10.05.2025, 17:35 ✶
Był wrzesień. Miesiąc zimna, spadających liści, dżdżu i wiatru. Właśnie wtedy świat wybuchł. Iskry sięgnęły gwiazd, wyprzedzając w drodze do nieba tysiące niewinnych dusz. Londyn dusił się we własnym wnętrzu.
To nie był sabotaż. To nie było mugolskie wojsko. To było dzieło pojedynczego szaleńca, który zmienił niemalże całą Anglię w ruiny, ogień i proch. I poplecznicy Czarnego Pana. Tak zwani hijos de puta. Już dwa lata temu zdał sobie sprawę, że piekło nie zaczynało się od czarów, a od milczenia, więc siłą rzeczy starał się przekonywać samego siebie, że to jeszcze nie był moment, że to kogoś innego sprawa. W tym momencie natomiast dłonie aurora były oblepione kurzem, ubranie przesiąknięte smrodem spalenizny, kiedy stał po kolana w zgliszczach decyzji, której nie podjął na czas.
Sukcesywnie przedzierał się przez wąskie ulice w pobliżu Fontanny Szczęścia, gdzie niebo zamiast księżyca oferowało popiół, a ludzie wyglądali jak cienie z obrazów wojennych. Ogniska walki wybuchały nieregularnie, testując jego czujność. Każdy krok był aktem buntu wobec chęci rezygnacji, bo szukał twarzy, której nie potrafił przestać widzieć pod powiekami. Z każdym kolejnym krokiem, każda sylwetka w dymie, każdy kaszel w tle, każde zaszklone oczy mogły należeć do niej. Poza tym trzymał ten kawałek drewna w swojej bezużytecznej dłoni, która powinna zostać użyta w walce. Służyła jednak odnajdywaniu, podnoszeniu, zabezpieczaniu, nieudolnemu tamowania krwi i nawet jeśli nie była to jego, za każdym razem, gdy komuś ratował życie, miał nadzieję, że był to jakiś punkt do przodu. Nadzieja na odnalezienie Hestii była jednak coraz bardziej chwiejna.
Przez szarugę popiołu dostrzegł go dopiero, gdy farba spływała po jego twarzy i ramionach. Anthony Shafiq nie wyglądał już na Anthony'ego Shafiqa. Nie wyglądał nawet na człowieka, a bardziej na cel. Oblepiony czerwoną farbą i próbujący cokolwiek powiedzieć, ale słowa znikały wśród bluzgów i pchnięć.
— Spokój! Wystarczy! — warknął. — Ratujecie ludzi? To wypierdalać i znajdźcie kogoś, kto tego potrzebuje. Tego już macie — to nie był czas na kalkulacje wizerunkowe ani moralne rozterki, więc Julek nawet myślał, jak odebrał to tłum, bo zamiast podsycać gniew, warknął rozkazem i ruszył osłonić tego, którego wielu chciało tego dnia widzieć upokorzonego. Nie kiedy jego dziecko mogło być gdzieś w tym dymie. Nie kiedy jedyny człowiek, który mógł znać odpowiedzi, tonął w tłumie.
Af III, czy dam radę schwytać jednego z rozjuszonych ludzi za ramię i odciągnąć na bok
i korzystam z przewagi Odwaga DXD
To nie był sabotaż. To nie było mugolskie wojsko. To było dzieło pojedynczego szaleńca, który zmienił niemalże całą Anglię w ruiny, ogień i proch. I poplecznicy Czarnego Pana. Tak zwani hijos de puta. Już dwa lata temu zdał sobie sprawę, że piekło nie zaczynało się od czarów, a od milczenia, więc siłą rzeczy starał się przekonywać samego siebie, że to jeszcze nie był moment, że to kogoś innego sprawa. W tym momencie natomiast dłonie aurora były oblepione kurzem, ubranie przesiąknięte smrodem spalenizny, kiedy stał po kolana w zgliszczach decyzji, której nie podjął na czas.
Sukcesywnie przedzierał się przez wąskie ulice w pobliżu Fontanny Szczęścia, gdzie niebo zamiast księżyca oferowało popiół, a ludzie wyglądali jak cienie z obrazów wojennych. Ogniska walki wybuchały nieregularnie, testując jego czujność. Każdy krok był aktem buntu wobec chęci rezygnacji, bo szukał twarzy, której nie potrafił przestać widzieć pod powiekami. Z każdym kolejnym krokiem, każda sylwetka w dymie, każdy kaszel w tle, każde zaszklone oczy mogły należeć do niej. Poza tym trzymał ten kawałek drewna w swojej bezużytecznej dłoni, która powinna zostać użyta w walce. Służyła jednak odnajdywaniu, podnoszeniu, zabezpieczaniu, nieudolnemu tamowania krwi i nawet jeśli nie była to jego, za każdym razem, gdy komuś ratował życie, miał nadzieję, że był to jakiś punkt do przodu. Nadzieja na odnalezienie Hestii była jednak coraz bardziej chwiejna.
Przez szarugę popiołu dostrzegł go dopiero, gdy farba spływała po jego twarzy i ramionach. Anthony Shafiq nie wyglądał już na Anthony'ego Shafiqa. Nie wyglądał nawet na człowieka, a bardziej na cel. Oblepiony czerwoną farbą i próbujący cokolwiek powiedzieć, ale słowa znikały wśród bluzgów i pchnięć.
— Spokój! Wystarczy! — warknął. — Ratujecie ludzi? To wypierdalać i znajdźcie kogoś, kto tego potrzebuje. Tego już macie — to nie był czas na kalkulacje wizerunkowe ani moralne rozterki, więc Julek nawet myślał, jak odebrał to tłum, bo zamiast podsycać gniew, warknął rozkazem i ruszył osłonić tego, którego wielu chciało tego dnia widzieć upokorzonego. Nie kiedy jego dziecko mogło być gdzieś w tym dymie. Nie kiedy jedyny człowiek, który mógł znać odpowiedzi, tonął w tłumie.
Af III, czy dam radę schwytać jednego z rozjuszonych ludzi za ramię i odciągnąć na bok
Rzut Z 1d100 - 19
Akcja nieudana
Akcja nieudana
i korzystam z przewagi Odwaga DXD