrugałem powoli i, cofając podbródek, spojrzałem w dół, na nią, na ten ledwie dostrzegalny cień uśmiechu w kącikach jej ust. Nie powiedziałem od razu, bo wszystko, co mogłem powiedzieć, brzmiałoby jak obietnica, której nie mogłem dotrzymać, ale w mojej ciszy była aprobata - decyzja o postaraniu się, żeby ten tydzień był na swój sposób czymś wyjątkowym.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)