08.05.2025, 11:08 ✶
Głuche uderzenie młota o kowadło powoli cichło w jej głowie. Wróżba, znak, który dała sama sobie na początku tej koszmarnej nocy mówiła o ciężkiej i żmudnej pracy, mówiła o potrzebie porzucenia emocji na rzecz działania. Ogień i chłodna racjonalna stal... Moody dawno nie czuła się tak kompetentna jak dziś, choć w końcu i ją dopadło widmo z płomieni, o których słyszała od przyjaciół mijanych w pośpiechu między jednym gaszeniem a drugim. Widmo trzęsące jej kręgosłupem, wzbudzające strach wykraczający poza odważne serce osadzone w szczupłej piersi, ale czyż nie był to dla niej chleb powszedni? Wizje. Koszmary. Halucynacje. Gdyby dotyczyły tylko jej - odpuściłaby. Ale tak nie było.
Na to spontaniczne zebranie przyczłapała chwilę wcześniej, wspierając poranionego Thomasa, którego opatrunki przysłaniały mu twarz i możliwość widzenia, choć i jego ogólny stan uniemożliwiał swobodne przemieszczanie się. Poprosiła o pomoc w tym Olivię, która w przeciwieństwie do Basiliusa miała już pełną rekrutację za sobą. Millie z tego wszystkiego popieprzyły się te wszystkie rzadko dla nich ważne hierarchie i poziomy zabezpieczeń sekretów Zakonu. Kojarzyła, że Quirke była "klepnięta", a Prewett jeszcze nie. Dlatego lekarz został gdzie indziej, a ich trójka - Miles, Olivia i Thomas - wkroczyła zawczasu do sali i zajęła miejsce tak, aby mężczyzna mógł siedzieć i nie tracić sił na stanie. Moody przysiadła obok niego.
– No jasne, że nie był normalny. Te chmury nie były, ten pył nie był – odpowiedziała nieco zaczepnie, ale tak na prawdę była po prostu bardzo zmęczona. – Kiedy to się zaczynało byłam w niemagicznym i żołędzie przeciwko orzechom, że te pieprzone czarne chmury miały swoje cele do zniszczenia na pewno. Bardzo konkretne cele. W końcu nasz dom poszedł z dym, że nie pozostał kamień na kamieniu, a reszta to rozprzestrzeniony ogień, który już wcześniej zaistniał. – wzdrygnęła się na samo wspomnienie i myśl o tym, że jeszcze chwilę wcześniej była w środku, jeszcze chwilę wcześniej zabierała swoje rzeczy, nie myśląc że będzie to ostatni raz gdy wchodzi do tego mieszkania. – Jest też sprawa... sprawa widm z dymu, które... ciężko mi to opisać, ale no wzbudzają strach. Taki strach co zostaje. To co wyłazi z dymu z ognia, wygląda jak te kurwy z Kniei. Ja... widziałam jednego całkiem z bliska w swojej ee... no... wizji i to jest ta sama morda. Nie jestem ekspertem, nie wiem co o tym myślicie, ale pomijając sprawy międzywymiarowej dziury, musimy wrócić do lasu i w końcu ogarnąć te potwory. To tak jakby V... V... jakby ten kutas miał prywatne dementory na smyczy– wzdrygnęła się znów, a potem po krótce opowiedziała co zrobiła tej nocy. O początkach pożaru w niemagicznym Londynie i drugim azylu na Horyzontalnej, o zgaszonych domach, ludziach którym udało się pomóc i tym, do których dotarli za późno. Powiedziała też, że ogień nie omijał domostw czystokrwistych czarodziei, choć możliwe że to było konsekwencją płomieni, a nie celem śmierciożerców.
– No i... No i Basilius tu jest. Myślę, że po dzisiaj... Myślę, że możemy spokojnie uważać go za swojego – dodała dużo ciszej, obracając się w stronę opatrzonego Thomasa, który był bezpośrednim beneficjentem obecności zaprzyjaźnionego z nimi lekarza.
!Strach przed imieniem
Na to spontaniczne zebranie przyczłapała chwilę wcześniej, wspierając poranionego Thomasa, którego opatrunki przysłaniały mu twarz i możliwość widzenia, choć i jego ogólny stan uniemożliwiał swobodne przemieszczanie się. Poprosiła o pomoc w tym Olivię, która w przeciwieństwie do Basiliusa miała już pełną rekrutację za sobą. Millie z tego wszystkiego popieprzyły się te wszystkie rzadko dla nich ważne hierarchie i poziomy zabezpieczeń sekretów Zakonu. Kojarzyła, że Quirke była "klepnięta", a Prewett jeszcze nie. Dlatego lekarz został gdzie indziej, a ich trójka - Miles, Olivia i Thomas - wkroczyła zawczasu do sali i zajęła miejsce tak, aby mężczyzna mógł siedzieć i nie tracić sił na stanie. Moody przysiadła obok niego.
– No jasne, że nie był normalny. Te chmury nie były, ten pył nie był – odpowiedziała nieco zaczepnie, ale tak na prawdę była po prostu bardzo zmęczona. – Kiedy to się zaczynało byłam w niemagicznym i żołędzie przeciwko orzechom, że te pieprzone czarne chmury miały swoje cele do zniszczenia na pewno. Bardzo konkretne cele. W końcu nasz dom poszedł z dym, że nie pozostał kamień na kamieniu, a reszta to rozprzestrzeniony ogień, który już wcześniej zaistniał. – wzdrygnęła się na samo wspomnienie i myśl o tym, że jeszcze chwilę wcześniej była w środku, jeszcze chwilę wcześniej zabierała swoje rzeczy, nie myśląc że będzie to ostatni raz gdy wchodzi do tego mieszkania. – Jest też sprawa... sprawa widm z dymu, które... ciężko mi to opisać, ale no wzbudzają strach. Taki strach co zostaje. To co wyłazi z dymu z ognia, wygląda jak te kurwy z Kniei. Ja... widziałam jednego całkiem z bliska w swojej ee... no... wizji i to jest ta sama morda. Nie jestem ekspertem, nie wiem co o tym myślicie, ale pomijając sprawy międzywymiarowej dziury, musimy wrócić do lasu i w końcu ogarnąć te potwory. To tak jakby V... V... jakby ten kutas miał prywatne dementory na smyczy– wzdrygnęła się znów, a potem po krótce opowiedziała co zrobiła tej nocy. O początkach pożaru w niemagicznym Londynie i drugim azylu na Horyzontalnej, o zgaszonych domach, ludziach którym udało się pomóc i tym, do których dotarli za późno. Powiedziała też, że ogień nie omijał domostw czystokrwistych czarodziei, choć możliwe że to było konsekwencją płomieni, a nie celem śmierciożerców.
– No i... No i Basilius tu jest. Myślę, że po dzisiaj... Myślę, że możemy spokojnie uważać go za swojego – dodała dużo ciszej, obracając się w stronę opatrzonego Thomasa, który był bezpośrednim beneficjentem obecności zaprzyjaźnionego z nimi lekarza.
!Strach przed imieniem