07.05.2025, 07:38 ✶
Sama już nie wiedziała, czego właściwie chciała. Być uratowaną czy może wreszcie oddać się w objęcia czegoś, czego cień od narodzin podążał za nią, kryjąc się na krawędzi zasięgu wzroku? To było głupie stwierdzenie, że śmierć była jej pisana, szczególnie kiedy ta przychodziła do każdego po równi, nie bacząc na to gdzie się urodził, jaką miał krew, ani jak dobrze mu się powodziło. Koniec stawał wreszcie przed każdym, ale McKinnon turpizmem opijała się od dziecka. W brzydocie obumierającego ciała było coś pięknego i naturalnego - wynikało z niego nowe życie, bo przecież jej rodzina nie umierała. A przynajmniej rodzina jej ojca. Ta matki natomiast rozglądała się często z zamglonymi oczami, przenikającymi nie świat rzeczywisty, ale zasłonę oddzielającą go od limbo. Śmierć była Ambrosii siostrą i bratem, była jej matką i ojcem, była dziedzictwem, które od dawna płynęło w jej żyłach i o czym momentami śniła.
Kiedyś zwyczajnie się jej brzydziła i bała, chcąc odciąć jak najlepiej od nieprzyjemnych wizji. Cielesność jej nie przeszkadzała, ale to co kryło się w środku? To, czego nie dało się pochwycić w palce i zrozumieć tak zwyczajnie? Louvain natomiast zawsze wydawał jej się zakorzeniony w tu i teraz. W tym co materialne i pozbawione miejsca na gdybanie nad eterycznymi elementami egzystencji. Był arogancki, agresywny i można było się po nim spodziewać wszystkiego - był życiem. Samym jego jestestwem, które emanowało ciepłem w każdym człowieku.
- Śmiertelnie tego wręcz pragnę - wyszeptała, jakby przyłapanie jej na kłamstwie wcale jej nie ubodło. Dało się jednak w tych słowach wyczuć przewrotność; gdzieś za tą zgodą kryło się zaprzeczenie, a może i zrozumienie że tylko same planety albo karty mogły wiedzieć, czego właściwie w tym temacie się domagała. Kiedyś chciała żyć, kurczowo wczepiając palce we wszystko, co pozwalało jej czuć. Była roześmianą, pełną energii dziewczyną, której życie ułożyło się tak dobrze, że mogła chodzić z głową w chmurach przez cały czas. Mogła nie myśleć o sobie i swojej klątwie, zajmując myśli mężczyzną, którego kochała ponad życie. Ale kiedy ten zniknął, kiedy pierwszy raz krew popłynęła w jakiej rozpaczliwie próbie skonfrontowania się z własną śmiertelnością - nawet jeśli przeżyła, to odebrała sobie pierwszy kawałek. Potem odejmowała kolejne, nie zauważając w pełni tego, co nadbudowywało i uzupełniało powstałe braki. Chciała się niszczyć, ale jednocześnie budowała się na nowe - jej własne castrum doloris.
- A mimo to nieustannie witam cię w moich skromnych progach - parsknęła, nawet nie kryjąc kpiny w swoim głosie. Mogła być marną towarzyszką życia, mógł nią pogardzać i brzydzić się niektórymi jej cechami, ale prawda była taka, że sam nie mógł odpuścić. Ale jego insynuacje nosiły za sobą nieprzyjemne wspomnienia - Ambrosia była kobietą, która sama wydawała wcześniej osądy co do tego, czy powinna stworzyć nowe życie. Patrzyła na swojego ukochanego, na mężczyznę który był dla niej całym światem, i z pełną świadomością była w stanie podjąć decyzję, że ten nie jest gotowy na zostanie ojcem. Czy Alexander wiedział? Nie była pewna. Może za każdym razem mówiły mu to mgliście karty, akurat kiedy ona łykała fiolkę tajemniczego eliksiru, ale nawet teraz, kiedy tak bardzo pragnęła go mieć przy sobie, nie byłaby w stanie złapać go na tę starą jak świat sztuczkę. Co jednak byłoby dla niej największą karą i upokorzeniem, to wydanie na świat dziecka kogoś takiego jak Louvain.
- Do kogo?! - czuła chłód na skórze, kiedy przyciskał ją do szyby, tak by mogła sobie na nowo spojrzeć na to, co działo na zewnątrz. Oparła się dłońmi o witrynę, ale tak jak w pierwszej chwili palce rozcapierzyły się, szukając jak najlepszego podparcia, tak zaraz ściągnęły się w imitację szponów, rysując paznokciami po szkle. - Do ludzi, którzy nawet nie mają twarzy. Do widm i strachów, które przebrały się w śmieszne peleryny, żeby śnić się innym po nocach. Do smutnych chłopców, których tatusiowie nie kochali wystarczająco - warknęła do niego, nagle zła i całkiem pełna życia, zamiast zdjęta apatią. Jego gwałtowność nie była niczym specjalnym, ale dzisiejsza noc faktycznie była pełna strachów. Strachów o bliskich; tak samo rodzinę, jak i przyjaciół. Strachu o przyszłość i o to, co znaczyła Spalona Noc. Czuła, jak złość wspina się po szyi, od miejsca gdzie jeszcze przed chwilą przyległ do niej wargami, akcentując swoją obecność. Jak pełznie ku górze, na boki, aż wreszcie połyka ją całą, gotując do czerwoności.
Kiedyś zwyczajnie się jej brzydziła i bała, chcąc odciąć jak najlepiej od nieprzyjemnych wizji. Cielesność jej nie przeszkadzała, ale to co kryło się w środku? To, czego nie dało się pochwycić w palce i zrozumieć tak zwyczajnie? Louvain natomiast zawsze wydawał jej się zakorzeniony w tu i teraz. W tym co materialne i pozbawione miejsca na gdybanie nad eterycznymi elementami egzystencji. Był arogancki, agresywny i można było się po nim spodziewać wszystkiego - był życiem. Samym jego jestestwem, które emanowało ciepłem w każdym człowieku.
- Śmiertelnie tego wręcz pragnę - wyszeptała, jakby przyłapanie jej na kłamstwie wcale jej nie ubodło. Dało się jednak w tych słowach wyczuć przewrotność; gdzieś za tą zgodą kryło się zaprzeczenie, a może i zrozumienie że tylko same planety albo karty mogły wiedzieć, czego właściwie w tym temacie się domagała. Kiedyś chciała żyć, kurczowo wczepiając palce we wszystko, co pozwalało jej czuć. Była roześmianą, pełną energii dziewczyną, której życie ułożyło się tak dobrze, że mogła chodzić z głową w chmurach przez cały czas. Mogła nie myśleć o sobie i swojej klątwie, zajmując myśli mężczyzną, którego kochała ponad życie. Ale kiedy ten zniknął, kiedy pierwszy raz krew popłynęła w jakiej rozpaczliwie próbie skonfrontowania się z własną śmiertelnością - nawet jeśli przeżyła, to odebrała sobie pierwszy kawałek. Potem odejmowała kolejne, nie zauważając w pełni tego, co nadbudowywało i uzupełniało powstałe braki. Chciała się niszczyć, ale jednocześnie budowała się na nowe - jej własne castrum doloris.
- A mimo to nieustannie witam cię w moich skromnych progach - parsknęła, nawet nie kryjąc kpiny w swoim głosie. Mogła być marną towarzyszką życia, mógł nią pogardzać i brzydzić się niektórymi jej cechami, ale prawda była taka, że sam nie mógł odpuścić. Ale jego insynuacje nosiły za sobą nieprzyjemne wspomnienia - Ambrosia była kobietą, która sama wydawała wcześniej osądy co do tego, czy powinna stworzyć nowe życie. Patrzyła na swojego ukochanego, na mężczyznę który był dla niej całym światem, i z pełną świadomością była w stanie podjąć decyzję, że ten nie jest gotowy na zostanie ojcem. Czy Alexander wiedział? Nie była pewna. Może za każdym razem mówiły mu to mgliście karty, akurat kiedy ona łykała fiolkę tajemniczego eliksiru, ale nawet teraz, kiedy tak bardzo pragnęła go mieć przy sobie, nie byłaby w stanie złapać go na tę starą jak świat sztuczkę. Co jednak byłoby dla niej największą karą i upokorzeniem, to wydanie na świat dziecka kogoś takiego jak Louvain.
- Do kogo?! - czuła chłód na skórze, kiedy przyciskał ją do szyby, tak by mogła sobie na nowo spojrzeć na to, co działo na zewnątrz. Oparła się dłońmi o witrynę, ale tak jak w pierwszej chwili palce rozcapierzyły się, szukając jak najlepszego podparcia, tak zaraz ściągnęły się w imitację szponów, rysując paznokciami po szkle. - Do ludzi, którzy nawet nie mają twarzy. Do widm i strachów, które przebrały się w śmieszne peleryny, żeby śnić się innym po nocach. Do smutnych chłopców, których tatusiowie nie kochali wystarczająco - warknęła do niego, nagle zła i całkiem pełna życia, zamiast zdjęta apatią. Jego gwałtowność nie była niczym specjalnym, ale dzisiejsza noc faktycznie była pełna strachów. Strachów o bliskich; tak samo rodzinę, jak i przyjaciół. Strachu o przyszłość i o to, co znaczyła Spalona Noc. Czuła, jak złość wspina się po szyi, od miejsca gdzie jeszcze przed chwilą przyległ do niej wargami, akcentując swoją obecność. Jak pełznie ku górze, na boki, aż wreszcie połyka ją całą, gotując do czerwoności.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror