• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue

[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
11.05.2025, 01:33  ✶  
Spacerowaliśmy po wzgórzach, krok za krokiem, pod rękę, wreszcie dochodząc do kamieni, które były tu od wieków. Powietrze było rześkie, zapach morza mieszał się z zapachem dzikich ziół, które rosły tu na każdym kroku. Zdecydowanie nie spodziewałem się, że to z Prudence znajdę się w tym miejscu. Kiedyś, blisko piętnaście lat temu, nie potrafiliśmy rozmawiać, ale teraz, kiedy w końcu udało się to zrobić, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym... A potem przestaliśmy... To było najlepsze... I najgorsze... Łatwo byłoby przywyknąć do tego wrażenia...

~~~

Zdecydowanie nie była to rozmowa, którą spodziewałbym się prowadzić na wrzosowisku z kobietą, która jeszcze parę dni temu sprawiała wrażenie zbyt chłodnej, by sięgnąć po coś więcej niż zdawkowe uprzejmości po pomocy z kolanem. Później te pożary, Londyn w ogniu, a teraz znajdowaliśmy się tuż obok siebie... Rozmawialiśmy szczerze, może nawet trochę za bardzo. Spojrzałem jej w oczy i posłałem uśmiech - nie ten zwykły, nie rozbrajający, tylko ten krzywy - ten cwany, który nosiłem jak stary medal za przewinienia z przeszłości, i ten, który znała aż za dobrze.
- Pszestań tak patsześ. - Mruknąłem cicho, prawie żartobliwie, ale coś we mnie naprawdę zareagowało zbyt intensywnie. - Tak po plostu jeszt... I tyle, nie ma w tym nis specjalnego. - Rzuciłem z udawaną nonszalancją, chociaż ton głosu miałem niższy niż zwykle - surowszy.
Prue była cwana. Nie w ten chłodny, wyrachowany sposób, który każe ci trzymać różdżkę w pogotowiu - tylko w taki, który potrafi cię rozbroić jednym półuśmiechem i zdaniem, które mogłoby znaczyć wszystko i nic, zależnie od tego, czy akurat patrzyłeś jej w oczy, czy w usta. A ja, jak ten kretyn, dałem się w to wciągnąć z taką ochotą, jakbym od dawna czekał, aż ktoś rozłoży dla mnie tę partię. Oczywiście, że to miało pójść w tym kierunku... Chodziło o to, że właśnie powiedziała coś, co rozbudziło we mnie impuls, ale nie takie zwykłe: „Chcę cię.” - tylko to drugie, rozszerzone: „Wiem, jak możesz wyglądać, kiedy nie musisz niczego udawać, i chcę to zobaczyć.” Zamrugała - widziałem to - te mikrosekundy zwątpienia, czy właśnie powiedziałem to, co powiedziałem. Oczywiście, że powiedziałem - bardzo bezpośrednio i wprost, dokładnie tak, jak patrzyłem jej prosto w oczy. Nie było w tym nic z chłopięcej prowokacji - to było coś cięższego, głębszego. Zapowiedź? Może. Pytanie? Być może. Nie odwracałem wzroku, przecież to byłoby jak opuszczenie różdżki w środku pojedynku, zamiast tego swobodnie wzruszyłem ramionami i mrugnąłem jednym okiem, nie pierwszy raz tego przedpołudnia, ale teraz zrobiłem to wolniej - prosty sygnał: „Masz rację - nie jestem. Wiem, że wiesz, oboje jesteśmy poryci, dlatego w tym momencie, na te kilka dni, idealnie pasujemy do siebie.” Uśmiechnąłem się pod nosem - to było ledwie drgnienie kącika ust, jakby mimochodem, ale trwało wystarczająco długo, żeby miała pewność, że usłyszałem wszystko, i że mi się spodobało - nie uważałem tego za obelgę, tak jak „czarnoksiężnica” nią nie była.
- „Jedyna altelnatywna ścieszka”, co? - Powtórzyłem po niej luźno - nie zamierzałem udawać zdziwionego, ani robić z siebie kogoś patrzącego na wskazania moralnego kompasu - ten zastawiłem w lombardzie, zanim jeszcze dobrze wiedziałem, co to znaczy być uczciwie pracującym klątwołamaczem. Zerknąłem na nią spod brwi, unosząc lekko kącik ust. - Bszmi jak coś, co mówi szię tusz przed tym, jak wsystko zaczyna dziaś szię samo i nagle znajdujes szię w piwnisy pełnej świec, loskładająs na części tszecie szczątki ósmego s szędu nieszęśnika smalłego w tajemniszych okolicznościach. - Pokręciłem głową z udawaną dezaprobatą, zmrużyłem oczy, lekko przekrzywiłem głowę i... Wzruszyłem ramionami - to naprawdę nie było nic takiego.
Wspomnienie o młodości, o błędach i nauce na własnych zasadach, sprawiło, że uniosłem brew -  jasne, że młodość rządzi się swoimi prawami, ale nastolatki wciąż były przerażające pod tym względem - nie byłbym sobą, gdybym tego nie wiedział. Miałem całe szuflady wspomnień pełne idiotycznych decyzji, wybuchów, zaklęć, które nie powinny działać, ale jakoś działały, często z fatalnym skutkiem dla mnie, czasem dla kogoś innego.
- Losumiem młodych, ale nie będę ich głaskaś po głowie, kiedy bawią się siłami, któle znisczyły lepsych ode mnie. To, że ktoś jest młody, nie znaczy, sze świat mu wybaczy. - Rzuciłem po chwili, przyjmując jej słowa z rozbawionym grymasem, ale pod spodem kryło się coś więcej - zanim wyrobiłem sobie pozycję śmieszka, w Hogwarcie uważali, że powinienem nosić czarny kaptur i śledzić ludzi po korytarzach, i poniekąd było w tym sporo słuszności - nigdy nie byłem śnieżnobiały ani czysty, zrobiłem sporo dziwnych, pokręconych rzeczy - świat rzeczywiście ich nie wybaczał, a ja pewnym momencie przestałem prosić o wybaczenie...
Kiedy Prue rzuciła to „szkoda, że nie jesteś bardziej zaskoczony”, prawie się roześmiałem. Ja swoje trupy widywałem nie na stole sekcyjnym, a pod gołym niebem, i bywało, że nie były jeszcze do końca martwe. Czy naprawdę sądziła, że byłbym wstrząśnięty tym, że zajmowała się rzeczami zakazanymi? W moim świecie to nie była egzotyka - to była codzienność, a większość ludzi, których znałem i których szanowałem - naprawdę szanowałem - przekraczała granice, bo tylko tam zaczynały się odpowiedzi, i tak, może niektórych pochłaniało to bez reszty, ale Prue nie wyglądała na kogoś, kto daje się pochłonąć czemukolwiek - zbyt wiele w niej było chłodnej kalkulacji, nawet jeśli w tej chwili odsłaniała się przede mną z czymś na kształt niespodziewanej szczerości. Nie znała mnie aż tak dobrze, skoro naprawdę sądziła, że to, co robiła ukradkiem, było dla mnie jakąś anomalią. Przecież nie bez powodu wylądowałem tam, gdzie wylądowałem - na pograniczu tego, co akceptowalne, i tego, co już dawno zostało wyrzucone za margines.
- Biel mi nie leszy, plami się zbyt łatwo, a jak jusz las coś cię tknie, to nigdy więsej nie jesteś do końca czysty. -  Rzuciłem lekko, nie mając potrzeby oszukiwać kogoś, kto potrafił mówić o trupach i rytuałach z tym samym spokojem, z jakim niektórzy ludzie wybierają deser po kolacji - kto nie potrzebował mojej aprobaty, ale chciał mojej obecności, a to była różnica, która gryzła mnie w kark, jak zimny podmuch jesiennego wiatru, bo czułem, że sięgam po coś, czego nie kontroluję... Ale to była przecież moja specjalność - ryzyko, napięcie, krok nad przepaścią i wreszcie... Skok.
- Mas lasję - mosze kiedyś. Nie sądzę, szeby to były histolie na wszesne popołudnie i pielwszą landkę... - Parsknąłem śmiechem, ale nie z niej, tylko z samego siebie. -Zlesztą, to nie za balso nadają szię tesz na jesienne noce... Ale dla ciebie mogę je opowiedzieś kiedyś o świcie, na wpół tsześwo. - Zasugerowałem, chociaż nie zwykłem dzielić się takimi historiami, z kimkolwiek. Może i podróżowałem po świecie, dzięki temu, zdecydowanie miałem dostęp do rzeczy, o których inni tylko czytali w zakazanych tomach, ale nie wszystko, co widziałem, nadawało się do zbioru opowieści na sielskie popołudnie - nie wszystko powinno być przekazywane dalej, ale może... Może dla niej zrobiłbym wyjątek, bo zaczynałem podejrzewać, że była jedną z tych nielicznych osób, które nie odwrócą wzroku nawet wtedy, gdy opowieść stanie się naprawdę brzydka - dlatego powiedziałem to, co powiedziałem. Nie powstrzymywałem się niemal przed niczym - prócz tego jednego tematu, on nie był czymś, o czym chciałbym rozmawiać z kimkolwiek - był błędem, ale na szczęście Prudence nie dopytywała. Niektóre rzeczy powinny zostać zakurzone i otulone pajęczynami - z pewnością oboje takie mieliśmy, i ja też nie zamierzałem dopytywać o te jej.
- Kiedy mówis, sze mogłabyś szuciś wsystko w pizdu i zniknąś... - Zacząłem powoli. - To mam ochotę ci powiedzieś: „Zlób to.” Po plostu to zlób. Tylko wies, co? Nie czekaj asz świat zacznie ostatecznie szię waliś. Zlób to, zanim stanies szię kolejnym duchem, któly snuje szię po znajomych kolytaszach, bo nie miał odwagi wyjś pszes dszwi. Mas cały świat, by go nawiedzaś... Nawet Lumunia bęsie dobla, w ostateczności... - Patrzyła mi prosto w oczy, ja w jej także, aż w jej własnych pojawił się ten błysk - ledwo zauważalny, ale jednoznaczny, jak zapowiedź... To był ten rodzaj cichego porozumienia, który rodzi się tylko między dwojgiem ludzi, którzy zbyt długo udawali, że między nimi nic nie iskrzy. Milczenie między nami przestało być pustką do zapełnienia - było nasycone, gęste. Patrzyłem na nią, jej rozchylone wargi, rumieńce od wiatru na policzkach, rozszerzone źrenice i miałem wrażenie, że mogę patrzeć w nieskończoność, i że właśnie tak wygląda moment, w którym człowiek nie obawia się już ani własnych reakcji, ani cudzych - ani siebie, ani drugiego człowieka. Przyglądałem się oczom Prue - tej głębi brązu, w której teraz odbijało się coś więcej niż tylko światło wczesnego popołudnia. Widziałem tam siebie - ale nie tego, którym byłem dziś rano, jeszcze wczoraj, czy od wielu lat... Raczej tego, którym mógłbym być - kiedy patrzyła tak prosto, bez uniku, czułem, że nie mam już żadnych żartów na podorędziu, nie chciałem przybierać zbroi z cynizmu. Byłem tylko ja i to wszystko, co czułem w tej chwili - to, czego chciałem, ale też, co mnie bolało, co chciałem chronić i co ciągle próbowałem wyprzeć. Cisza między nami była głośna - sam nie wiem, kiedy przestałem się obawiać tego milczenia, chyba przy niej nigdy tak naprawdę się go nie bałem, chociaż może w szkole, gdy zostawaliśmy sami... Najważniejsze, że teraz nie musiałem już nic mówić, nie musiałem się usprawiedliwiać ani tłumaczyć - wystarczyło patrzeć. Pozwalałem jej czytać mnie wzrokiem, zgadzałem się na to, żeby ten jeden moment był wszystkim, czego potrzebujemy. Alkohol przestawał działać, ale zostawił po sobie pewne rozluźnienie - było przyjemnie, więc nie próbowałem ukrywać myśli, ani grać. Nie ruszyłem się, nie przysunąłem się ani na centymetr - nie musiałem, wiedziałem, że czuje dokładnie to samo, co ja. To dziwne napięcie między dłońmi, gdy trzymaliśmy się pod ramię na ścieżce, zostało zastąpione przez napięcie pomiędzy oddechami. Jeszcze się nie dotknęliśmy - i właśnie to było najciekawsze.
Zaśmiałem się w duchu, bo to była sytuacja, w której rzeczywiście mogłem poczuć się trochę, jak debil - przypomniałem sobie, jak często musiałem chować tę niepewność za śmiechem. Zawsze miałem ten dziwny mechanizm obronny - jeżeli nie wiem, o co chodzi, najlepiej jest zażartować, żeby nikt się nie dowiedział, iż tak naprawdę nie mam pojęcia.
- Okej, okej… - Odpowiedziałem, rzucając jej spojrzenie, które miało sugerować, że zdaję sobie sprawę z tego, co próbowała zrobić, ale nie mogłem po prostu tego puścić, starając się wyglądać na lekko urażonego, chociaż uśmiech wciąż błąkał się na moich ustach. - Ale, wchodząs w to tak głębiej... Czyli po plostu… Nigdy nie zastanawiałaś szię nad tym, co ze mną, co polabiam? - Zasugerowałem z udawanym niedowierzaniem, dramatycznie kładąc rękę na sercu. - No, świetnie. Czyli wystalczyło, sze debil szię wyplowasił na koniec świata, pozamiatane, ploblem s głowy, mosna iś dalej s szyciem, klasyka. Nawet mnie to ani tlochę nie dziwi, Bletchley, ale wies… Miałem wlaszenie, sze mieliśmy jakąś ciekawsą lelasję, tylko tlochę, taki plomyk nadziei, sze nawet, jak wsiądę na statek do Australii, wypieldalająs s klaju, by lobiś kalielę, to moja największa lywalka mosze chociasz pszes sekundę pomyśli: „Ciekawe, co telas kombinuje ten idiota.” Ale nie, po co, pewnie wystalczyło ci wewnętszne: „Wyjeszczas? Supel, powodzenia z kangulami, nie wlasaj za sybko.” - Przewróciłem oczami, ale uśmiech nadal nie chciał zejść mi z twarzy - to było zabawne, trochę tragikomiczne, jak cała nasza znajomość - zawsze gdzieś na granicy dogryzania. Tylko że teraz, po latach, mogłem już z tego śmiać się bez goryczy. Pochyliłem głowę i patrzyłem na nią przez chwilę, udając, że jestem rozczarowany. - I telas jescze mam szię tłumaczyś, czemu nie odlószniam lamy od alpaki? - Westchnąłem ciężko, jakby dotknęła mnie największa zniewaga. - No, pszeplasam, sze nie zlobiłem doktolatu s zoologii. Jak dla mnie, to jedno i to samo - włochate, kszywo szię patszy, pluje, jak ma zły dzień. - Podniosłem ręce w obronnym geście. - Nie plowadzę falmy w Andach, nie mam zamialu szię w to wdlaszaś, mam inne talenty, ale... - Uniosłem brwi i nachyliłem się odrobinę w jej stronę - Wiem jedno... - Zrobiłem dramatyczną pauzę, jakbym miał wygłosić coś naprawdę poważnego. - Ponoś skóla alpaki jeszt zdesydowanie milsa pod plesami nisz lamy. - Uśmiechnąłem się szeroko, patrząc jej prosto w oczy, bo to nie był komentarz z książki o faunie - to była sugestia, co do tych naszych praktycznych lekcji.
Machnąłem ręką, krzywiąc się teatralnie, gdy weszła mi w słowo - spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, z udawaną urazą, ale  celowo zbyt przerysowaną, by mogła ją wziąć na serio.
- Za to ty jesteś całkiem plaktyszna w tlanspolsie... Kompaktowa, stabilna, szkoda, sze nie w zestawie s haszykami, ale nie mosna mieś wsystkiego... - Zamrugałem niewymuszenie, przechylając głowę, jakbym coś analizował - nie w tym oceniającym sposobie, tylko raczej z ciekawością, zainteresowaniem, ale nie bez rozbawienia... Może jednak miała haczyki - na pewno miała, tylko nie te dosłowne, bardziej metaforyczne. Ton Prudence - jej sposób mówienia, ten miękki głos, odrobinę przeciągnięty przez alkohol, ale wciąż z tą czujną ostrością. Dźgała słowami jak ostrzem, ale nie na oślep, tylko z wyczuciem, z zamiarem - jakby chciała zrobić nacięcie nie po to, by zranić, tylko by sprawdzić, jak szybko, wraz z krwią, zacznie sączyć się... Reakcja. - „Les Fleuls du Mal?” No, oczywiście... Nie mogłabyś byś tlochę mniej gotycka. - Dodałem ciszej, z zamyśleniem, jakby mówił do siebie, chociaż wiedziała, że to do niej. Kiedy już się to wiedziało - nie sposób było nie widzieć w niej tego ciemnego błysku...
Zmieszanie? Tak, mogłem tak wyglądać, może nawet odchrząknąłem, ale nie dlatego, że nie wiedziałem, co powiedzieć - bardziej dlatego, że nagle zrobiło się zbyt ciasno w... Mojej własnej skórze. Zacisnąłem lekko szczękę, bo szczerze mówiąc, to co powiedziała, naprawdę mnie ruszyło, i nie chodziło nawet o to, co tam sugerowała - nie tylko o to - ale jak. Ten półtrzeźwy ton i przewrotna pewność, z którą rzucała okruszki na mój szlak, wiedząc, że nie tylko za nimi pójdę, ale jeszcze wydepczę sobie cholerną ścieżkę na skróty, jeśli będzie trzeba, żeby zobaczyć, co znajduje się na końcu. Wiedziała, co robi - oczywiście, że wiedziała. Rzuciła te słowa z rozmysłem, z precyzją byłej uzdrowicielki, która dokładnie zna zasady dawkowania - ile pikanterii, ile niedopowiedzenia, a ile jawnej prowokacji, żeby nie przesadzić. Odchrząknąłem tylko po to, żeby nie parsknąć śmiechem, ale nie tyle z rozbawienia, tylko z tego zaskoczonego rodzaju zachwytu, który dopada człowieka, gdy ktoś pokazuje, że potrafi grać równie ostro, jak ty.
Wzruszyłem ramionami, jakby nic się nie stało, ale... Wszystko się stało - teraz nie tylko karta była na stole, był cały cholerny zestaw, dwie talie pełne możliwości, z których coraz chętniej korzystaliśmy... I oboje wiedzieliśmy, że to tylko kwestia czasu, aż ktoś powie: „Sprawdzam.” - niech mnie szlag, jeśli nie zaczynało mi się to podobać dużo bardziej, niż powinno, bo nie byłem tylko zaintrygowany - byłem cholernie, absolutnie gotów. Zrobiłem krok w jej stronę, może odrobinę za blisko, tylko tyle, żeby jej nie dotknąć, ale sprawić, że cały świat zwęził się do odległości między naszymi ciałami. Nie potrzebowałem fizycznego kontaktu, żeby dać jej znać, że go rozważałem, i to bardzo intensywnie.
- To zabawne. - Odezwałem się w końcu, przeciągając się, jakbym rozważał, czy warto się dalej bawić w tę grę. - Bo ja s kolei ostatnio nauszyłem szię balszo dokładnie dobielaś leaksje. Zaśmiałem się - prawdziwie, głęboko, pierwszy raz od dawna - gówno prawda, oczywiście, nadal reagowałem impulsywnie, ale pewnie to już wiedziała. - Jeszli mam byś szczely... - Zacząłem, i wiedziałem, że zaraz będzie źle, bo za każdym razem, gdy „mówiłem szczerze”, kończyło się albo bójką, albo równie nerwowo używanymi dłońmi... Przechyliłem głowę, spojrzałem na nią spod brwi, trochę jakbym oceniał, czy karta, którą mi podała, nie jest przypadkiem zbyt oczywista do zagrania nią w tej rundzie. Zastygłem na moment, może pół sekundy za długo, z tą kartą w dłoni - i ze spojrzeniem wbitym w Prudence, unosząc brew i nawet nie mrugając. Oczywiście, że to miała być sugestia z pogranicza erotycznej prowokacji. Jasne, że miałem bujną wyobraźnię, i właśnie w tej chwili jej słowa, z pozoru lekkie i rzucone jakby mimochodem, otworzyły mi w głowie drzwi, których chyba nie powinna była dotykać, łapać za klamkę i uchylać, jeśli faktycznie chciała zachować choćby cień dystansu... Ale wiedziała, co robi - doskonale wiedziała, a ja nie byłbym przecież tym, kim jestem, gdybym nie złapał tej aluzji i nie obejrzał jej sobie ze wszystkich stron - tak jak chciałem oglądać kobietę przede mną - rzeczywiście zupełnie, jak jakiś ciekawy, chociaż może lekko zaklątwiony artefakt. Cholera, przecież jeszcze chwilę temu mówiliśmy o przeklętych przedmiotach i inskrypcjach, które należało odczytać, żeby zdjąć klątwę - albo przeciwnie - wyryć je dookoła na ziemi przed dalszymi krokami. Teraz miałem ochotę poprosić ją, żeby sama coś napisała - najlepiej paznokciami, i najlepiej nie na pergaminie.
- Jeszli sugelujes, sze tu, na miejscu, mamy dostęp do altefaktów... - Wziąłem głębszy oddech, przesuwając spojrzeniem po jej ustach, potem na chwilę niżej, a potem znów na oczy. - To oczywiście, sze tak, chętnie zajszę do zbiolów, s pszyjemnością. - Przechyliłem się w bok, balansując na obcasach butów, kiwając głową, jakbym chciał rzucić coś jeszcze bardziej nieprzyzwoitego, ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie - cokolwiek mogło paść, zostawiłem to zawieszone w powietrzu. Mieliśmy po trzydzieści lat z hakiem i masę doświadczeń - prób i błędów, udanych, nieudanych, nieidealnych, ale prawdziwych, dojrzałych, albo i nie... Przynajmniej byliśmy wystarczająco poobijani przez życie, żeby już nie udawać, że czegoś nie czujemy, kiedy czujemy wszystko na raz. Nie byliśmy już tamtymi dzieciakami z Hogwartu - ja nie byłem już tym zarozumiałym chłopcem z Gryffindoru, który próbował imponować wszystkim wokół, a ona nie była tylko tą chłodną, nieosiągalną Krukonką z wiecznym planem i idealnie ostrym językiem wykorzystywanym w precyzyjnie wyważonych momentach. Może po prostu musieliśmy najpierw zrozumieć siebie osobno, zanim mogliśmy zrozumieć siebie razem, a może to było złudzenie chwili i działanie alkoholu - przecież wiedziałem, że na dłuższą metę byliśmy zbyt różni od siebie, dzieliła nas przepaść bez dna, ale tego dnia wcale nie wydawała się taka głęboka, wręcz zachęcała do skoku. Uśmiechnąłem się, ale nie tym lekkim, rozbrajającym uśmiechem, którego używałem, żeby coś rozładować. Ten był inny - trochę tak, jakby mówił: „Widzisz? W końcu się ogarnęliśmy i zobacz...” Mogliśmy nawet mieć zbieżne oczekiwania...
Wzruszyłem ramionami, nonszalancko, ale ta nonszalancja była pozorna. Wszystko, co powiedziałem, ale także wszystko, co przemilczałem, było celowe - tak samo jak to, że nie odsunąłem się ani o centymetr. Zmrużyłem oczy, próbując się jakoś opanować, ale serce waliło mi jak młot - wiedziałem, że jeśli spojrzę na nią trochę dłużej i bardziej intensywnie, to wszystko znowu się zacznie - nie byłem pewien, czy bym tego nie chciał, bo w tym miejscu nie było już nikogo, poza nami - nie było czegoś, co mogłoby nas rozproszyć, naprawdę łatwo można byłoby się pokusić o przesunięcie granic tak, by w ogóle przestały istnieć. Ta myśl była równie niepokojąca, co kusząca - sam też nakłaniałem się do złego... A może wręcz przeciwnie - do dobrego, skoro oboje chcieliśmy tego samego i to było właśnie to?
Ciało wyprzedziło rozum, a pragnienie zdusiło wszelkie argumenty przeciw. Trzymałem ją więc dalej - tak długo, jak oboje tego chcieliśmy, jakby ten jeden gest miał odczynić lata niepewności - tę dziwną mieszankę przyciągania i odpychania, spiralę, w którą wpadliśmy wtedy, jeszcze jako dzieci, i z której nigdy do końca się nie wydostaliśmy, bo nie mieliśmy okazji. Nasze drogi rozeszły się tak samo nieoczekiwanie, jak się zeszły - teraz też nie miały przebiegać wspólnie zbyt długo, ale przynajmniej wiedzieliśmy, że mamy czas i dawaliśmy temu trwać. Nadal przytulałem ją do siebie, nasze ciała wciąż się stykały, klatki piersiowe unosiły się i opadały w tym samym rytmie. Czułem, jak powoli tracę świadomość miejsca i czasu - nie byliśmy już na wzgórzu, w kromlechu, otoczeni światem. Świat przestał istnieć, a my reagowaliśmy, jak w transie - każdy dotyk był potwierdzeniem, że to się naprawdę dzieje - to nie fantazja, nie sen, nie żart. Nie chciałem już niczego analizować, pytać, co dalej, co to znaczy, czy to rozsądne. Wszystko, co miało znaczenie, było tu - jej usta, w które się wpatrywałem, jej dłonie wokół mojej szyi, jej zapach, jej obecność... Jakbyśmy oboje próbowali udowodnić sobie, że nie zmarnowaliśmy lat, bo wreszcie spotkaliśmy się w pół drogi, a to wszystko miało sens - nawet jeśli nie miało.
Nie potrzebowałem żadnych słów - nie tym razem, to nie był moment na słowa, nie wtedy, gdy wszystko było już tak niewiarygodnie oczywiste.
Zrozumiałem jej ton, ale przez chwilę nic nie odpowiedziałem - patrzyłem na nią, jakby mówiła w obcym języku, choć każde słowo trafiało we mnie ze snajperską precyzją. Ona naprawdę chciała rozmawiać, ja też - to było osobliwie naturalne - nawet przez resztę dnia, całą noc, do utraty tchu, do bólu w gardle, do świtu, który może i miałby nas zastać w jakimś nieprzyzwoitym splocie - ale ważniejsze było to, co mówiła - o tym nie chciałem dyskutować. To był ten cholerny wybór, którego nie chciałem mieć, bo pewnie rzeczywiście mogłoby być dobrze, gdybyśmy mieli tę wzajemność, a dobre rzeczy przy mnie zawsze kończyły się z hukiem. A mimo to słuchałem - słuchałem, jak mówi, że chce mi dać coś więcej. Nie próbowała mnie przekonać, ani mnie złamać, nie namawiała mnie do złego - to było właśnie najgorsze. To, że mówiła to spokojnie, jakby to było oczywiste, naturalne, ludzkie - to, że ja coś jej daję, a ona chce się odwdzięczyć. W tym wszystkim zabrakło jednego drobnego szczegółu - że ja nie chciałem przyjmować, chciałem być kimś, komu pozwoli dać coś z siebie - nic więcej, pokręciłem głową, bez słowa.
Przesunąłem uniesioną dłonią po karku, żeby się czymś zająć, zanim zrobiłbym coś głupiego - jeszcze nie teraz, jeszcze nie, ale moje ciało już dawno nie miało ochoty czekać na „odpowiedni moment”. Moje ręce z powrotem same odnalazły drogę - przesunęły się z jej pleców niżej, na pośladki, palce napotkały szorstkość jeansu, jeszcze krótką chwilę trwałem w tym dotyku, w zawieszeniu, a potem, bez żadnego ostrzeżenia, ani najmniejszego zawahania, zacisnąłem dłonie na jej ciele i zgiąłem lekko nogi, żeby ją unieść. Napiąłem mięśnie nóg, lekko ugiąłem kolana i uniosłem ją bez trudu - jakby ciało pamiętało ten gest, mimo że nigdy wcześniej go nie wykonałem. Ciało czasem wie samo. Liczyłem, że zrozumie - bez słowa, bez instrukcji, i rzeczywiście, zrobiła to z tym samym rodzajem cichego porozumienia, które było między nami przez cały dzień, jakby każda nasza wymiana zdań, spojrzenie, przerwa w rozmowie prowadziła właśnie do tego. Odrobinę, w tym pozytywnym sensie, zaskoczyła mnie tym, jak naturalnie mi to umożliwiła - jej ręce oplotły moją szyję, jakby znała każdy mój ruch zawczasu. Tak, jakby nie robiła tego po raz pierwszy, tylko wracała do czegoś, co już dawno było nasze. Liczyłem na ten moment cichego porozumienia - i dostałem go. Nogi kobiety objęły mnie bez wahania, stabilizując nasz ciężar, a ja wyprostowałem się, równając nasze spojrzenia. Znaleźliśmy się na tej samej wysokości, tym samym poziomie - dosłownie i w przenośni - nigdzie się nie spiesząc, nigdzie nie musząc już zmierzać w żadnym kierunku, czymkolwiek się przejmować. Zamknąłem na chwilę oczy, tylko na paręnaście sekund, pozwalając sobie na luksus samego trwania w tej chwili. Jej dłonie przesunęły się po mojej skórze, zatrzymały się przy karku, palce delikatnie wplotły się we włosy, pociągnęły lekko. Nie bolało, ale było wystarczająco wyraźne, żeby potraktować to jako świadomą reakcję. Nie zrobiła tego, bo bała się, że się wywrócimy -  wiedziała, że jej nie upuszczę, utrzymam ją, choćby ziemia miała rozstąpić się pod nami. Przestrzeń między naszymi ciałami właściwie nie istniała, cisza panująca między nami nie ciążyła, a nawet wręcz przeciwnie - była pełna słów, tylko niewypowiedzianych, wydawało mi się, że nie musimy mówić na głos, porozumiewamy się bez nich. Patrzyliśmy tylko na siebie, całkiem zatrzymani w czasie. Wpatrywałem się w nią, śledząc każdy refleks światła w jej oczach, które w tej chwili wyglądały niemal złotawo - ciepłe, ale uparte, z tą iskrą, którą znałem od dzieciaka. Tylko teraz ta iskra nie wyrażała już złości czy ambicji - była bardziej subtelna, ledwie uchwytna, ale uderzała głęboko - poruszała dziwne, zaśniedziałe struny. To mi się podobało, więc wciąż na nią patrzyłem - patrzyłem, bo nie mogłem się napatrzeć - trochę tak, jakbym musiał zapamiętać każdy szczegół na wypadek, gdyby to wszystko miało się zaraz skończyć, a trochę tak, jakbyśmy znów byli tamtymi nastolatkami, ale już nie zagmatwanymi, tylko tymi, którzy wreszcie zrozumieli, po co te wszystkie sprzeczki, wieczne wojny na słowa, spojrzenia, milczenia.
- Dobla, dobla, wycofuję szię s tej ostatniej częsi. - Uśmiechnąłem się - nie szeroko, nie bezczelnie, nie tak jak kiedyś, kiedy wszystko w mojej mimice było rodzajem maski, tylko całkiem szczerze. Nasze twarze zrównały się - wysokość i różnica wzrostu nie stanowiła już przeszkody - patrzyliśmy sobie prosto w oczy. - I pomyśleś, sze kiedyś chciałaś mnie zamieniś w lopuchę, a wystalszyło byś miłą i wyglana twoja... - Rzuciłem cicho, wpatrując się w oczy Prudence - na tyle mocno, że dostrzegłem jej zamiar, zanim jeszcze wcieliła go w życie, i nie zaoponowałem. Ten ledwie dostrzegalny rozbłysk w jej oczach, który pojawiał się tylko wtedy, gdy decydowała się na coś, zanim jeszcze to zrobiła - jak błysk ostrza, gdy przecina powietrze, zanim jeszcze opadnie, tnąc ciało.
Poruszyła się, niemal niezauważalnie, ale poczułem to jak impuls elektryczny, na który odpowiedziałem mocniej, bardziej zachłannie, nie zważając już na nic - ani na sakralną ciszę, która nas otaczała, ani na miejsce, ani na przestrzeń - wszystko zniknęło, poza jej ustami, dłońmi, udami oplatającymi mnie mocniej, ciaśniej. Po raz pierwszy od dawna poczułem się inaczej - nie lepiej, ani nie gorzej - inaczej. To było coś innego - gwałtownego, prawdziwego, naznaczonego latami przemilczanych napięć, niedopowiedzianych fraz, spojrzeń, które znaczyły wiele, ale nie padły we właściwym momencie. Odpowiedziałem - nie mogłem nie odpowiedzieć, tu nie było miejsca na niepewność, nie w tym pocałunku, bo to nie był już tamten pierwszy dotyk sprzed dni, ten smakował inaczej. Moje palce zacisnęły się mocniej na jej ciele, nie mogąc się zdecydować - trzymać ją czy przyciągnąć jeszcze bardziej. Nie było już dźwięków z zewnątrz, tamten świat przestał istnieć - kromlech, wzgórza, niebo, wrzosowiska -  wszystko zniknęło. Liczyła się tylko ona, jej ciało w moich ramionach, smak jej ust, ten moment... Byliśmy dorośli - ludzie po przejściach, decyzjach, które nie zawsze były właściwe, ale w tej chwili - tu i teraz - wszystko zdawało się tak cholernie proste i naturalne.
Uśmiechnąłem się do niej - ale nie był to uśmiech, jaki wcześniej bardzo dobrze u mnie znała, to na pewno. Nie ironiczny, nie łagodny, nie ten niespokojny, jaki zdarzał mi się ostatnimi dniami. Ten był krzywy, cwany, z lekkim uniesieniem jednego kącika ust, które mówiło: „A jednak...”
- Zawse wiesiałem, sze skończymy w ten sposób. - Mruknąłem, głosem niższym niż zazwyczaj, tonem utrzymanym gdzieś między chrapliwością, szorstkością a zachwytem, bo rzeczywistość kolejny raz przewyższała oczekiwania. Oderwałem się na moment od jej ust, żeby złapać oddech, ale tylko na sekundę, zanim znowu zagadnąłem jej wargi w pocałunku, całując ją coraz mniej spokojnie, coraz mniej ostrożnie - aż w końcu musiałem oprzeć się o jeden z głazów -  twardy i zimny, ale nie miało to znaczenia. Chciałem tylko czuć ją, ten moment, zapach, ciężar w ramionach. To przyszło naturalnie, z jakąś dziwną pewnością - nie natarczywą, ale nieodwołalną. Oparłem się plecami o kamień, żeby uzyskać więcej stabilności, ale właściwie nie była mi już potrzebna żadna dodatkowa równowaga - za to powietrze? - jak najbardziej. Przytuliłem czoło do jej czoła, czując jak nasze oddechy mieszają się w jeden - powietrze między nami było gorące, naładowane elektrycznością. To był impuls, wyraz tego napięcia, które gęstniało między nami jak powietrze przed burzą - i chociaż może gdzieś z tyłu głowy kołatało mi się pytanie, czy to właściwe, czy bezmyślnie nie przesuwamy granicy, to jednak cała reszta mnie wiedziała jedno - cholernie tego pragnąłem... Znowu pochyliłem się, żeby zamknąć usta Prudence, mocniej oparłem nas o kamień - tym razem jej nogi też znalazły się przyciśnięte do monolitu...

~~~

Kolana dotykają zimnego kamienia, a świat drży. Czujesz to najpierw w oddechu - raptowne ściśnięcie powietrza w płucach, jakby coś chciało je wyrwać z twojego ciała. Kromlech, który jeszcze przed chwilą był tylko cichym półkolem z omszałych głazów, jakby zadrgał - nie fizycznie, ale w tym wymiarze, który wyczuwasz całą sobą, zbyt głęboko, by móc to nazwać. Czujesz, jak w twoim kręgosłupie odzywa się pradawna pamięć.- coś starszego niż ty, starszego niż twoja matka, starszego niż cała twoja linia krwi... Niebo ciemnieje o ton, powietrze gęstnieje, zapachem przypomina popiół, mokrą wełnę i miód - coś obcego, a jednak niepokojąco znajomego. Zanim zdążysz nabrać tchu, zapadasz się w czas...
Wzrok blednie, oczy stają się matowe - wszystko wokół zamienia się w szklistą, rozwibrowaną mgłę, z której wyłania się coś innego. Obraz nie przeskakuje gwałtownie - to nie jest jak wizje wywołane transami, które znasz - to... Przesunięcie - świat nie znika, on się... Przekształca. Kamień pod twoimi kolanami mięknie i twardnieje jednocześnie, jakby był zrobiony z czegoś, co zna strukturę czasu i potrafi go wyginać. To głos wrzosowiska - jaźń i język korzeni i kamieni, śpiewany przez ptaki, szeptany przez szum wrzosów, zanim jeszcze pojawiły się litery. To coś, co słyszysz przez skórę - fala ciepła i chłodu przechodzi przez ciebie jak echo czyjegoś oddechu - kogoś, kto istniał tu dawno temu, ale wciąż pamięta... I nagle... Widzisz - nie przez oczy, a przez pamięć, którą ci podarowano - wzgórze to samo, ale młodsze, nieporównywalnie dziksze, surowsze. Wrzosy są bujne, ciemniejsze - pulsują fioletem, ale przybierają wiele odcieni - od jasnego fioletu aż do czerni. Krąg kamieni lśni wilgocią niedawnego deszczu, czujesz zapach ziemi, jesieni, tak samo wczesnej, jak ta, którą opuściłaś. Kamienie są nowe - nie świeże, lecz dopiero co ułożone, jeszcze nie nasiąknięte tyloma śmierciami. Pośrodku okręgu płonie ogień ogniska, a nad twoją głową rozciąga się granatowe niebo - bez słońca, ale też bez księżyca i gwiazd, zaledwie z cienką smugą białego dymu ciągnącą się przez horyzont. Widzisz je oczami kobiety, która nie zna słowa „Anglia”, nie posługuje się określeniem „czarnoksiężnica” czy „czarownica”, ale wie, jak rozmawiać z ziemią, i jak słuchać śmierci. Ma twarz, która nigdy nie odbiła się w lustrze, widziała tylko taflę jeziora, a jej dłonie pokryte są popiołem i krwią. Widzisz, jak siada - ty-ona siadasz - opierając się o ten sam kamień, tylko młodszy, czystszy, bardziej surowy. Nuci coś pod nosem - językiem, który znasz, chociaż nigdy się go nie uczyłaś. Wiesz, że to rytuał - nie modlitwa, nie błaganie - to rozkaz i przyzwolenie jednocześnie. Wokół niej leżą przedmioty - gliniana misa z krwią, garść świeżych ziół - bluszcz, barwinek, ciemiężyca. Kreda, kości niedużego ptaka. Ona - ty - bierzesz kredę i rysujesz linie na kamieniu - symbole... Spiralę, ostre linie fal, oko bez źrenicy... I gdy już wszystko zostaje narysowane, przestajesz nucić - zaczynasz szeptać. Powinnaś to robić przez następne minuty, upadając na kolana, ale wewnątrz wiesz, że będzie inaczej, bo ty czekasz... A potem podnosisz się z ziemi na ten widok, na który ściska cię w piersi - z ekscytacji i niepokoju - i z wyczekiwania.
Stoi na skraju kręgu - nie wchodzi jeszcze pomiędzy kamienie. Jest wysoki, szerszy w ramionach niż ktokolwiek z twojej wioski. Ma włosy czarne, jak ta noc bez gwiazd, i oczy, które nie powinny być takie - ciemnoszare, prawie stalowe, ale błyszczące, jakby nosiły w sobie świt, który jeszcze nie nadszedł. W jego postawie jest cisza, jakby od dawna nie potrzebował słów, by być słyszanym i zauważanym, ale nie respektowanym. Wiesz, że nie powinien tu być - jego obecność to złamanie obietnic, złamanie przysiąg złożonych nie tylko ludziom, ale i ziemi... Ale jest, jest tutaj, a ty się nie ruszasz.
Znasz go - znasz go od miesięcy - z lasu, ze skraju jeziora, z ukradkowych spojrzeń ponad ogniem, z dotyku, który nigdy nie trwał dłużej niż chwilę, ale zostawiał po sobie echo. Jego ludzie to ci z południa - mówią, że przybyli zza wzgórz, przynoszą śmierć, a ich magia pachnie krwią. Mówili ci: „Nie patrz, nie dotykaj.” Ale patrzyłaś... I dotykałaś.
Teraz przyszedł, chociaż wiedział, co czeka - krąg kamieni nie wybacza zdrad, ale tej nocy granice są cieńsze. Księżyc jest wysoki, soki w liściach zatrzymały się, a ty jesteś gotowa złamać zasady, zaryzykować wszystko.
Podchodzisz do niego, powoli, chociaż twoje serce chce biec. Twoje stopy stąpają prawie bezgłośnie pośród wrzosów, jakby ziemia milknęła na twój krok. Stajesz naprzeciwko niego, tak blisko, że czujesz ciepło jego skóry - nie dotyka cię, jeszcze nie, ty jego też.
- Nie powinieneś. - Mówisz, lecz twój głos brzmi, jakbyś mówiła za kogoś innego - recytowała zdanie zapisane w kamieniu - wyryte, chociaż niewidzialne.
On milczy, ale jego oczy są pełne żalu, i czegoś jeszcze - czegoś, co piecze w twoim gardle, prędzej przepali je od środka, zanim nazwiesz to miłością.
- Przyjdą po mnie. - Mówisz.
- Wiem.
- I po ciebie.
- Wiem.
Nie pytasz, dlaczego przyszedł - ty też byś przyszła, gdyby to on klęczał przy kamieniu, jeśli to on miałby zostać złamany dla dobra rodu, dla magii, dla tej głupiej, starej wiary, która karmi się bólem...
Zamykasz oczy, i on w końcu dotyka cię - kładzie dłoń na twojej twarzy, kciukiem ociera ślad po łzie, której nie czułaś, że spływa. Świat zewnętrzny znika - jest tylko jego oddech, twoja dłoń na jego karku, i usta, które odnajdują się tak naprawdę. To pocałunek, który nie prosi o więcej niż ten moment, ale zawiera w sobie wszystko, co zostało wam odebrane.
Nie słyszysz, jak podchodzą - jak łamią gałęzie kosodrzewiny, wrzosy jęczą pod ich ciężarem... Ale on słyszy - odsuwa się - nie gwałtownie, delikatnie, jakby przerywał pajęczynę.
- Musisz iść. - Mówi. - Jutro... Zostaw to mi...
- Nie. - Szepczesz.
Ale już widzisz światło pochodni - słyszysz śpiew, ten sam, którego kiedyś uczyłaś się od starej kapłanki - ten, który przed chwilą płynął z twoich ust. Teraz niosą go kobiety w czerni - twoje siostry, twój ród. Dotykasz jego policzka - wzrok ci ucieka, gdzieś na bok, bo w jego oczach jest coś, co zaboli cię bardziej niż chłód świtu, jednak on ujmuje twój podbródek, wymusza na tobie spojrzenie, i sam patrzy ci w oczy - mówi coś w obcym języku, czego nie rozumiesz, ale czujesz, jak wbija się w twoją krew, jak pieczęć. Potem odchodzi, nie ucieka, odchodzi - powoli, dostojnie, wiedząc, że to spojrzenie może być ostatnie...
Gdy kobiety docierają do kręgu, klęczysz już przy kamieniu - udajesz, że byłaś tu cały czas, i że nie czujesz smaku jego ust, nie śmierdzisz jego piżmowym zapachem...
Ale kamień wie...Ziemia wie... Krąg wie...
Kiedy wypowiadasz słowa obrzędu, czujesz, że coś w tobie umiera - nie on, nie miłość, ale coś kruchego, co miało nadzieję, że to się skończy inaczej. Dym z ogniska przesłania ci widok, mrugasz, a gdy otwierasz oczy - scena się zmienia. Wciąż jest noc, ale nie ta sama. Wiesz to... Nadszedł świt.
Nagle czujesz jego obecność. Nie widzisz go - ale wiesz, że tam jest - mężczyzna, ten sam co przed chwilą. Stoi... Nie, nie stoi - unosi się, jest cieniem, ale ona - ty - i tak wyciągasz do niego rękę... I on odpowiada. Nie mówi, nie może, jest odległy - niemal rozwiany przez wiatr, ale czujesz, co by powiedział, gdyby mógł: „To było warte ceny.” Nagle widzisz jego życie - migawki - twarz matki, kobiety, która zmarła przy kolejnym porodzie, śmiech siostry, ogień w oczach kochanki, ból decyzji... Zimno śmierci. Nie wiesz, ile to trwa - czas się rozpływa. Jesteś w środku czegoś, co nie jest snem ani jawą, co nie należy do jednego istnienia, tylko wielu. Kamień pod tobą płacze. Krąg bije jak złamane serce. Wrzos szumi w języku, którego nie zna już nikt, prócz ciebie... I wtedy znowu ją widzisz - tę kobietę. Patrzy na ciebie - tak, teraz na ciebie - przez czas, przez zasłonę z dymu i kamienia. Jesteś nią i nie jesteś jednocześnie. Jej oczy są twoimi oczami, ale starszymi, bardziej pustymi. Mówi coś - jej usta się poruszają, i chociaż nie słyszysz słów - znasz ich sens: „Nie wszystko da się cofnąć, ale wszystko ma cenę.” Nie znasz jego imienia, nie znasz swojego - jej - ale pamiętasz smak pożegnania, i dłonie, które były gotowe zapłacić za miłość własnym życiem.
Nagle - świat wraca, jakby ktoś wylał na ciebie wiadro zimnej wody. Oddech powraca z szarpnięciem. Kamień pod kolanami jest już tylko kamieniem - nie krąży w nim nic więcej. To nie było złe wspomnienie - nie pozostawia po sobie ani pustki, ani bólu - zostawia melancholię, nostalgię na wielu różnych wymiarach.

~~~

Poczułem to niemal natychmiast - subtelne, niemal niezauważalne zwiotczenie jej ciała, jakby jakaś część niej nagle zniknęła, dłonie zamarły w bezruchu, jakby straciły zamiar trzymania się mojej szyi. Jeszcze przed chwilą była tu, ciepła, drżąca, obecna w całej swojej złożoności, a teraz… Była jakby przezroczysta. Obejmowałem ją nadal, z ramionami zaciśniętymi wokół jej ciała, trzymając ją przy sobie, ale nie całowałem jej już. Zmarszczyłem lekko brwi i nieznacznie odsunąłem głowę, by lepiej ją widzieć. Oczy Prudence, chociaż otwarte, nie były przytomne - wcześniej skupione, roziskrzone i świadome, nagle straciły ostrość. Poczułem, że przestaje oddychać normalnie. Nie w dosłownym sensie - klatka piersiowa unosiła się i opadała, ale już nie w rytmie, który znałem. Było w tym coś nienaturalnie płytkiego, urwanego, jakby jej ciało jeszcze tu było, ale świadomość wymknęła się tylnymi drzwiami. Ten wzrok, ten brak reakcji, subtelne drgnięcie warg, jakby wypowiadała coś, czego nie słyszałem. Nie znałem szczegółów, ale widziałem wystarczająco dużo, by się domyślić - to nie było to samo, co wtedy w Londynie, nie omdlenie, nie zamyślenie, ani nie wycofanie się z czułości, tylko stan półobecności. Kontakt z czymś, co nie należało do tu i teraz. Wiedziałem, że w takich chwilach najlepiej nie przeszkadzać, być - ale nie zakłócać.
Zacisnąłem dłonie nieco mocniej na pośladkach Prue, podtrzymując ją stabilnie, nie chcąc jej szarpać, nie chcąc jej odciągać od skały, którą nieświadomie musnęła nogą. Cokolwiek widziała, cokolwiek do niej przyszło - musiało się skończyć samo, nie wolno było tego przerywać, szarpać, interweniować - wiedziałem to instynktownie. Pochyliłem lekko głowę, przysuwając usta do jej skroni, ale nie całując jej. Tylko tak, by mogła mnie poczuć, żebym nie znikał tak do końca...
- Jestem obok, nigdzie szię nie wybielam... - Wyszeptałem cicho, bardziej w geście obecności niż jako oczekiwanie na odpowiedź, a potem skierowałem spojrzenie gdzieś na linię wzgórz, w dal, pozwalając sobie trwać przy niej, bez wtrącania się w to, co właśnie działo się za mglistą zasłoną. Nie wiedziałem, czy słyszy. Może gdzieś w tej dalekiej rzeczywistości mój głos przebijał się do niej jak przez mgłę, jak echo spoza czasu... Amoże nie, ale powiedzenie tego na głos wydawało się ważne - dla niej, dla mnie,  dla tej chwili, która nagle przestała należeć tylko do nas - świata, który znałem. Zostałem z nią w tym stanie, nie odsunąłem się, nie próbowałem jej sprowadzać z powrotem ani dotykiem, ani słowem - jej nogi nadal spoczywały na głazie. Nie liczyłem czasu. Czekałem.
A potem... Coś się zmieniło. Nie od razu - najpierw to był delikatny ruch - minimalny, ledwie wyczuwalny, oddech, który znowu zaczął mieć rytm, lekki opór w mięśniach pleców, jakby wracała do siebie... I powieki - drgnęły - nie od razu, nie gwałtownie, ale w taki sposób, który zwiastował powrót. Poczekałem jeszcze chwilę - eszcze jedno uderzenie serca, jeszcze jeden oddech, zanim zdecydowałem się ruszyć. Dopiero wtedy, gdy byłem niemal pewien, że jej świadomość powraca, że znów zaczyna rejestrować to, co ją otacza, zrobiłem krok. Przesunąłem nas lekko do przodu, jakbyśmy wspólnie, spokojnie, oddalali się od czegoś, co właśnie wygasało.
- [b[Hej.[/b] - Powiedziałem cicho, łagodnie. - Wlóciłaś? - Zapytałem miękko, głosem, który sam mnie zaskoczył - był spokojny, niższy niż zwykle. To nie było pytanie, na które musiała odpowiedzieć - było bardziej stwierdzeniem albo podaniem dłoni. Wyprostowałem się odrobinę, pozwalając jej na odzyskanie więcej przestrzeni, ale wciąż byłem blisko, nadal nie opuściłem Prue na ziemię, byłem gotów trzymać ją tak długo, jak tego chciała - nie jako rycerz, nie jako bohater, po prostu jako ktoś, kto może nie do końca rozumie, ale nie odchodzi.
- Czego potszebujes? - Zapytałem - głos miałem cichy, spokojny, pozbawiony pośpiechu. Nie było w tym ani jednej nuty presji - nie było w tym pytaniu nacisku, nie było ukrytego: „Powiedz mi, co widziałaś.”, ani „Czy wszystko w porządku?”, bo nie wszystko było, i nie musiała się z tego tłumaczyć. To pytanie nie miało drugiego dna - nie niosło ze sobą oczekiwań, nie chciałem, by się tłumaczyła, nie chciałem nawet, by odpowiadała od razu, ale musiała wiedzieć, że może... Wszystko - milczeć, zacząć się śmiać jak głupia, gadać płakać, wzruszyć ramionami, odejść... Albo usiąść, wyciągnąć rękę po butelkę i trwać w ciszy, póki wszystko w niej znów się nie ułoży. Tuliłem ją spokojnie - już nie z żądzy i pragnienia, tylko troski. Z tego starego, niewygodnego uczucia, które tak łatwo udawać, że nie istnieje, dopóki nie staje się oczywiste. Spojrzałem na nią uważnie -  bez nachalności - moje brwi nadal były ściągnięte, ale tym razem towarzyszyło temu coś więcej - troska, czujność, gotowość. Nie próbowałem zgadywać - nie chciałem jej wciskać w rolę dziwnej, kruchej, oderwanej od rzeczywistości. To, co zobaczyła - jeśli cokolwiek zobaczyła - było jej, nie moje. Moim zadaniem nie było rozumieć - moim zadaniem było być. Czasem, tylko czasem, myślałem, że to wszystko, czego ktoś może naprawdę potrzebować. Mogła zadrżeć, kazać się postawić na ziemi odejść, jeśli tego chciała - nie byliśmy sobie aż tak bliscy, żebym uznał to za potwarz.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (43540), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (35854)




Wiadomości w tym wątku
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Pan Losu - 30.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 30.04.2025, 21:33
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.04.2025, 23:24
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 00:13
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 01.05.2025, 02:30
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 03:30
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 01.05.2025, 15:38
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 23:40
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 02.05.2025, 19:45
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 03.05.2025, 00:53
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 04.05.2025, 20:31
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 05.05.2025, 18:00
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 06.05.2025, 18:07
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 07.05.2025, 01:27
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.05.2025, 23:21
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 09.05.2025, 22:51
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 11.05.2025, 01:33
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 11.05.2025, 23:43
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.05.2025, 17:37
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 16.05.2025, 00:16
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 16.05.2025, 19:39

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa