08.05.2025, 15:14 ✶
Środek nocy był równie jasny co zmierzch, może nawet nie ciemniejszy niż pochmurny dzień. Nie dzięki księżycowi subtelnie rozświetlającemu ulice, ale przez pożary, które pochłaniały Londyn. W przeciągu zaledwie kilku godzin miasto ogarnął zupełny chaos. Nic nie było już takie jak wcześniej.
Ambroise zatrzymywał się już kilkukrotnie. W większości przypadków bezskutecznie usiłując opanować sytuację. Pomógł starcowi z raną na głowie, z której sączyła się, zanim ten przysiadł na murku i już się nie podniósł. Zaklęcie zamykające tkanki zadziałało, ale serce nie wytrzymało. Potem była dziewczyna z poparzeniami. Zbyt młoda, by wiedzieć, że nie wolno dotykać metalu, kiedy wszystko wokół płonie. Spróbował zająć się najgorszymi ranami, ale w pewnym momencie dookoła nich wybuchło zamieszanie i porwał ją tłum. Wszystko działo się zbyt szybko, żeby mógł ją ponownie odnaleźć.
Jeszcze później był chłopak z wybitym barkiem, który uparcie twierdził, że musi wrócić do środka, bo tam jest jego kot. I wrócił. Nie było szans na powstrzymanie tego, co nim kierowało, na wybicie mu z głowy pomysłu powrotu do kamienicy. Zresztą, Ambroise nawet nie próbował tego robić. Poniekąd rozumiał tok myślenia tamtego dzieciaka. A przynajmniej próbował rozumieć. On też spróbowałby ratować Lilię, mimo że kilka miesięcy temu sam nie podejrzewałby się o to, że przywiąże się do jakiegoś zwierzaka.
Droga do Munga była długa. Dłuższa niż zazwyczaj. Za każdym razem, kiedy myślał, że uda mu się przejść choć kilkaset metrów bez zatrzymywania się, ktoś upadał tuż przed nim. Ktoś krzyczał, zwracając na siebie uwagę, ktoś błagał. Ktoś próbował złapać go za rękę... ...nagle, znikąd... ...jakimś cudem rozpoznając w nim pomoc medyczną. Może przez torbę, może przez coś innego.
Nie miał zielonego pojęcia, bo nie wydawało mu się, żeby w tym wydaniu wyglądał na uzdrowiciela. Miał chustę na twarzy, był cały w sadzy i w pyle. Blond włosy wyglądały już na zupełnie siwe, szpakowate i pozlepiane od potu. Rozczochrane. Drażniły go bardziej niż kiedykolwiek, nawet jeśli starał się nie zwracać na to uwagi.
Torba. Prawdopodobnie to była kwestia torby. Może nie była typowa dla Munga, jednak dostatecznie jednoznacznie wskazywała na jego profesję. Targał w niej wszystko, co się da. A to i tak nie wystarczało w obliczu wszechobecnego ognia i zniszczenia. Rannych, umierających, żywych i umarłych. Po drodze widział przynajmniej kilka stratowanych ciał. Za każdym razem czuł jak coś ściska mu się w środku.
Mimo wszystko, będąc już teraz zupełnie sam, nie był dłużej w stanie przechodzić obojętnie wokół tego, co się działo. Nie musząc priorytetyzować najbliższych, którzy najpewniej byli już poza Londynem w drodze do Exmoor, przestawił się na zupełnie inny tryb.
W tym momencie był uzdrowicielem. Jasne, planując jak najszybciej dotrzeć do szpitala, ale tym razem zatrzymując się tam, gdzie to było konieczne. Zatrzymywał się tylko tam, gdzie nie można było przejść obojętnie. Obok ojca z dzieckiem, które miało jeszcze szanse przeżycia, ale nie przy staruszku, którego nogi już odmówiły posłuszeństwa.
Triaż. Ocena potrzeb medycznych, priorytetyzowanie przypadków, nie pójście za głosem serca. Suche fakty. Szybka ocena. Może brutalna, jednak całkowicie konieczna, by kiedykolwiek dotarł do Munga. Pomagał tam, gdzie uznał to za zasadne. Reszcie mówił: nie teraz. Nie mogę. Idźcie. Uciekajcie.
Parokrotnie nawet kazał komuś spierdalać, choć zrobił to tylko wtedy, gdy usiłowano go czymś przekupić, przekonać go do zostawienia czegoś na rzecz zajęcia się kimś, kto wcale nie potrzebował pomocy. Panna ze skręconą kostką obok silnego kawalera zdecydowanie nie była priorytetem. Nawet jeśli miała drogą biżuterię, którą chciała mu wcisnąć za zmianę frontu i prywatną opiekę.
Wbrew pozorom, miał w sobie jeszcze trochę sumienia. Nie był aż tak interesowny. Nie w obliczu wszechobecnego ognia. Nie wtedy, kiedy przyjęcie tej oferty oznaczałoby, że złamałby wszystkie pozostałe mu reguły postępowania. Nie byłby już uzdrowicielem. Byłby kanalią. A kanalią był tylko wtedy, kiedy rzeczywiście tego chciał.
Przystanął na moment, szukając drogi przez tłum i wtedy ją zauważył. Ruda dziewczynka. Mała, niska. Od tyłu wyglądała na dziecko, ale miała na sobie brudny mundur Brygady Uderzeniowej. I właśnie interweniowała. No, powiedzmy. Pokonał kilka kroków, patrząc na nią przez chwilę. Pokręcił głową. Nie, nie dlatego, że jej wysiłek był głupi. Dlatego, że był tragiczny, zupełnie bezcelowy w jego oczach.
Zsunął chustę niżej, westchnął, przetarł twarz, w efekcie zostawiając na niej jeszcze więcej sadzy, po czym znów osłonił usta i ruszył dalej. Przepchnął się między dwoma uciekającymi mężczyznami. Torba uderzyła o jego bok. Poczuł jak jej ciężar obija mu się o żebra. Zaklął, ale kontynuował przepychanie się przez tłum. On nie zamierzał ratować dnia bezcelowymi próbami gaszenia ognia.
Korzystam z Leczenie (III) w celu pomocy rannym i oceny sytuacji.
Oraz AF (III) przepychanie się przez tłum.
Ambroise zatrzymywał się już kilkukrotnie. W większości przypadków bezskutecznie usiłując opanować sytuację. Pomógł starcowi z raną na głowie, z której sączyła się, zanim ten przysiadł na murku i już się nie podniósł. Zaklęcie zamykające tkanki zadziałało, ale serce nie wytrzymało. Potem była dziewczyna z poparzeniami. Zbyt młoda, by wiedzieć, że nie wolno dotykać metalu, kiedy wszystko wokół płonie. Spróbował zająć się najgorszymi ranami, ale w pewnym momencie dookoła nich wybuchło zamieszanie i porwał ją tłum. Wszystko działo się zbyt szybko, żeby mógł ją ponownie odnaleźć.
Jeszcze później był chłopak z wybitym barkiem, który uparcie twierdził, że musi wrócić do środka, bo tam jest jego kot. I wrócił. Nie było szans na powstrzymanie tego, co nim kierowało, na wybicie mu z głowy pomysłu powrotu do kamienicy. Zresztą, Ambroise nawet nie próbował tego robić. Poniekąd rozumiał tok myślenia tamtego dzieciaka. A przynajmniej próbował rozumieć. On też spróbowałby ratować Lilię, mimo że kilka miesięcy temu sam nie podejrzewałby się o to, że przywiąże się do jakiegoś zwierzaka.
Droga do Munga była długa. Dłuższa niż zazwyczaj. Za każdym razem, kiedy myślał, że uda mu się przejść choć kilkaset metrów bez zatrzymywania się, ktoś upadał tuż przed nim. Ktoś krzyczał, zwracając na siebie uwagę, ktoś błagał. Ktoś próbował złapać go za rękę... ...nagle, znikąd... ...jakimś cudem rozpoznając w nim pomoc medyczną. Może przez torbę, może przez coś innego.
Nie miał zielonego pojęcia, bo nie wydawało mu się, żeby w tym wydaniu wyglądał na uzdrowiciela. Miał chustę na twarzy, był cały w sadzy i w pyle. Blond włosy wyglądały już na zupełnie siwe, szpakowate i pozlepiane od potu. Rozczochrane. Drażniły go bardziej niż kiedykolwiek, nawet jeśli starał się nie zwracać na to uwagi.
Torba. Prawdopodobnie to była kwestia torby. Może nie była typowa dla Munga, jednak dostatecznie jednoznacznie wskazywała na jego profesję. Targał w niej wszystko, co się da. A to i tak nie wystarczało w obliczu wszechobecnego ognia i zniszczenia. Rannych, umierających, żywych i umarłych. Po drodze widział przynajmniej kilka stratowanych ciał. Za każdym razem czuł jak coś ściska mu się w środku.
Mimo wszystko, będąc już teraz zupełnie sam, nie był dłużej w stanie przechodzić obojętnie wokół tego, co się działo. Nie musząc priorytetyzować najbliższych, którzy najpewniej byli już poza Londynem w drodze do Exmoor, przestawił się na zupełnie inny tryb.
W tym momencie był uzdrowicielem. Jasne, planując jak najszybciej dotrzeć do szpitala, ale tym razem zatrzymując się tam, gdzie to było konieczne. Zatrzymywał się tylko tam, gdzie nie można było przejść obojętnie. Obok ojca z dzieckiem, które miało jeszcze szanse przeżycia, ale nie przy staruszku, którego nogi już odmówiły posłuszeństwa.
Triaż. Ocena potrzeb medycznych, priorytetyzowanie przypadków, nie pójście za głosem serca. Suche fakty. Szybka ocena. Może brutalna, jednak całkowicie konieczna, by kiedykolwiek dotarł do Munga. Pomagał tam, gdzie uznał to za zasadne. Reszcie mówił: nie teraz. Nie mogę. Idźcie. Uciekajcie.
Parokrotnie nawet kazał komuś spierdalać, choć zrobił to tylko wtedy, gdy usiłowano go czymś przekupić, przekonać go do zostawienia czegoś na rzecz zajęcia się kimś, kto wcale nie potrzebował pomocy. Panna ze skręconą kostką obok silnego kawalera zdecydowanie nie była priorytetem. Nawet jeśli miała drogą biżuterię, którą chciała mu wcisnąć za zmianę frontu i prywatną opiekę.
Wbrew pozorom, miał w sobie jeszcze trochę sumienia. Nie był aż tak interesowny. Nie w obliczu wszechobecnego ognia. Nie wtedy, kiedy przyjęcie tej oferty oznaczałoby, że złamałby wszystkie pozostałe mu reguły postępowania. Nie byłby już uzdrowicielem. Byłby kanalią. A kanalią był tylko wtedy, kiedy rzeczywiście tego chciał.
Przystanął na moment, szukając drogi przez tłum i wtedy ją zauważył. Ruda dziewczynka. Mała, niska. Od tyłu wyglądała na dziecko, ale miała na sobie brudny mundur Brygady Uderzeniowej. I właśnie interweniowała. No, powiedzmy. Pokonał kilka kroków, patrząc na nią przez chwilę. Pokręcił głową. Nie, nie dlatego, że jej wysiłek był głupi. Dlatego, że był tragiczny, zupełnie bezcelowy w jego oczach.
Zsunął chustę niżej, westchnął, przetarł twarz, w efekcie zostawiając na niej jeszcze więcej sadzy, po czym znów osłonił usta i ruszył dalej. Przepchnął się między dwoma uciekającymi mężczyznami. Torba uderzyła o jego bok. Poczuł jak jej ciężar obija mu się o żebra. Zaklął, ale kontynuował przepychanie się przez tłum. On nie zamierzał ratować dnia bezcelowymi próbami gaszenia ognia.
Korzystam z Leczenie (III) w celu pomocy rannym i oceny sytuacji.
Oraz AF (III) przepychanie się przez tłum.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down