• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue

[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
08.05.2025, 23:21  ✶  
Byłem pewien, iż Prudence nie liczyła na to, że moje ramiona będą czymś, czego będzie szukać, ja sam też nie miałem pojęcia - nie podejrzewałem nas o takie zachowania, nie wspólnie, wobec siebie. Czułem jej ciepło, nawet mimo zimnego wiatru, który porywał suche źdźbła wrzosów. Niewielki gest, taki jak ten, w którym po prostu trzymałem ją blisko siebie, wydawał się dziwnie naturalny - to był jakiś rodzaj sympatii, której nie czułem przez długi czas, ukryty tak głęboko, że nie przypuszczałem, iż w ogóle go mam. Chociaż to była dawno zapomniana gama zachowań, teraz obudziła się w sposób, który nie miał żadnego sensu. Sprawiła, że przez moment zastanawiałem się, jak długo potrwa to poczucie. Jak długo będziemy w stanie trwać w tej chwili, kiedy nic nie musimy, nic nie chcemy, niczego nie oczekujemy. Zawsze byłem tym, który bardziej przywiązywał wagę do czynów niż słów, i w tej chwili to było właśnie o to chodziło - o coś, co nie potrzebowało słów, co było bardziej odzwierciedlone w dotyku, przestrzeni, byciu obok - wspólnym czasie, bez zobowiązań. Obejmowałem ją, ona oparła się o mnie - staliśmy tak bez słowa, ten gest stawał się czymś więcej niż tylko fizyczną bliskością. Nie miałem pojęcia, dlaczego to robię. Może po prostu to była jakaś reakcja na jej bliskość, albo dlatego, że coś w niej przypominało mi dawno zapomnianą sympatię. Wbrew wszelkim regułom, wszystkim logicznym kalkulacjom, zaczynałem rozumieć, że nie wiem, co się dzieje, ale nie chcę, żeby to minęło.
Niezależnie od tego, co powinniśmy robić, jak powinniśmy postępować, i tak nie mogliśmy ignorować tego uczucia. Gdzieś w tej chwili zaczynało się coś, czego nie dało się zmierzyć ani przewidzieć. Nie musiałem patrzeć jej w oczy, by czuć, że jest w tym coś więcej, coś niewypowiedzianego, coś, co oboje wyczuwaliśmy, chociaż nie pozwoliliśmy sobie na pełne uznanie tego w słowach, jednak te niewielkie, ukryte gesty czułości… Tak, coś w tym było. Może to było tylko ciepło jej obecności, może tylko moje ręce, które powoli przesuwały się po jej plecach, ale to wyciągnęło ze mnie coś dawno zarośniętego kurzem, coś, co od dawna nie miało okazji wyjść na powierzchnię.

~~~

Milczałem przez chwilę, jakby coś we mnie próbowało się zresetować - potrzebowałem na nowo ułożyć sobie w głowie wszystko to, co właśnie powiedziała, i wszystko to, co ja powiedziałem jej. Obróciłem do niej głowę tylko odrobinę - nie na tyle, by wyglądać, jakbym próbował ją prześwietlić, ale wystarczająco, by móc kątem oka obserwować jej profil. Była skupiona, w sposób dość niepokojący, jak ktoś, kto właśnie odczytał z wnętrzności kota coś więcej, niż chciał wiedzieć, i nie do końca wiedział, jak powinien to interpretować, a prawda była prosta. Taka, że mogła mówić, co chciała, ale na pewno nie pojawiała się tylko z potrzeby pojawiania się, bez nakładu emocjonalnego, bez tego, że tego chciała i czuła, iż może pozwolić sobie być częścią towarzystwa - nie zostanie odrzucona, już nie. To było coś wielkiego, ale tego już nie powiedziałem, a rozmowa zeszła na inne tematy - nie mniej osobiste.
Patrzyłem na nią przez chwilę, jakby z wciąż niepełnym zrozumieniem tego, co się dzieje i dlaczego rozmawialiśmy tak lekko i swobodnie o tematach, na które kiedyś nigdy w życiu byśmy sobie nic nie powiedzieli. Oczywiście, że rozumiałem, co mówiła, ale to była taka prawda, która nie była łatwa do przyjęcia. Może dlatego, że to nie było aż tak proste, jak sądziła, jasne w pewnym momencie weszłyby w grę koneksje, ale w moim życiu zawsze stawano przede mną oczekiwania, bym coś osiągnął, zdobył, rozwiązał - chuj wie, ale dla mnie te wszystkie rzeczy były czymś, co musiałem zdobywać sam. Nikt nigdy nie obiecywał, że je dostanę bez walki. Zawsze na to, co dostawałem, musiałem zasłużyć - tak, nawet na te wszystkie galeony i materialne dobra, którymi później bajerowałem ludzi w szkole, jakby to było coś, co przyszło mi bez odrobiny starania - one też miały swoją cenę, tylko nieoczywistą, była ukryta. Przyglądałem się jej uważnie, nie tylko z powodu tej bliskości, ale z powodu jej słów, których nie spodziewałem się usłyszeć. Nie potrafiłem odpowiedzieć od razu. Co powiedzieć, kiedy sama ta chwila była czymś nieoczekiwanym? Wzruszyłem ramionami, nic nie odpowiedziałem - to nie był festiwal żalenia się na te wszystkie oczekiwania, które już nie były aktualne. Takie milczenie było zawsze głośniejsze od słów - jak te wszystkie zaklęcia niewerbalne, które waliły prosto między żebra, zanim zdążyło się zorientować, skąd przyleciały, ale nie próbowałem tego zmieniać. Odłożyłem to na później, na nigdy - tak właściwie. Odrzuciłem te niepotrzebne myśli. Dzień nie był końcem, nie był początkiem. Był po prostu… Dniem. Nie powiedziałem nic. Zamiast tego, podniosłem lekko brwi, zastanawiając się, jak to wyglądało w jej głowie i czy naprawdę nadal wydawało jej się, że dobrze mnie zna - skoro już doszliśmy do wniosku, że oboje od początku nie byliśmy wcale tacy prości, jakby to mogło się wydawać. Oboje mieliśmy swoje doświadczenia, które nas kształtowały, swoje ograniczenia i tak dalej. Od czasów szkolnych, kiedy obrzucaliśmy się uszczypliwościami przy kociołkach i próbowałem udawać, że jej złośliwa precyzja mnie nie rusza, ale ruszała, i powinno mnie to wkurzać do dziś, ale tak się nie działo...
- Nie jesztem człowiekiem, któly ma wybujałe wymagania, powinnaś to jusz wiesieś. - Pokręciłem głową, jakbym sam sobie nie dowierzał - taka prawda. Wymagania zazwyczaj oznaczają oczekiwania, a oczekiwania kończą się rozczarowaniami - tak było nawet w tym momencie. Powrót do Wielkiej Brytanii był błędem, to była zła decyzja - jedna z tych, które sprawiły, że od kilku nocy zżerały myśli o byciu kulą u nogi, nieproszonym pasażerem, kimś, kto z czasem i tak zacznie przeszkadzać... „Ale nie dla niej” - powtórzyłem to w myślach kilka razy, jakby próbując się oswoić z tą niepokojącą, zupełnie niepasującą do mojego samopoczucia wersją rzeczywistości. „Nie dla niej” - nie uważała mnie za kogoś, kto miał ją rozczarować, wolała to podkreślić. Nie pozwalała mi tego zignorować, a przecież nie byłem pewien, czy zasługiwałem na ten luksus bycia kimś więcej, niż przypadkiem mającym się zmienić w problem. Słowa padły spokojnie, bez emfazy, jakby mówiła o czymś oczywistym, a ja miałem ochotę ją zapytać: Dlaczego? Dlaczego jesteś tego tak pewna? Przecież nie wiedziała wszystkiego - nawet nie wiedziała połowy, ale może właśnie dlatego mogła to powiedzieć - bo nie miała pełnego obrazu, nie znała jeszcze tych pęknięć i brudnych śladów, które zostawiły we mnie decyzje, o których nie mówiłem nikomu. Albo, co bardziej prawdopodobne… Pod skórą wiedziała, domyślała się, miała swoje przeczucia i wnioski, tylko nie uznała ich za wystarczający powód, żeby się ode mnie odsunąć... Więc ja też nie zamierzałem odsuwać się od niej, nieważne, co miała mi powiedzieć na swój temat - mieliśmy jasną sytuację, nic sobie nie obiecywaliśmy, ponad to, że nie możemy się przyjaźnić i ponad to, chociaż niewypowiedziane słowami, że prędzej czy później skończymy bez spodni i całej reszty, zatracając się w tym, co nagle zaistniało między nami. Nie zamierzałem tego cenzurować.
- Ty to naplawdę nie mas zdlowego instynktu samozachowawszego, co? - Rzuciłem lekko, głos trochę mi zadrżał, ale liczyłem, że Prue tego nie wyłapała. No, pięknie - nie, żeby mnie to peszyło - bardziej rozbawiło, no, trochę rozczuliło. Cholera, jeszcze moment i mogłem się przyzwyczaić do tej wersji siebie w jej oczach, chociażby na ten tydzień, takiej, przy której nie muszę udawać, że jestem najgorszą zarazą, więc lepiej mnie unikać - nie muszę chować się za sarkazmem, i za zgryźliwymi uwagami rzucanymi w pubach o trzeciej w nocy, tuż przed zrobieniem burdy na pokaz. Uśmiechnąłem się krzywo, żeby zamaskować wcześniejszą reakcję - pewnie nie wyglądałem przy tym szczególnie sympatycznie, bardziej jak typ, którego nie wpuszcza się na rodzinne uroczystości. Nie to, żeby mnie tam chcieli i bez tego... Ani, żebym ja chciał - świadomie się wypisałem.
Odruchowo uniosłem brwi, zanim zdążyłem się powstrzymać, i przez chwilę po prostu się na nią gapiłem - jednoznacznie, z tym całym moim głupkowatym, cwanym, podskórnie zbyt dobrze wiedzącym uśmiechem. Nawet nie próbowałem go ukryć.
- Jak do tej poly, zdaszyliśmy ustaliś, sze twoje osądy wobes mnie są zupełnie nietlafne. Pamiętaj, sze ja szię znam lepiej, jeśli mówię ci, sze jesztem losczalowaniem, to jestem losczalowaniem, nie lób sobie nadziei. - Odparłem, starając się nie brzmieć zbyt szorstko, choć byłem pewien, że coś w moich słowach zabrzmiało nieco gorzej, niż zamierzałem. Otulił nas cień kromlechu, wiatr był tu łagodniejszy - trochę tak, jakby przesączał się między głazami, mniej śmiało, a przestrzeń zrobiła się nagle bardziej prywatna. W odcięciu od świata każda rzecz wydawała się mieć ciężar większy niż wcześniej - każdy gest, każde słowo było bardziej znaczące, a te miały zabrzmieć poważnie.
Odwróciłem wzrok, pozwalając słowom powoli się wchłaniać - próbowałem nie bić się z myślami. Miałem dać jej mieć swoje zdanie na mój temat? Niedoczekanie! A jednocześnie, nie mogłem przecież teraz zrobić z tego jakiejś wielkiej sprawy, próbując deklasować się w jej oczach, bo nie miałem w zwyczaju sobie ubliżać, ale jednocześnie nie było mi w smak to, iż Prudence robiła ze mnie kogoś, kim nie byłem - kogoś miłego, bezpiecznego. Nie mogłem być miły - całe moje dorosłe życie było jak długa wędrówka przez mgłę, gdzie niewiele widać, ale czujesz, że musisz stawić czoła temu, co przed tobą, więc zbroisz się na najgorsze - a więc nie będąc miłym, w relacjach międzyludzkich, naturalnie stawałem się rozczarowaniem, bo prędzej czy później robiłem coś takiego, co mnie skreślało. Już nie byłem charyzmatycznym, towarzyskim orłem - kochanym misiem też nie byłem, wbrew temu, co mogła sobie o mnie dotychczas pomyśleć, bo raz za razem jej pomagałem. Sam się w tym gubiłem - w moim zachowaniu przy Prudence. Myślałem o tym, że to wszystko może być naprawdę tylko chwilowym zrywem, i dlatego starałem się tego nie analizować. W końcu, to wszystko się wydarzyło nieoczekiwanie, zupełnie poza moim planem, i miało się niedługo skończyć, raptem za około tydzień, może mniej - mimo to, podskórnie czułem, jakbym nagle musiał dopasować się do czegoś, co nie było zgodne z moimi zwyczajami.
- Oboje nie jesteśmy. Ta twoja całkiem ci pasuje, wies? Jeszt lepsa od nudzialy. - Odpowiedziałem - nie zaskoczyło mnie to, do czego doszliśmy - już wcześniej podświadomie, pod skórą, w szkole, przeczuwałem, że nie interesuje jej standardowa ścieżka, więc nie zdziwiło mnie to, że jej marzenia sięgały dalej niż podręczniki zatwierdzone przez Ministerstwo, ale nawet przy czymś takim, nie spodziewałem się, że wyzna to tak otwarcie. Nie od razu odpowiedziałem. Po prostu uniosłem brew i spojrzałem na nią w ten sposób, który zawsze oznaczał: „Nie przerywaj, chcę usłyszeć więcej”. Przekrzywiłem lekko głowę i wciągnąłem powietrze nosem, a następnie podniosłem wzrok, trochę się przechylając, jakbym musiał ją dokładniej obejrzeć w świetle tego nowego słowa, jakby ono coś zmieniało, a przecież nie zmieniało zmieniało, cholera, nic. Nie, nie byłem zaniepokojony. Było mi obojętne, że mówi o nekromancji? Nie. Po prostu nie traktowałem tego jako powód do zmartwień - nie u niej, bo miała w sobie zbyt wiele uważności, by pójść w to bezrefleksyjnie, zbyt dużo zdolności do kontemplacji i krytyki. Poza tym nie można mi było odmówić tego, że bywałem... No, cóż - trochę specyficzny pod względem dokonywanych wyborów i pryzmatu, przez który patrzyłem na świat. Czarna magia? Nekromancja? Widmowidzenie? Przysięgam, istniało bardzo konkretne słowo na to wszystko i nie było to, w żadnym razie, „niepokojące.” To było „ekscytujące.” Cholernie, niepokojąco ekscytujące. Nie wiedziałem, co dokładnie w niej tak przyciągało. Może to, że była trochę porypana? Nie wiem, ale kiedy mówiła, to brzmiało to jakoś tak naturalnie, nie próbowała udawać, że jest kimś, kim nie była - to mi się podobało. Nie byłem zaniepokojony. Byłem zafascynowany. Cholernie.
- „Nie wydajes szię byś zaniepokojony?” No, nie jestem, mon amie. - Rzuciłem z rozbawioną szczerością - nie byłem typem, który wpadał w egzaltację, gdy ktoś mówił, że robi coś niekoniecznie zgodnego z prawem, być może profanuje zwłoki, bezcześci groby i tak dalej. Większość takich rzeczy przyjmowałem z chłodnym dystansem kogoś, kto przeżył trochę za dużo i widział za wiele, żeby się jeszcze dziwić. To był żart, chyba, ale patrzyłem na nią z czymś więcej niż tylko żartem w oczach, bo w tej całej skomplikowanej, mrocznej, dziwacznej, absurdalnie szczerej Prudence, była jakaś siła, która nie tyle mnie przyciągała, co przywoływała. Uniósłem brew, udając zupełną swobodę - nie wychodziło mi to - no, cóż... Tak, powiedziałem to. - To jeszt, kulwa, seksowne... - Parsknąłem śmiechem, wyprostowałem się i spojrzałem na nią z takim czymś w oczach, co zazwyczaj niepokoiło ludzi. - To twoje „mosze chciałabym tym kiedyś pieldolnąś i poszeszaś wiedzę o czalnej magii, neklomancji i widmowidzeniu”, jakby to była pieldolona altelnatywna ścieszka kaliely dla plasy u kolonela... Mosze szeszywiście jeszt. - Mruknąłem z rozbawieniem i może odrobiną tej zaczepnej zadziorności, która zawsze sama mi się pchała na język, kiedy temat robił się ciekawy. Może nie powinienem tego mówić - może powinienem się pohamować, ale nie zrobiłem tego. Nie, takie osoby, doświadczone, zdecydowanie mające wiedzę - co z tego, że na kontrowersyjne tematy? - nigdy nie powodowały u mnie obaw, przede wszystkim dlatego, że one już wiedziały, czego chcą. Nie były niebezpieczne z powodu hormonów, tylko z powodu wyborów, i to było cholernie fascynujące. Mroczne? Pewnie. Ryzykowne? Też... Ale mnie to właśnie kręciło. Niektóre kobiety próbują udawać, że nie mają ciemnej strony - wszystko w nich jest jasne, puszyste i delikatne - najczystsza forma kobiecej powabności, porcelana, wanilia. Prudence tego nie robiła - nie udawała, ani przed sobą, ani przede mną. Ona wiedziała, że jej fascynacje nie mieszczą się w granicach szkolnych podręczników, ciągnie ją tam, gdzie robi się nieprzyjemnie, niepewnie, głęboko, i że tam też można znaleźć odpowiedzi. To, że chciała mi o tym powiedzieć - że w ogóle się otworzyła - było większym komplementem niż mógłbym od niej oczekiwać. Poza tym, nie po to byłem klątwołamaczem, żeby teraz się cofać przed rozmową o czarnej magii - nie po to brałem te wszystkie moralnie wątpliwe zlecenia.
- Wies, co mnie naplawdę pszelasza? Nastolatki. Kulwa, nastolatki szą najbalsiej pszelaszająsą folmą człowieka. Sczególnie te, któle mają za duszo czasu, cztely kaltki wydalte nie wiadomo, skąd, i złamane selse. Te potlafią odplawiś lytuał s kocimi wnętsznościami w salonie babci, bo jakiś chłopak powiedział im, sze ma kogoś innego. Ploszę cię. To, co lobisz, na pewno, pszynajmniej ma stluktulę. - Zamilkłem na chwilę, próbując pojąć, jak to się stało, że rozmawiam z nią w ten sposób. Zawsze byłem na bakier z tym, co „normalne”, w pewnym sensie to była moja specjalność, nie? A ona... Była inna. Może to i lepiej, może i gorzej, ale tak - wciągała mnie w te rozmowy, i póki co nie mogłem się nadziwić, jak doskonale radziła sobie z tym, co mógłby uznać za kontrowersyjne, a ja... No cóż, nie przeszkadzało mi to wcale, wręcz przeciwnie. No, przepraszam, ale to było cholernie seksowne.
- Nie oceniam, nie zamieszam oceniaś. - Dodałem po chwili. - Ja tesz nie jesztem śniesznobiały. - Pokręciłem głową, uśmiechając się półgębkiem. Nigdy nie byłem. Już w szkole moje zainteresowania trochę wychodziły poza regulamin, i nie chodzi tylko o to, że miałem rodzinę ze Slytherinu, chociaż Tiara odstawiła mi numer, ale w kwestii wychowania, widziałem naprawdę różne rzeczy. Chodziło o to, że jak coś było zakazane, to ja chciałem wiedzieć, dlaczego, i co się stanie, jak tam zajrzę, to zrobię i tak dalej. - Ja jusz swoje kontlowelsje popełniłem, dalej popełniam, i nie sądzę, szeby twoje zaintelesowanie sztukami tajemnymi mogło mnie jakoś zsokowaś. Gdybyś tylko wiedziała, co ja lobiłem w południowej Blasylii... - Puściłem jej oko, ale zaraz potem spoważniałem, nie udając nawet, że nie mówię serio. Wcale nie musiałem tego mówić, ale chciałem - przecież wiedziała, kim jestem, przynajmniej w części, bo już jej to powiedziałem, podczas drogi, w okolicznościach pożarów. Wiedziała, że nie należę do tych czystych, wykrochmalonych klątwołamaczy z broszurki Gringotta albo z zastępów ministerstwa. Gdyby tylko spojrzała na moje papiery… Ale nie mogła, bo poniekąd ich nie miałem, sama ta kwestia mówiła już dużo - klątwołamacze mojej klasy nie trafiali na szkolenia. My się nie szkoliliśmy - my się sprzedawaliśmy, uczyliśmy się w zamian za udział w naprawdę różnych eskapadach, bo musieliśmy, i od samego początku robiliśmy rzeczy, które były... Szare. Czasem czarne. Nigdy śnieżnobiałe.
A potem… Potem już tylko spojrzałem na nią tym spojrzeniem. Tym jednym, jedynym, które w przeszłości doprowadziło mnie do niezliczonych kłopotów, niedopowiedzianych sytuacji i kilku bardzo niepokojących momentów w pubach, barach i ciemnych salach. Przyzezowałem na nią - bez litości, bez najmniejszej próby udawania, że robię coś innego. Zawiesiłem wzrok na jej twarzy, ale nie patrzyłem na nią w ten sam sposób, jak powinno się patrzeć na kogoś, z kim prowadziło się rozmowę o wątpliwym podłożu moralności. Tu nie było osądów - to było nieprzyzwoicie jednoznaczne. Odchrząknąłem, a potem westchnąłem - celowo, z tym przeciągłym, rozbawionym podtekstem, który brzmiał jak: „A nie mówiłem, że nie umiesz oceniać ludzi, nawet siebie samej?”, mimo że nic jeszcze nie powiedziałem. Zrobiłem krok w jej stronę. Nie był potrzebny - nie musiałem się zbliżać, żeby wypowiedzieć te słowa, ale zrobiłem to, bo nie chodziło o wygodę. Chodziło o przesunięcie ciężaru ciała bliżej niej, zmniejszenie odległości - podkreślenie o ten jeden milimetr za blisko, który mówił więcej niż cały akapit wypowiedzi na temat tego, jakie było moje zdanie na temat jej „przeciętności”. Pomiędzy nami był tylko fragment pustej przestrzeni wypełnianej przez podmuchy wiatru - chłodnego, prześlizgującego się przez szczeliny między kamieniami kromlechu, który otaczał nas z każdej strony. Niby ochrona, niby świętość, a jednak miałem wrażenie, że nic w tym miejscu nie było bardziej profanowane niż właśnie to, bo to, co zapadło, to nie była cisza świętości - to było coś żywego, miało w sobie coraz więcej tamtego ciężaru.
- Posa tym, nie pieldol mi, sze jesteś zwyszajna, mosze wtedy w Londynie byś mi to wmówiła, ale kto jak kto, ja jusz od szkoły wiedziałem, sze jesteś polypana. - Wzruszyłem ramionami, nie dodając, że chyba dlatego nie mogłem od niej oderwać wzroku - przynajmniej przez pewien czas - przecież jej to powiedziałem. Potem wkurzała mnie jak nikt inny, ale na początku naprawdę na nią leciałem - ta osobliwość nigdy mi nie przeszkadzała, to zadarty nos był problemem. Delikatna zmiana barwy, miękkości, tembru głosu. W moim głosie pojawiła się nuta rozbawienia, ale nie tego zwykłego - nie szyderstwa, nie ironii, nie - to było rozbawienie podszyte czymś innym. Czymś ciemniejszym, bardziej zawadiackim, może nawet z odrobiną czułości, która znowu przez przypadek wyciekła spod maski.
- Nie zapomnij potem, sze to ty mnie tam chciałaś. -  Powiedziałem cicho, z uśmiechem, który był może trochę zbyt zadowolony z siebie, ale dokładnie taki powinien być, bo to była gra... A może już nie gra, tylko coś bardziej subtelnego, z rozmytymi granicami, trudnego do nazwania - coś, co miało smak dawno nieużywanej czułości, zakurzonej i lekko zardzewiałej, jakby wyciągniętej ze strychu, do którego nikt nie zaglądał od lat, ale nie wydawało mi się, żeby Prudence miała coś przeciwko kurzowi. Przeciwnie - to był jej klimat, wszak była czarnoksiężnicą, kobietą, która potrafiła przejść przez pajęczyny bez mrugnięcia okiem, a może nawet z jakimś lekkim, perwersyjnym upodobaniem, i właśnie dlatego pozwoliłem sobie na to spojrzenie, ten ton, tę sugestię, co do której nie zostawiłem żadnych wątpliwości.
A, co do klimatu tamtych miejsc, o których rozmawialiśmy - wiedziałem, jak to jest, gdy trzeba się zaprzyjaźnić z wilgocią, z brudem, z dźwiękami, które brzmią obco, z językiem, który nie pasuje do ust, i z tempem mówienia, które nie współgra z tym, co znane, i jak wygląda walka o to, by nie zacząć nienawidzić miejsca tylko dlatego, że się w nim nie oddycha łatwo.
- W Luisjanie był dokładnie taki klimat. Tlopikalny, pszynajmniej dla kogoś od nas, ale da szię pszyswyszaiś. Ja się pszyswyszaiłem, goszej było s... - Odpowiedziałem jej cicho, trochę jakbym mówił do siebie, ale urwałem - jeszcze miałem kontrolę nad wypowiadanymi słowami, mimo picia alkoholu. Nie próbowałem przekonać Prue, nie siliłem się na entuzjazm - mówiłem, jak ktoś, kto naprawdę tam był, kto musiał oddychać tym gorąco-wilgotnym powietrzem, nawet gdy nie miał na to ochoty, a było wiele dni, kiedy nie miałem. - Gdybyś kiedyś naplawdę chciała wyjebaś na Haiti. -  Kontynuowałem cicho, nie odwracając wzroku. - To dałabyś ladę szię pszyswyczaiś, bo szą jesce inne szeszy, oplósz dostępu do wiesy tajemnej, któle lekompensują klimat. - Powiedziałem, wracając myślami do samych początków doświadczeń na obczyźnie. To nie wyglądało tak, że człowiek się po prostu przełączał - to nie kliknięcie pstryczka w mózgu. To raczej było powolne rozmywanie się tego, co znałeś wcześniej. Najpierw myślisz, że to tylko na chwilę, wrócisz, bo to przejściowe. Potem okazuje się, że wracać już nie masz do czego, a to, co masz przed sobą, staje się twoim nowym „normalnym”... A potem zaczynasz się z tym utożsamiać. - Lasy namoszynowe, smak świeszego mango plosto s dszewa, jedzonego nad szeką. Światła w balach, któle otwielają szię dopielo po zmloku, i to, sze czas tam płynie inaczej, jakby miał w dupie zegalki, ludzie tam szyją inaszej. - Zawiesiłem głos, bo nie chciałem brzmieć patetycznie - zwłaszcza, że początki nie były łatwe. Praktycznie od razu, kiedy przybyliśmy do Stanów, trafiliśmy do Luizjany - taki chrzest bojowy - klimat dokładnie taki, jakiego Prudence się obawiała, a którego ja już wtedy nie miałem siły komentować. Świadomość, że ciało może się spocić jeszcze zanim opuści cień, wilgotne powietrze można łykać przez usta, a cisza „cichego popołudnia” potrafi dudnić w uszach od intensywności odgłosów cykad i buzującej krwi w uszach ze zmęczenia upałem - to wszystko było dla mnie znajome, na początku nieprzyjemne, ale możliwe do zniesienia. Da się przyzwyczaić, jeśli trzeba - trzeba tylko przestać marzyć o rześkim, deszczowym powietrzu i chłodnych wieczorach nad Tamizą - o czymś umiarkowanym, rozsądnym. Trzeba się pogodzić z tym, że tamten dzikszy świat nie ma nic wspólnego z naszymi preferencjami - poza tym czasami nie chodzi o temperaturę i wilgotność, tylko o to, że organizm się przystosowuje szybciej niż umysł. Umysł potrzebuje więcej czasu.
- Da szię. - Powiedziałem znowu, wzruszając lekko ramionami. - Tylko nie w tszy dni, nie w tydzień, czasem to zajmuje miesiąse.
Nie wiedziałem, co mnie bardziej rozbawiło - to jej zaskoczenie, że sięgam po mugolską literaturę, czy fakt, że ten komentarz po prostu się jej wymsknął. Prudence była zbyt bystra, żeby nie wiedzieć, że świat nie kończył się na „Magii Teoretycznej, Tom VI”, a mimo to wyglądała tak, jakby zobaczyła mnie w jedwabnym nocnym czepku i z tomikiem Dickensa pod pachą, jakbym był Romulusem, który nie może sobie odnieść fryzury o puchową poduszkę w jego eleganckiej, równie wymuskanej, nad wyraz brytyjskiej sypialni - ten to pewnie nawet miał pasujący szlafrok. Myślałem, że już dawno mieliśmy za sobą przekonanie, iż moje nazwisko - tak, to przeklęte nazwisko - nakładało na mnie obowiązek pogardy wobec wszystkiego, co mugolskie, jakby świat był tylko czarno-biały, a kultura ograniczała się do czytania pergaminów i ksiąg oprawnych w skórę trolla.
- A co myszlałaś, sze lobię, kiedy utknę gdzieś w posiągu w Patagonii? - Spytałem, zerkając na nią spod oka. - Liczę pszechosąse lamy, a pszy okasji tesz alpaki, bo za cholelę ich nie odlószniam? - Mój ton nie był kąśliwy, nie do końca. Po prostu... Normalny. Odsłaniający odrobinę tej części mnie - której zazwyczaj nie wystawiałem na widok publiczny, bo to nie za bardzo pasowało do typowego zakapiora - tego, co dzieje się w przerwach. Nie dziwiło mnie jej zdziwienie - większość ludzi nie rozumiała, że ta praca to nie tylko dramatyczne momenty, huk i błysk zaklęć, łamane klątwy, cofane i nakładane zabezpieczenia - to przede wszystkim czas, czas spędzony w drodze, czekanie, godziny, dni, tygodnie w przejściach - między jedną ruiną a drugą, między krajem a kontynentem, między ciszą odludzia a zgiełkiem miasta... I trzeba coś z tym zrobić, inaczej człowiek zaczyna myśleć za dużo, a tego się nie poleca. - Nie zawse da szię telepoltowaś, sama wies. - Ciągnąłem spokojnie. - Nie wszędzie wchosi w glę miotła, u mnie to jusz w ogóle wcale, czy motol, czasem tszeba się zdaś na kolej, statek, albo zwykły autokal s dziulawym dachem i dzieckiem, które wszesczy pszes pięś gosin. Nie mówiąs o statkach - siedzis tam przez dwadzieścia cztely gosiny pszes kilka dni albo nawet tygodni, to albo czytas, albo mas ochotę wyszuciś się pszez bultę w ocean. - Zamilkłem na chwilę, żeby pozwolić temu obrazowi wybrzmieć. - Nie jestem tloglodytą, Plue. - Dodałem z nieco bardziej rozbawionym tonem. - Nie piję, nie glam w kalty i nie baluję... No, nie tylko to lobię, i gdybym miał szię oglaniczaś tylko do litelatuly magisznej, to naplawdę szybko nie miałbym, co czytaś. - Skwitowałem - czytałem to, co wpadnie mi w ręce, skład mielonki w puszce też, więcej razy, niż bym chciał, chociaż studiowania akurat tego nie polecałem - niektóra wiedza nie powinna być dostępna dla odbiorcy, nawet jeśli i tak to potem jadłem. Zamilkłem na moment, przeczesałem dłonią włosy, które już dawno przestały wyglądać, jakby miały do czynienia z czymkolwiek, co przypominałoby grzebień - momentami całkiem tu mocno wiało, to była ta chwila. - Nie mam wlodzonego wstlętu do litelatuly mugolskiej, naplawdę, nie wyssałem go s mlekiem mamki. Tak właściwie, moje ulubione ksiąszki szą mugolskie. Cała gólna półka. - Dodałem po chwili, unosząc kącik ust. Nie było to przecież żadne wielkie wyznanie ani coś, czym należałoby się afiszować - to była zwykła praktyczność, a może potrzeba zajęcia głowy czymkolwiek, by nie oszaleć w kolejnym przedziale, na pokładzie łodzi towarowej, w namiocie na końcu świata. Czasem pod ręką był tylko porzucony tomik poezji z wypisanym na marginesie imieniem sympatii, podręcznik do fizyki, romans z lat sześćdziesiątych, zeszyt z przepisami kulinarnymi albo, najczęściej w pociągach, broszura informacyjna o wstaw kraj liniach kolejowych, z której dało się wyciągnąć zaskakująco dużo informacji, jeśli tylko człowiek miał wystarczająco dużo czasu. Postanowiłem dłużej się nad tym nie rozwodzić - i tak powiedziałem już bardzo dużo. Zamiast tego podniosłem brew. Wymienialiśmy się informacjami - tak było uczciwie, więc powinna mi powiedzieć coś w zamian.
- A ty? - Spytałem, z lekkim przekąsem, który miał rozładować ciężar chwili. - Nie powies mi chyba, sze nigdy nie uloniłaś łzy nad szadnymi mugolskimi czytadłami, nie zaczytywałaś szię w jakiejś Austen, lobiąs mentalne notatki, kogo byś zabiła w pielwsej kolejności, bo cię wkulwiał swoimi nielogisznymi desysjami. - Odbiłem temat, nie dając jej za dużo czasu na zastanowienie o mnie - lubiła myśleć, że mnie rozgryzła, może rzeczywiście widziała więcej niż inni. Ale w całości? Nie miałem pewności, czy w ogóle istniała taka wersja mnie, którą dałoby się złożyć z kawałków wiedzy, jaką mogłem i chciałem jej dać, a dawałem jej dużo...
Ona od siebie... Też dużo dawała. Zaskakiwała mnie swoimi wypowiedziami.
Odruchowo uniosłem brwi, gdy to powiedziała - te słowa o wiązaniu - i przyzezowałem na nią jednoznacznie, z tą samą bezczelną miną, którą demonstrowałem jeszcze w czasach szkolnych, chociaż wtedy używałem jej raczej z zamiarem prowokowania pojedynku na słowa niż flirtu. Teraz wyszła ze mnie bez udziału świadomości - półgłupi, cwaniacki uśmieszek, który mimowolnie rozciągnął mi usta, zdradzał aż za dużo i ani przez chwilę nie próbowałem go tłumić. Był podszyty czymś, czego nie miałem zamiaru udawać, że nie ma - bo czemu niby? Nie bez powodu przecież staliśmy w środku kręgu z kamieni, na wrzosowisku pachnącym ziemią i starą magią, a ona sama powiedziała to, co powiedziała. Wypowiedziała te słowa, spojrzała przy tym jakby od niechcenia, ale przecież wiedziała - wiedziała, co z nimi zrobię.
Odchrząknąłem. Głęboko i z przesadą, żeby dać sobie sekundę na reakcję, chociaż i tak nie potrzebowałem jej wiele. Językiem przeciągnąłem po zębach, kolejny zaczepiając niechcący o ten jeden, uszczerbiony na krawędzi, po prawej górnej trójce. Poczułem znajomy, ledwie wyczuwalny, metaliczny posmak krwi, ale zignorowałem go z przyzwyczajenia. To był rodzaj drobnego bólu, który nie przeszkadzał, a nawet przeciwnie - przypominał, że to wszystko naprawdę się działo. Patrzyłem na nią, przez moment zastanawiając się, czy rzeczywiście usłyszałem to, co padło, więc teraz miałem dowód - padło... Aż rozciąłem sobie język, całe szczęście, nie wywalony. Wystarczyło, że odruchowo uniosłem brwi, zanim jeszcze do końca zrozumiałem, co właściwie powiedziała. Coś we mnie - może czysta przekora, może odruch stary jak świat z naszych dawnych czasów - zareagowało szybciej niż myśl. Moje spojrzenie zsunęło się na nią, świdrując ją bezceremonialnie, bez cienia skruchy - od góry do dołu - najpierw włosy - te niesforne, już trochę rozczochrane wiatrem, z którym nie próbowała nawet walczyć. Potem oczy, jak zawsze zbyt mądre i zbyt uważne, by człowiek czuł się przy nich komfortowo, a jednak to uległo zmianie. Następnie usta - te, które właśnie wypowiedziały to, co wypowiedziały. A dalej… Dalej było już tylko gorzej... Lub lepiej, zależnie od punktu widzenia. Westchnąłem cicho, bardzo cicho - nie ze zmęczenia - z zadowolenia, z niezdrowej satysfakcji, że dała mi tę linijkę, jedną frazę, której nie mogłem przepuścić, i nie zamierzałem.
- Właśnie ci powiesiałem, sze spolo czytam, a to znaszy, sze mam bogatą wyoblaśnię... - Uśmiechnąłem się już całkiem otwarcie, przechylając głowę jak ktoś, kto zaraz powie coś głupiego, ale z pełną świadomością. - Musis byś pszy mnie ostloszniejsa ze słowami... - Potrzebowałem trochę luzu, żeby nie wejść w to za głęboko, zbyt nagle, zbyt gwałtownie, ale to była ona. Ona. Ona to powiedziała. Nie ja. - Ale skolo jusz wypowiedziałaś je na głos… - Nachyliłem się nieco bliżej, tylko odrobinę, ale wystarczająco, by cień przesunął mi się po twarzy. - Oczywiście nie zamieszam nam tego odmawiaś, mamy umowę, ty tesz musis szię zjawiś... - Nie dodałem nic więcej - wcale nie musiałem. Ton, w jakim to powiedziałem, zrobił swoje. Każde słowo niosło w sobie coś więcej niż tylko reakcję na rozmowę. To nie była odpowiedź na to, co mówiła. To było odniesienie do czegoś zupełnie innego, i oboje dobrze o tym wiedzieliśmy. Ja na pewno. Ona… Znając ją, mogłem założyć, że dotarło - nie przegapiła ani jednej pauzy, ani tej wymownej nuty w moim głosie. Celowo zaakcentowałem „nam”, wiedząc, że nie chodziło przecież o nas oboje robiących coś zdrożnego, przynajmniej nie w kontekście wypowiedzianych słów - mówiliśmy o widmowidzeniu i klątwach, ale dzięki tym słowom, chwilę potem, już chodziło... Bo przesunąłem granicę - o dwa kroki w przód, o jeden w bok, o trzy w głąb sugestii, której jeszcze przed chwilą wcale tam nie było.
Wtedy po prostu sięgnąłem do niej – nie gwałtownie, nie łapczywie. Spokojnie. Tak jakbyśmy robili to już dziesiątki razy. Tak jakby to było coś zupełnie zwyczajnego. Objąłem ją w pasie, przyciągając bliżej, a ona nie zaprotestowała. Jej ciało dopasowało się do mojego, jakbyśmy byli dwoma kawałkami tej samej całości, tylko przez chwilę rozdzielonej - to było dziwne wrażenie, jeszcze dziwniejsza myśl, nie było w tym żaru, było coś cichszego, bardziej stonowanego, ale tym bardziej niosącego napięcie.
Poczułem jej ciepło, jakby cała ta przestrzeń wokół nas zmieniała się na moment w coś bardziej osobistego, mniej dzikiego, chociaż wciąż nie do końca oswojonego. Nie chciałem się poruszać, ani nawet myśleć o tym, co będzie dalej - wszystko, co było wcześniej, nie miało teraz żadnego znaczenia. Uśmiechnąłem się do siebie, zupełnie mimochodem. To nie był uśmiech ironiczny, ani litościwy, to nie był też ślad żadnego planu - ani przelotnego, ani długoterminowego - zero oczekiwań, brak gierek, tylko my dwoje zamknięci w tej chwili. Po prostu czułem się tak dziwnie spokojny, że to aż śmieszyło. Jeśli Prue była czarnoksiężnicą - a była, bez wątpienia - to była też tą, która zna język rzeczy zapomnianych. Tą, która nie boi się przeszłości - tą, która potrafi żyć wśród pajęczyn i nie boi się pająków kładzionych na jasnej, delikatnej dłoni, która teraz spoczywała na moich plecach. A ja - ze wszystkimi swoimi zardzewiałymi schematami czułych zachowań, z przykurzonymi gestami, które nie wiedziały, czy mają jeszcze prawo istnieć - nagle poczułem, że właśnie dlatego pasuję tu idealnie. Nie jako bohater tamtej piekielnej nocy, ani nie jako potencjalny ukochany, bo to nigdy nie było nam pisane, a już zwłaszcza nie teraz - byliśmy na to zbyt inni, za bardzo porozbijani przez własne doświadczenia, również nazbyt różne, by to nas połączyło na jakimś głębszym poziomie, niż teraz w tej chwili. Po prostu - jako ten, który na chwilę znalazł miejsce w nieoczekiwanie spokojnych objęciach, gdzie nie trzeba strzepywać kurzu z duszy, by ktoś chciał ją dotknąć. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek poczuję coś takiego do czyjejś obecności - do samego bycia kogoś przy mnie, bez żadnych dodatkowych oczekiwań, i do ciepła, które przebijało się przez materiał jej... Mojej kurtki, ale chyba już bardziej jej - w jakimś sensie do niej pasowała i nie była czymś zupełnie moim, już nie, nie po tylu latach porzucenia w garażu, mogła ją mieć, jeśli chciała, na pamiątkę, do wrzucenia w głęboki kąt szafy i odnalezienia za wiele lat, może nawet z uśmiechem nostalgii - i sięgało mojego ramienia, jakby na przekór wietrznemu zimnu wzgórz. W tym wszystkim nie było nic skomplikowanego. Jej obecność przy mnie, ciepło, które emanowało od jej ciała, to, jak miękko opierała się o mnie, nie wywoływało u mnie żadnej paniki ani kurczliwej reakcji serca, która wymagałaby natychmiastowej próby odzyskania kontroli - odcięcia się od tych dawno zapomnianych odruchów, które zazwyczaj nie kończyły się niczym dobrym.
Miałem nieodpartą chęć poruszyć palcami, więc przesunąłem kciuk po zewnętrznej stronie jej ramienia, po czym poprawiłem ułożenie ramion i dłoni w uścisku - jedna zsunęła się odruchowo niżej, wzdłuż jej pleców, zatrzymując się w miejscu, gdzie kończyły się łopatki, druga znalazła się niżej, ale nie za nisko. Nie było w tym żadnego zamiaru - to był gest odruchowy i nieprzemyślany, jakby ciało samo wiedziało, czego potrzebuje, zanim zdążyłem to przeanalizować - raczej, jakby palce badały, czy rzeczywiście jest tu obok, przytula się do mnie i, co gorsza, czy zamierza zostać. Naprawdę chciałem, by została, a ona... Była blisko... I nie uciekła - to był sukces. Nie było potrzeby, żeby cokolwiek o tym mówić - słowa w takich chwilach są jak tłumaczenie żartu, który każdy zrozumiał, ale wszyscy zignorowali, bo powodował tylko niezręczną ciszę. Nie należało ich wypowiadać.
Pochyliłem się jeszcze trochę bardziej, co było absurdalne i zupełnie niepraktyczne, bo moje plecy od dawna protestowały przeciwko takiej formie bliskości, ale nie przyszło mi do głowy, żeby się odsunąć. Głupio by było, naprawdę. Po prostu pozwoliłem wargom musnąć czubek jej głowy, jakby to miało wystarczyć, i o dziwo - wystarczyło, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie było w tym nic romantycznego, w tradycyjnym sensie tego słowa, przynajmniej w moim własnym odbiorze. Raczej coś na granicy troski i potwierdzenia, że: „Tak, jesteś, widzę cię, czuję twoją obecność i nie zamierzam jej zignorować”. Wciągnąłem powietrze przez nos i już nie potrafiłem nie zauważyć, że moje zmysły wyłapują również te małe niuanse - nie tylko jej ciepło i obecność, lecz także chociażby to, w jaki sposób pachniała, gdy wszystko wokół nas nie było ogarnięte kłębami dymu. A pachniała... Przyjemnie - nie w ten przerysowany sposób, jakby wykąpała się w wodzie z dodatkiem pachnących eliksirów albo mocno się wyperfumowała, tylko raczej jakby spędziła większość czasu na pracy z medykamentami - trochę szpitalnie, co - o dziwo - wcale mi w niczym nie przeszkadzało, chociaż na ogół unikałem szpitala. Takie miejsca bardzo źle mi się kojarzyły, abstrahując od tego, że na ogół albo nie było mnie na nie stać, z różnych powodów, albo nie miałem czasu na szukanie uzdrowiciela. Poza tym w tym zapachu przebijały się inne nuty - bardziej złożone - kogoś, kto resztę czasu spędzał w bibliotece, trochę na strychu, później wśród krzewów owocowych w nasłonecznionym ogrodzie. Pachniała jak medykamenty, książki, truskawki, i jak kadzidła - ale też jak coś starszego, trochę niepokojącego, rytualnego. To nie był zapach, który można kupić. To był zapach, który się zbiera przez lata - przesiąka nim skóra i włosy, staje się integralną częścią człowieka, aż samemu się go już nie czuje, bo jest wryty tak głęboko.
Budził we mnie coś bardzo pierwotnego, zakurzonego, zardzewiałego, coś, co kiedyś - bardzo dawno temu - mogło się nazywać czułością. Coś, co nie miało prawa się zdarzyć... I teraz to coś łypało na mnie z głębi mojego własnego wnętrza i mówiło: „Nie spiernicz tego” - co gorsza, na wiele znaczeń. Starałem się nie myśleć o tym, że właśnie z takich chwil tworzyły się te błędy, które potem były trudne do zrozumienia, wręcz niemożliwe do naprawienia - powstawało przywiązanie. Czułem jej oddech na skórze, przyjemny dreszcz, który wzbierał w całym ciele. Przylegała do mnie jakby sięgnęła po coś, czego już od dawna nie szukała, ale co nagle, bez uprzedzenia, okazało się niezbędne - chociaż może to sobie projektowałem, bo sam w tamtej chwili nie miałem ochoty ruszać się z miejsca. Wszystko we mnie, nawet te najbardziej sfrustrowane, niecierpliwe kawałki osobowości, milczały. Jakby mówiły: „Jest dobrze. Nie psuj tego.” I nie psułem. Czasem wystarczy jedno spojrzenie, czasem milczenie, a czasem tylko to, że nikt się nie odsuwa - po prostu stoi.
Dotyk moich dłoni na jej plecach był niemal nieświadomy, taki naturalny, jakby wynikał z jakiejś dawno głęboko ukrytej potrzeby - niby mało znaczący gest, a jednak czułem, że w jego prostocie tkwi coś, co mnie samemu było obce. Jakiś rodzaj bliskości, której przez długi czas nie zaznałem, bo nie chciałem, a która teraz wypełniała przestrzeń między nami, nie krępując ruchów, nie domagając się niczego w zamian - po prostu była. Jak kobieta obok mnie. Jej ciało wpasowało się w moje, jakby naprawdę od zawsze było to przeznaczone, byśmy chociaż na chwilę coś ze sobą mieli. Niby nie pasowaliśmy do siebie, nie pasowaliśmy do tych wzgórz, tych wrzosowisk - no, lakierki Prue tu nie pasowały - ale tutaj, w tej chwili, wszystko zdawało się być w porządku, a jednocześnie coś nie do końca grało. To coś... To była czułość? I dziwna forma spokoju, który pozwalał mi wyciągnąć z siebie coś, czego już prawie zapomniałem, a na pewno nie spodziewałem się, że kiedykolwiek znowu to poczuję. To miało sens, ale zarazem zupełnie nie miało. Zupełnie, jak następne słowa Prudence. Czego miałem pragnąć? Właściwie nie marzyłem o niczym konkretnym. Marzenia były dla ludzi, którzy wierzyli w jakąś jasno określoną przyszłość - chcieli, by ich życie w jakimś sensie miało cel. Ja nie miałem takiego pragnienia.
- Maszenia… - Mruknąłem w końcu, kiedy milczenie stało się zbyt wymowne. - Moje? -  spojrzałem na nią, chociaż nie wprost, raczej to była przestrzeń na ziemi za jej plecami. Oczekiwania, może jakieś miałem, ale marzenia? Nie. Może miałem jakieś ukryte pragnienia, ale na pewno nie zamierzałem ich realizować. Jej sylwetka w cieniu menhirów, w moich ramionach, była spokojna, niewzruszona. Wydawało mi się, że odchyliła głowę minimalnie, jakby chciała poczuć powiew wiatru na szyi. A ja, zamiast się cofnąć, tylko pochyliłem się niżej - tu, teraz, w tym miejscu, między głazami na skraju wrzosowisk i morza, kilka godzin świcie - patrząc ze spokojem na kogoś, kto przedtem niemal zawsze mnie denerwował, teraz dochodząc do wniosku, że to chyba jest wszystko, czego można chcieć. Nie ma żadnych oczekiwań - ja nie oczekuję niczego. - Mówiłem ci, sze nie sa pan blat mi s maszeniami. Nie oczekuję, sze będzies mi coś spełniała, nie oczekuję w ogóle niczego, m'kay? To nie tak, sze chces mnie wykoszystaś, czy coś w tym losaju, ja ciebie tesz nie, oboje to wiemy. Po plostu… Nie wiem. Jedyne, czego sobie szyczę, to tego, szeby to zostało mięsy nami. To wystalczy. - Wzruszyłem ramionami - słowa Prue zabrzmiały, jakby wyrwały się z jej wnętrza, ale w tej chwili było to coś więcej, niż tylko prosta deklaracja. To była próba znalezienia równowagi, jakby, mimo tego wszystkiego, co mogło nas dzielić, chciała, byśmy znaleźli sposób, by być tutaj, w tym momencie, razem, ale nie kosztem drugiej strony. Rozumiałem to, chociaż może nie tak dobrze, jakbym chciał... Może nawet tak naprawdę nie chciałem tego rozumieć. Nie miałem zamiaru wymuszać na niej niczego, nie chciałem być tym, kto wykorzystuje jej nagłą otwartość. Zawsze to ja, niezależnie od okoliczności, musiałem zdobywać to, czego chciałem i za to odpowiadać, być tą pierwszą osobą na linii frontu, żonglować decyzjami. Samodzielnie, i wciąż nie czułem potrzeby, by coś w tej chwili zmieniać w tym zakresie. To, co działo się między nami, było zbyt inne od tych przelotnych gestów, które mogłyby skończyć się za chwilę, jakby nigdy nic. To było jak coś, co - zresztą, jak sam dobrze wiedziałem - nie miało prawa trwać, a mimo to istniało. Nie oczekiwałem od niej niczego, nie chciałem być biorcą - wolałem pozostać w roli przewodnika po impulsywnych decyzjach - to było w porządku. Prawdę mówiąc, byłem do tego przyzwyczajony. Może zbyt długo żyłem w tym przekonaniu, ale nie uważałem, że w tej chwili cokolwiek miałoby się zmienić. Oferta, którą jej ofiarowywałem, była nieoczywista, i tak naprawdę nie oczekiwałem nic w zamian - w końcu i tak bardzo dawno temu zadecydowałem, że nigdy więcej nie zamierzam wchodzić w żadną grę oczekiwań. Niczego nie pragnąłem od niej - miałem tylko nadzieję, że to nie będzie coś, co wymaga jakiejkolwiek deklaracji... Niestety, najwyraźniej musiało - musiałem to powiedzieć na głos, przez co na chwilę zapadła cięższa cisza. Czułem, że to dla niej istotne, i chociaż wcale nie byłem pewien, jak rozluźnić atmosferę, to poczułem, że mam jedno jedyne, proste wyjście.
- Mam takie sklyte maszenie, aszeby Elias mnie nie zabił. - Powiedziałem w końcu, zmieniając ton głosu na lżejszy, podszyty rozbawieniem, ale i czymś więcej, co nie miało nic wspólnego z poważnym kontekstem naszej rozmowy, a wszystko z tym, co mi chodziło po głowie. - Spotkanie mojej głowy s jego gilotyną do szyb laszej nie jeszt na mojej liście maszeń, więs postalajmy szię nie obnosiś s naszymi nowymi stosunkami. - Przygryzłem dolną wargę z lekko prowokacyjnym uśmiechem, świadomy aż nazbyt dobrze, jak to może zabrzmieć - celowo, celowo to tak brzmiało.
Aż w końcu Prudence jeszcze bardziej wyciągnęła się na palcach, przez to wyraźniej oparła się na mojej piersi, a ja poczułem każdy detal - materiał jej kurtki, nierówności pod spodem, ułożenie jej ciała wzdłuż mojego. Jej oczy wciąż błyszczały, gdy przysunęła policzek do mojej twarzy - odruchowo jeszcze bardziej się pochyliłem, mocniej łapiąc ją rękami, byśmy mogli spotkać się gdzieś w połowie drogi, a to uczucie, które przez moment wydawało się nieobecne, wróciło, jeszcze bardziej intensywnie, rozlewając się po moim umyśle i ciele. Wiedziałem, że to było to, czego chciała - wcale nie musiała mnie prosić o nic. Nie musiałem tego wszystkiego rozumieć, nie musiałem odnaleźć odpowiedzi. Działo się to samo z siebie, jakby nasze ciała wiedziały, że to najwłaściwsza forma porozumienia, jaką potrafią w tej chwili wyrazić, więc przysuwały się do siebie... Coraz bardziej. Nie potrzebowałem słów, zapytań, ani przyzwolenia wypowiedzianego na głos. Zsunąłem dłonie z jej pleców niżej, bez zbędnych gestów i bez wahania. Dotarłem do miejsca, gdzie materiał jej jeansów napinał się na krągłościach, zaciskając na nich palce. Zgiąłem kolana i uniosłem ją do góry jednym płynnym ruchem. Byliśmy teraz na równym poziomie, wzrok napotykał wzrok bez wysiłku, bez wspinania się ani pochylania.
- No i mas... - Mruknąłem, mrużąc oczy. Byliśmy niemal nos w nos - zbliżyłem twarz o kilka centymetrów, aż mogłem dostrzec najdrobniejsze zmarszczki przy kącikach jej oczu. Czoło kobiety było teraz równe z moim, nasze spojrzenia - w jednej linii, ale miała ten swój cholerny koczek, trochę rozwalony, potargany, ale... Niewątpliwie ponad czubkiem mojej głowy. - Znowu jesteś wyszej. Ty zawse musis byś lepsa, co? - Uśmiechnąłem się - krzywo, cwanie. Nie było w tym uprzejmego stwierdzenia przegranej, tylko echo lat, w których nauczyła mnie, że praktycznie wszystkie moje słowa potrafią ją zaczepić i rozdrażnić. Teraz też czekałem na reakcję - choćby na to, by jej brew drgnęła, ledwie zauważalnie - coś pomiędzy rozbawieniem a irytacją, jakby próbowała nie dać się sprowokować, ale znałem ją już na tyle, by zauważyć ten błysk w spojrzeniu. Czekałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (43540), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (35854)




Wiadomości w tym wątku
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Pan Losu - 30.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 30.04.2025, 21:33
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.04.2025, 23:24
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 00:13
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 01.05.2025, 02:30
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 03:30
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 01.05.2025, 15:38
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 23:40
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 02.05.2025, 19:45
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 03.05.2025, 00:53
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 04.05.2025, 20:31
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 05.05.2025, 18:00
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 06.05.2025, 18:07
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 07.05.2025, 01:27
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.05.2025, 23:21
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 09.05.2025, 22:51
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 11.05.2025, 01:33
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 11.05.2025, 23:43
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.05.2025, 17:37
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 16.05.2025, 00:16
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 16.05.2025, 19:39

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa