Nie, żeby się tego nie spodziewała, jednak mimo wszystko, odruchowo uśmiechnęła się sama do siebie, gdy zobaczyła wspaniały strumień wody, który wyczarowała. Udało jej się. Mogła im pomóc, mogła uratować ludzi, którzy znajdowali się w środku kamienicy, to było zawsze przyjemnym uczuciem. Ta świadomość, że jej starania nie szły na marne, że mogła się na coś przydać, że nie była bezużyteczna. Lubiła czuć się potrzebna, szczególnie, gdy przestała zawodowo grać w quidditcha i trafiła do BUMu, wtedy zrozumiała, że faktycznie może mieć znaczenie, że ktoś może jej potrzebować, że nie nadawała się tylko do łapania znicza.
Miała światu do zaoferowania coś więcej i w tej chwili właśnie to demonstrowała. Nie było to nic takiego, chociaż może nie powinna sobie ujmować? Nie każdy podjąłby podobną decyzję, nie każdy miałby chęć ryzykować po to, aby ratować innych. Dla Wood był to odruch bezwarunkowy, tak już po prostu miała, i nie przeszkadzało jej to, że była tu zupełnie sama, że nie miała wsparcia, że nikt nie mógł jej pomóc. Wiedziała, że sama może zdziałać naprawdę wiele, jak na swój wiek była przecież naprawdę wprawioną czarownicą, miała tego świadomość i nie było to zwyczajne zadzieranie nosa. Czuła, że może spowodować, że świat będzie lepszym miejscem.
Gasiła kamienice tym efektownym strumieniem wody, który wydobywał się z jej różdżki. Zaczęła od tych największych, które powodowały, że płonęła cała kamienica, wiedziała, że woda zapewne też przyniesie szkody, ale przynajmniej mieszkańcy nie stracą wszystkiego. Woda była jej żywiołem, może nie do końca pasowała do jej charakteru, czy wyglądu, bo ten jednak kojarzył się z ogień, tak jednak to właśnie poprzez wodę objawiała się jej klątwa żywiołów, a teraz nią ratowała tych niewinnych ludzi. Czuła się pewnie, właściwie to jak zawsze, wydawało jej się, że nic złego nie może się jej przytrafić. Zajęło to Wood dłuższą chwilę, bo ogień był dość spory, ale się nie poddawała, zamierzała ugasić każdy, nawet najmniejszy płomień.
Ludzie wybiegali z kamienicy w coraz większej ilości. Lawirowała między nimi kontynuując rozpoczęte zajęcie. Szło jej naprawdę nieźle, była z siebie zadowolona. Ugasiła ją całą. Przyglądała się efektowi swojego zaklęcia, gdy przypadkiem znalazła się między mieszkańcami tego budynku. Byli oni spanikowani, biegli przed siebie, chyba nie wiedzieli, że problem już jest rozwiązany.
Heather była drobna, mimo tego, że jej sprawność fizyczna była ponadprzeciętna, to nie miała szansy, by wyrwać się z otaczającego ją z każdej strony tłumu spanikowanych ludzi. Zaklęła pod nosem. Nie powinna pozwolić sobie na taki błąd, ale jednak to zrobiła. Otaczało ją coraz więcej osób, aż w końcu znalazła się pod ich nogami. Nie była w stanie podnieść się nad ziemię, czuła, że po niej depczą, nikt nie zauważył jej obecności, nikt nie wiedział, że to ona ocaliła ten budynek przed ogniem. Jęknęła cicho, zaczęła się poddawać, bo co innego mogła zrobić, jakim cudem miała wydostać się z tego tłumu. Była jednak zawzięta, tego nie można było jej odmówić. Postanowiła, że nie da się zdeptać, zaczęła na czworaka poruszać się między stopami, które chciały ją zdeptać. Poczuła, że ktoś stanął jej na nodze, krzyknęła z bólu, musiała dość mocno oberwać, ale nie zmieniało to faktu, że naprawdę miała w sobie wolę walki.
Jakim cudem udało jej się przeturlać pod niewielki murek, przy którym usiadła. Ból zaczynał dawać o sobie znać, próbowała się podnieść, jednak nie była w stanie stanąć na prawej nodze. Zamiast tego po prostu osunęła się na ziemię. Była na siebie zła, tylko i wyłącznie na siebie, nie na tych spanikowanych ludzi, to ona powinna być uważniejsza. Oczy jej się zaszkliły, bo była tutaj zupełnie sama, ubrana w ten śmieszny mundur brygadzistów i nie bardzo wiedziała, co powinna dalej zrobić.
// odwaga, uparciuch, wspominam o AF, kompleks bohatera