08.05.2025, 14:16 ✶
Cedrik, młody brygadzista który dopiero w tym roku rozpoczął swoją służbę, przeżywał właśnie swój najgorszy dzień w pracy.
Od samego początku wysłano ich w teren i mimo początkowego zwarcia i sprawnie podejmowanych działań oddziału, z każdą chwilą wszystko sypało się coraz bardziej, aż nieoczekiwanie dla niego samego został sam, stojąc na środku Pokątnej. Nie pamiętał jak się tutaj znalazł, gdzie był i co robił wcześniej. Wszędzie był ogień. Gdzieś zgubił swój oddział próbujący robić cokolwiek, zapanować nad sytuacją nad którą nie dało się zapanować. Było to jak noszenie wody dziurawym wiadrem. Dookoła szalało prawdziwe piekło, ludzie krzyczeli, biegali, próbowali ratować swój dobrobytek, próbowali uciekać, ale nie było ucieczki. Nie było nadziei. Nie było niczego poza duszącym dymem i swędem palonej skóry.
Jego mundur był szary, tak jak każdego brygadzisty, pokryty sadzą. Prowizoryczny opatrunek na oparzonych dłoniach przesiąkał tym dziwnym płynem z pękających bąbli, ale to nie ból wbił go tępo w miejsce. Był otumaniony, był przerażony, o tym nie rozmawiali na szkoleniu. Zapatrzył się na sklep z zabawkami w którym płonęła teraz cała ekspozycja i poczuł dojmujące przeświadczenie, że jest taką właśnie zabawką w rękach Śmierciożerców.
Mugolak.
Jego dni i dni jego podobnych były policzone.
Dni? Może godziny dzieliły go od śmierci.
Przysięgał pomagać, ale sam sobie nie potrafił pomóc.
- Czy wszystko w porządku? - usłyszał kobiecy głos i coś w nim pękło. Nic nie było w porządku, a on już był trupem. Nie pisał się na coś takiego. Z gardła dobył się rozpaczliwy szloch, gdy bezmyślnie nie wiedząc nawet z kim rozmawia odwrócił się do drobnej blondynki i pochylił się łkając jej w bark, nie zwracając uwagi na fakt, że brudzi ją w ten sposób własnym brudem. Ręce zwisały bezładnie wzdłuż ciała.
– Wszyscy... umrzemy... to koniec. Londyn... spłonął... nie ma... nadziei... to... koniec – wyrzucał z siebie słowa między gwałtownym zaciąganiem powietrza, poddając się histerii.
Od samego początku wysłano ich w teren i mimo początkowego zwarcia i sprawnie podejmowanych działań oddziału, z każdą chwilą wszystko sypało się coraz bardziej, aż nieoczekiwanie dla niego samego został sam, stojąc na środku Pokątnej. Nie pamiętał jak się tutaj znalazł, gdzie był i co robił wcześniej. Wszędzie był ogień. Gdzieś zgubił swój oddział próbujący robić cokolwiek, zapanować nad sytuacją nad którą nie dało się zapanować. Było to jak noszenie wody dziurawym wiadrem. Dookoła szalało prawdziwe piekło, ludzie krzyczeli, biegali, próbowali ratować swój dobrobytek, próbowali uciekać, ale nie było ucieczki. Nie było nadziei. Nie było niczego poza duszącym dymem i swędem palonej skóry.
Jego mundur był szary, tak jak każdego brygadzisty, pokryty sadzą. Prowizoryczny opatrunek na oparzonych dłoniach przesiąkał tym dziwnym płynem z pękających bąbli, ale to nie ból wbił go tępo w miejsce. Był otumaniony, był przerażony, o tym nie rozmawiali na szkoleniu. Zapatrzył się na sklep z zabawkami w którym płonęła teraz cała ekspozycja i poczuł dojmujące przeświadczenie, że jest taką właśnie zabawką w rękach Śmierciożerców.
Mugolak.
Jego dni i dni jego podobnych były policzone.
Dni? Może godziny dzieliły go od śmierci.
Przysięgał pomagać, ale sam sobie nie potrafił pomóc.
- Czy wszystko w porządku? - usłyszał kobiecy głos i coś w nim pękło. Nic nie było w porządku, a on już był trupem. Nie pisał się na coś takiego. Z gardła dobył się rozpaczliwy szloch, gdy bezmyślnie nie wiedząc nawet z kim rozmawia odwrócił się do drobnej blondynki i pochylił się łkając jej w bark, nie zwracając uwagi na fakt, że brudzi ją w ten sposób własnym brudem. Ręce zwisały bezładnie wzdłuż ciała.
– Wszyscy... umrzemy... to koniec. Londyn... spłonął... nie ma... nadziei... to... koniec – wyrzucał z siebie słowa między gwałtownym zaciąganiem powietrza, poddając się histerii.