06.02.2023, 01:54 ✶
Billy naprawdę nie lubił pogrzebów. Już sama idea tego, że ludzie zbierali się w kółku i klepali po plecach, próbując w ten sposób zaleczyć smutek, wywoływała u niego niestrawność. To przekłamane wmawianie sobie, że będzie lepiej, a zmarły jest teraz lepszym w miejscu, było stekiem bzdur. Typ umarł, niby jak kurwa miał być teraz w lepszym miejscu? Jasne, ceny w Londynie nie były szczególnie przyjemne, gdy przychodziło do kupowania mieszkań, ale naprawdę wszystko było lepsze od kilku kawałków drewna wrzuconych do dziury z ziemią. Mając do wyboru wkurwiającą, upierdliwą staruszkę, a bandę robaków, której jedynym celem jest wyjedzenie ci oczu i reszty organów — Fletcher bez wahania wziąłby to pierwsze. Babka długo nie pożyje, a fajnie zachować ciało we względnej, niezepsutej całości. Jakoś tak poręcznie.
Mniej więcej z tych powodów, przeważnie unikał takich imprez, przekładając ponad nie te nacechowane pozytywnie. Urodziny, zaręczyny, wesela — wszystko to, gdzie mógł się za darmo nawpierdalać i upić, a goście nie patrzyli krzywo, gdy o północy odprawiał na środku parkietu najdziksze kombinacje ruchowe, które akurat przychodziły mu do głowy. Spróbował tego ze dwa razy na stypie i co tu dużo mówić, został wyproszony. Jasne, większy wpływ mogło mieć to, że wbił się na krzywy ryj i ktoś w końcu to odkrył, ale pozostawanie poza radarem prawdziwych gości mogło pomóc.
Co więc robił na stypie po Simone Malfoy? W sumie to sam dalej się zastanawiał. Zaproszenie, które otrzymał, zdecydowanie nie miało trafić do niego. Skąd o tym wiedział? Cóż, wynika to z dokładnej i wnikliwej analizy treści listu. Tak konkretniej to napisanego wielkimi literami nazwiska "Lestrange". I jasne, Billy mógłby zabawić się w dobrego samarytanina i oddać przesyłkę do właściwego adresata, ale po krótkim zastanowieniu, które trwało mniej więcej pięć sekund uznał, że tego nie zrobi. Ostatnimi czasy naprawdę mocno chodziła za nim jakaś solidniejsza impreza z wyżerką, a to zdawało się idealną okazją. Malfoyowie byli w końcu bogaci, a co za tym idzie, ich stypa pewnie nie będzie w dziurawym kotle, tylko jakieś odjebanej chacie ze skrzatami i wszystkimi innymi bajerami. Dobre wino, szampa... a nie, to było raczej do świętowania. W każdym razie — zacne alkohole i przednie przekąski.
Dokładnie te dwie rzeczy zmotywowały go do tego, żeby wygrzebał z dna szafy mocno zagnieciony garnitur, który pachniał dokładnie tak, jak wyglądał. Na szczęście starczyły dwa-trzy prania, solidne prasowanie i w końcu wyglądał jako tako. Może nie wzięliby go w tym za młodego, zamożnego paniczyka, który jeździ po Londynie na kucyku, ale na pewno też nie za menela, który rzyga Ci na buty podczas proszenia o kilka sykli na piwo.
Początkowo chciał uniknąć samego pogrzebu, ale uznał, że jeśli się tam uda, łatwiej przyjdzie mu wtopić się w tłum. Przysiadłszy na tyłach, chylił nieco głowę, żeby tym razem nie spostrzeżono go zbyt wcześniej. Naprawdę chciał spróbować wina, które pili ludzie z górnego pokładu statku zwanego życiem.
Jak było? Dokładnie tak, jak zapamiętał. Nudy i smęty. Płacz starych bab przepleciony z przynudzaniem jakiegoś pastora. Było tak nudno, że w pewnym momencie po prostu się wyłączył ze słuchania o dokonaniach zmarłej. Dla niego sprawa była krótka. Ktoś był, teraz go nie ma — no chuj, bywa i tak.
Dopiero wtedy, gdy znaleźli się w samej posiadłości, jego zainteresowanie wzrosło. Jeśli tak wyglądały pogrzeby bogaczy, naprawdę kurwa mocno chciałby zobaczyć ich wesela. Przecież tutaj galeony dosłownie wylewały się ze wszystkiego. Już sami goście odjebali się tak, jakby mieli zaraz iść na rewię mody. Rzucił swojemu garniturowi kilka niepewnych spojrzeń. Poprawił kilka zmarszczek i nierówności, raz jeszcze zawiązał krawat, chcąc go nieco wyprostować, po czym wtopił się w tłum.
Przybierając wszelkie dostępne siły, spróbował aktywować zdolności, z których praktycznie nigdy nie korzystał.
Dobre maniery.
Nie miał zamiaru próbować bawić się we właściwe trzymanie kieliszków czy sztućców. W sumie to unikał tego typu sytuacji. Jeśli ktoś go zaczepił, wymienił kilka krótkich zdań, wyrażając swój wielki smutek z powodu zmarłej, po czym czmychał dalej. Po drodze zgarniał kolejne drinki i mniejsze porcje jedzenia. Trzymając się ścian, celowo unikał ludzi, którzy wyglądali na bardziej bogatych od reszty. Zakładał, że to właśnie oni najłatwiej mogliby wyczaić, że coś w nim im nie pasuje.
Zaczął się też przyglądać niektórym kobietom, oceniając ich biżuterię. Cholera, te wszystkie ozdóbki były tak ładne, ale przede wszystkim wyglądały cholernie drogo. Gdyby tylko jakąś zwinął, wyciągnąłby z tej imprezy nie tylko pełen brzuch, ale też solidny mieszek galeonów.
Mniej więcej z tych powodów, przeważnie unikał takich imprez, przekładając ponad nie te nacechowane pozytywnie. Urodziny, zaręczyny, wesela — wszystko to, gdzie mógł się za darmo nawpierdalać i upić, a goście nie patrzyli krzywo, gdy o północy odprawiał na środku parkietu najdziksze kombinacje ruchowe, które akurat przychodziły mu do głowy. Spróbował tego ze dwa razy na stypie i co tu dużo mówić, został wyproszony. Jasne, większy wpływ mogło mieć to, że wbił się na krzywy ryj i ktoś w końcu to odkrył, ale pozostawanie poza radarem prawdziwych gości mogło pomóc.
Co więc robił na stypie po Simone Malfoy? W sumie to sam dalej się zastanawiał. Zaproszenie, które otrzymał, zdecydowanie nie miało trafić do niego. Skąd o tym wiedział? Cóż, wynika to z dokładnej i wnikliwej analizy treści listu. Tak konkretniej to napisanego wielkimi literami nazwiska "Lestrange". I jasne, Billy mógłby zabawić się w dobrego samarytanina i oddać przesyłkę do właściwego adresata, ale po krótkim zastanowieniu, które trwało mniej więcej pięć sekund uznał, że tego nie zrobi. Ostatnimi czasy naprawdę mocno chodziła za nim jakaś solidniejsza impreza z wyżerką, a to zdawało się idealną okazją. Malfoyowie byli w końcu bogaci, a co za tym idzie, ich stypa pewnie nie będzie w dziurawym kotle, tylko jakieś odjebanej chacie ze skrzatami i wszystkimi innymi bajerami. Dobre wino, szampa... a nie, to było raczej do świętowania. W każdym razie — zacne alkohole i przednie przekąski.
Dokładnie te dwie rzeczy zmotywowały go do tego, żeby wygrzebał z dna szafy mocno zagnieciony garnitur, który pachniał dokładnie tak, jak wyglądał. Na szczęście starczyły dwa-trzy prania, solidne prasowanie i w końcu wyglądał jako tako. Może nie wzięliby go w tym za młodego, zamożnego paniczyka, który jeździ po Londynie na kucyku, ale na pewno też nie za menela, który rzyga Ci na buty podczas proszenia o kilka sykli na piwo.
Początkowo chciał uniknąć samego pogrzebu, ale uznał, że jeśli się tam uda, łatwiej przyjdzie mu wtopić się w tłum. Przysiadłszy na tyłach, chylił nieco głowę, żeby tym razem nie spostrzeżono go zbyt wcześniej. Naprawdę chciał spróbować wina, które pili ludzie z górnego pokładu statku zwanego życiem.
Jak było? Dokładnie tak, jak zapamiętał. Nudy i smęty. Płacz starych bab przepleciony z przynudzaniem jakiegoś pastora. Było tak nudno, że w pewnym momencie po prostu się wyłączył ze słuchania o dokonaniach zmarłej. Dla niego sprawa była krótka. Ktoś był, teraz go nie ma — no chuj, bywa i tak.
Dopiero wtedy, gdy znaleźli się w samej posiadłości, jego zainteresowanie wzrosło. Jeśli tak wyglądały pogrzeby bogaczy, naprawdę kurwa mocno chciałby zobaczyć ich wesela. Przecież tutaj galeony dosłownie wylewały się ze wszystkiego. Już sami goście odjebali się tak, jakby mieli zaraz iść na rewię mody. Rzucił swojemu garniturowi kilka niepewnych spojrzeń. Poprawił kilka zmarszczek i nierówności, raz jeszcze zawiązał krawat, chcąc go nieco wyprostować, po czym wtopił się w tłum.
Przybierając wszelkie dostępne siły, spróbował aktywować zdolności, z których praktycznie nigdy nie korzystał.
Dobre maniery.
Nie miał zamiaru próbować bawić się we właściwe trzymanie kieliszków czy sztućców. W sumie to unikał tego typu sytuacji. Jeśli ktoś go zaczepił, wymienił kilka krótkich zdań, wyrażając swój wielki smutek z powodu zmarłej, po czym czmychał dalej. Po drodze zgarniał kolejne drinki i mniejsze porcje jedzenia. Trzymając się ścian, celowo unikał ludzi, którzy wyglądali na bardziej bogatych od reszty. Zakładał, że to właśnie oni najłatwiej mogliby wyczaić, że coś w nim im nie pasuje.
Zaczął się też przyglądać niektórym kobietom, oceniając ich biżuterię. Cholera, te wszystkie ozdóbki były tak ładne, ale przede wszystkim wyglądały cholernie drogo. Gdyby tylko jakąś zwinął, wyciągnąłby z tej imprezy nie tylko pełen brzuch, ale też solidny mieszek galeonów.