09.05.2025, 15:18 ✶
Raz już odpowiedziałem, więc nie byłem pewien, czy powinienem odpowiadać dalej, szczególnie że panna Prudence Bletchley nie życzyła sobie ze mną kontaktów. Co prawda, mówiła o fizycznym kontakcie, i to z zaskoczenia, ale mimo wszystko… Ego dostało? Dostało. Byłem urażony. I spanikowany, bo nie miałem papierosów. I nerwowy, bo nie miałem papierosów. Ogólnie całe zło świata, bo nie miałem papierosów.
Gwałtownie się zatrzymałem i pooowoooli odwróciłem, kiedy usłyszałem, jak Prudence najpierw zapala papierosa, a potem wypuszcza spokojodajny dym ze swoich płuc, jakby była u siebie w ogrodzie, a nie w środku lasu, w którym próbowałem nie umrzeć z nikotynowego głodu.
– KURWA, CZEMU MI NIE POWIEDZIAŁAŚ, ŻE MASZ PAPIEROSY?! JA TU UMIERAM! – stwierdziłem poważnie wkurwiony. A warto tu podkreślić, że nieczęsto się widuje wkurwionego Romulusa Petera Pottera.
Oczywiście, wbrew jasnym, wyraźnym, niemal wyrytych w kamieniu instrukcjom, ponownie z zaskoczenia naruszyłem jej przestrzeń osobistą i bezceremonialnie wyciągnąłem papierosa z jej palców. Zrobiłem to z taką determinacją, jakby ten jeden papieros miał mnie uratować od egzystencjalnego załamania.
Ojej! Jak ja tego potrzebowałem! Tak bardzo, że poczułem autentyczną ulgę, kiedy zaciągnąłem się raz… potem drugi… i trzeci. To było niczym nadnaturalna etiuda. Przepysznie. Matko Naturo, kocham cię, od kiedy w twoim lesie, absolutnej dziczy w końcu mogłę palić!
Uśmiechnąłem się pod nosem. Nawet bez kawy mogłem teraz iść przez las we względnej błogości. I, rzecz jasna, nie zamierzałem oddawać swojej zdobyczy. Ale postanowiłem być nieco milszy. NIECO. Ze względu na to, że Prudence Bletchley, ta nieczuła żmija, posiadała papierosy. A jak ktoś posiadał papierosy, to należało się z nim obchodzić ostrożnie.
Zapewne do czasu, ale aktualnie nawet postanowiłem podzielić się z nią swoją wizją.
– Jedynym sposobem, żeby sprawdzić, w którą stronę przejdziemy najmniej lasu, będzie wdrapanie się na najwyższe drzewo. Ja nie zamierzam tego robić... A ty? – zapytałem z teatralnym zainteresowaniem.
Kiedy Prudence – słownie czy też wymownym gestem – zaprzeczyła, odwróciłem się i ruszyłem dalej przez las. Szedłem umiarkowanym tempem. Nie wiedziałem, ile drogi przed nami, a nie chciałem się zmęczyć za wcześnie. Miałem długie nogi, byłem wysoki, więc działało to na moją korzyść. To Prudence pewnie próbowała mnie dogonić i zipała jak podstarzały smok. Ale nie sprawiało to, że byłem bardziej litościwy.
Zresztą, mój dzień dobroci dla Prudence skończył się szybciej, niż się zaczął. Znowu byliśmy sobie gnojkami. Gnojkami, którzy bezceremonialnie obrzucali się słownym gównem, by związać pakt jedynie na potrzeby dogadania trasy… albo moich błagań o kolejnego papierosa.
Niestety, w jednym z takich momentów zorientowałem się, że nie mam przy sobie różdżki. Nie pamiętałem oczywiście, że została w domu — jakżeby inaczej. Spojrzałem spanikowany na Prudence.
– Musimy się zawrócić. Musiałem upuścić różdżkę przy teleportacji. Nie mam jej – oznajmiłem z mieszaniną paniki i determinacji. Zamierzałem się wykłócać o powrót, póki Bletchley się na to nie zgodzi. – Co będzie, kiedy napadną nas wilki... albo... albo... WILKOŁAKI! Do zmierzchu jeszcze trochę czasu, więc zdążymy oblecieć w jedną i z powrotem.
A w głowie… W głowie miałem już dziesiątki teorii. Może ten świstoklik to był jakiś pokrętny plan ojca? Może postanowił mnie ukarać za to, że zbyt lekko trwonię własne i rodowe pieniądze? Albo kara od kobiet, które poznałem w nieco zbyt przygodowy sposób? One też miały mi wiele do zarzucenia.
Gwałtownie się zatrzymałem i pooowoooli odwróciłem, kiedy usłyszałem, jak Prudence najpierw zapala papierosa, a potem wypuszcza spokojodajny dym ze swoich płuc, jakby była u siebie w ogrodzie, a nie w środku lasu, w którym próbowałem nie umrzeć z nikotynowego głodu.
– KURWA, CZEMU MI NIE POWIEDZIAŁAŚ, ŻE MASZ PAPIEROSY?! JA TU UMIERAM! – stwierdziłem poważnie wkurwiony. A warto tu podkreślić, że nieczęsto się widuje wkurwionego Romulusa Petera Pottera.
Oczywiście, wbrew jasnym, wyraźnym, niemal wyrytych w kamieniu instrukcjom, ponownie z zaskoczenia naruszyłem jej przestrzeń osobistą i bezceremonialnie wyciągnąłem papierosa z jej palców. Zrobiłem to z taką determinacją, jakby ten jeden papieros miał mnie uratować od egzystencjalnego załamania.
Ojej! Jak ja tego potrzebowałem! Tak bardzo, że poczułem autentyczną ulgę, kiedy zaciągnąłem się raz… potem drugi… i trzeci. To było niczym nadnaturalna etiuda. Przepysznie. Matko Naturo, kocham cię, od kiedy w twoim lesie, absolutnej dziczy w końcu mogłę palić!
Uśmiechnąłem się pod nosem. Nawet bez kawy mogłem teraz iść przez las we względnej błogości. I, rzecz jasna, nie zamierzałem oddawać swojej zdobyczy. Ale postanowiłem być nieco milszy. NIECO. Ze względu na to, że Prudence Bletchley, ta nieczuła żmija, posiadała papierosy. A jak ktoś posiadał papierosy, to należało się z nim obchodzić ostrożnie.
Zapewne do czasu, ale aktualnie nawet postanowiłem podzielić się z nią swoją wizją.
– Jedynym sposobem, żeby sprawdzić, w którą stronę przejdziemy najmniej lasu, będzie wdrapanie się na najwyższe drzewo. Ja nie zamierzam tego robić... A ty? – zapytałem z teatralnym zainteresowaniem.
Kiedy Prudence – słownie czy też wymownym gestem – zaprzeczyła, odwróciłem się i ruszyłem dalej przez las. Szedłem umiarkowanym tempem. Nie wiedziałem, ile drogi przed nami, a nie chciałem się zmęczyć za wcześnie. Miałem długie nogi, byłem wysoki, więc działało to na moją korzyść. To Prudence pewnie próbowała mnie dogonić i zipała jak podstarzały smok. Ale nie sprawiało to, że byłem bardziej litościwy.
Zresztą, mój dzień dobroci dla Prudence skończył się szybciej, niż się zaczął. Znowu byliśmy sobie gnojkami. Gnojkami, którzy bezceremonialnie obrzucali się słownym gównem, by związać pakt jedynie na potrzeby dogadania trasy… albo moich błagań o kolejnego papierosa.
Niestety, w jednym z takich momentów zorientowałem się, że nie mam przy sobie różdżki. Nie pamiętałem oczywiście, że została w domu — jakżeby inaczej. Spojrzałem spanikowany na Prudence.
– Musimy się zawrócić. Musiałem upuścić różdżkę przy teleportacji. Nie mam jej – oznajmiłem z mieszaniną paniki i determinacji. Zamierzałem się wykłócać o powrót, póki Bletchley się na to nie zgodzi. – Co będzie, kiedy napadną nas wilki... albo... albo... WILKOŁAKI! Do zmierzchu jeszcze trochę czasu, więc zdążymy oblecieć w jedną i z powrotem.
A w głowie… W głowie miałem już dziesiątki teorii. Może ten świstoklik to był jakiś pokrętny plan ojca? Może postanowił mnie ukarać za to, że zbyt lekko trwonię własne i rodowe pieniądze? Albo kara od kobiet, które poznałem w nieco zbyt przygodowy sposób? One też miały mi wiele do zarzucenia.