07.05.2025, 11:45 ✶
Można by się spodziewać jakiejś wyższej inteligencji po osobie z chorobą Milforda na karku, ale najwyraźniej Prudence była tępa jak but. Wpatrywałem się w nią powątpiewająco, analizując całą zaistniałą sytuację.
Skoro ja nie maczałem w tym palców, w czym jednak powinienem był maczać, bo to był całkiem trafny żart, i skoro ona nie maczała w tym palców, bo przecież była najmądrzejszą istotą w stadzie i nie widziałaby sensu w robieniu głupiego żartu czy walce na środku lasu o gazetę... to znaczyło, że żadne z nas tego nie zrobiło. A prowodyrem musiał być ktoś inny. Ktoś, kto z nami mieszkał. Proste. Pytanie tylko, czy ten jawnie dowcipny–bądź–niedowcipny atak był wymierzony we mnie czy w Prudence Bletchley...? Z pewnością w któreś z nas, bo to my z reguły żarliśmy się o Proroka Codziennego i sudoku w nim zawarte.
– Nie muszę robić z ciebie idiotki, bo sama robisz z siebie idiotkę – odparowałem, wzdychając ciężko. Zastanawiałem się, kto to wymyślił i które z nas miało paść ofiarą, kiedy łaskawie zamierzałem spełnić prośbę Prudence. Nie dlatego że się jej słuchałem. O nie! Była siostrą Eliasa, więc obstawiałem, że mimo wszystko byłoby mu smutno, gdyby zjadły ją wilki… Poza tym nie wypadało zostawiać damy samej w lesie. Choć, tak patrząc na jej obuwie, chyba w końcu przestawała strugać panią z miasta w wielkiej i pustej wsi.
Bez uprzedzenia złapałem ją pod łokieć i chciałem nas teleportować, ale... nic. Mogłem co najwyżej puścić bąka, ale ten nie przeniósłby nas do domu ciotki Ulki. Awrr.
– Teleportacja tu nie działa – zauważyłem głośno, choć przypomniały mi się jej słowa z windy, żebym nadmiernie nie myślał. Niech się... idzie jebać?! Tak!
– Pozostaje nam iść z buta. Nie wiem jak daleko... Gazeta musiała być zaczarowana w świstoklik. Jestem ciekaw, które z nas miało paść ofiarą tego żartu... – pomyślałem sobie dalej na głos, po czym puściłem Prudence, o ile sama nie odskoczyła ze wstrętem.
– Chodźmy w tamtym kierunku – zaproponowałem, wciskając gazetę pod pachę i ruszając przed siebie. Wciąż myślałem o tym, który z nas był taki cwany... Elias?
Skoro ja nie maczałem w tym palców, w czym jednak powinienem był maczać, bo to był całkiem trafny żart, i skoro ona nie maczała w tym palców, bo przecież była najmądrzejszą istotą w stadzie i nie widziałaby sensu w robieniu głupiego żartu czy walce na środku lasu o gazetę... to znaczyło, że żadne z nas tego nie zrobiło. A prowodyrem musiał być ktoś inny. Ktoś, kto z nami mieszkał. Proste. Pytanie tylko, czy ten jawnie dowcipny–bądź–niedowcipny atak był wymierzony we mnie czy w Prudence Bletchley...? Z pewnością w któreś z nas, bo to my z reguły żarliśmy się o Proroka Codziennego i sudoku w nim zawarte.
– Nie muszę robić z ciebie idiotki, bo sama robisz z siebie idiotkę – odparowałem, wzdychając ciężko. Zastanawiałem się, kto to wymyślił i które z nas miało paść ofiarą, kiedy łaskawie zamierzałem spełnić prośbę Prudence. Nie dlatego że się jej słuchałem. O nie! Była siostrą Eliasa, więc obstawiałem, że mimo wszystko byłoby mu smutno, gdyby zjadły ją wilki… Poza tym nie wypadało zostawiać damy samej w lesie. Choć, tak patrząc na jej obuwie, chyba w końcu przestawała strugać panią z miasta w wielkiej i pustej wsi.
Bez uprzedzenia złapałem ją pod łokieć i chciałem nas teleportować, ale... nic. Mogłem co najwyżej puścić bąka, ale ten nie przeniósłby nas do domu ciotki Ulki. Awrr.
– Teleportacja tu nie działa – zauważyłem głośno, choć przypomniały mi się jej słowa z windy, żebym nadmiernie nie myślał. Niech się... idzie jebać?! Tak!
– Pozostaje nam iść z buta. Nie wiem jak daleko... Gazeta musiała być zaczarowana w świstoklik. Jestem ciekaw, które z nas miało paść ofiarą tego żartu... – pomyślałem sobie dalej na głos, po czym puściłem Prudence, o ile sama nie odskoczyła ze wstrętem.
– Chodźmy w tamtym kierunku – zaproponowałem, wciskając gazetę pod pachę i ruszając przed siebie. Wciąż myślałem o tym, który z nas był taki cwany... Elias?