12.05.2025, 15:01 ✶
Ojej, jakiż zawód. Już przez chwilę łudziłem się, że Prudence Bletchley – ta racjonalna, nieczuła kobieta – w ramach swojego praktycyzmu przeczytała wszystkie możliwe książki survivalowe, a tymczasem... klops. Nawet nie spojrzała na drzewo z myślą o wspinaczce! A przecież, umówmy się, to był najprostszy sposób na rozeznanie terenu. Ja sam, naturalnie, również się nie wspinam, nie po to noszę te buty i mam ten kręgosłup. Ale znałem kobiety, które z gracją wdrapywały się na drzewa, a potem równie zgrabnie z nich schodziły. Ja takich rzeczy w dzieciństwie nie robiłem. Byłem względnie grzeczny. Do obrzydzenia wręcz przykładny.
Z różdżką była już zupełnie inna historia. Nie było mowy, by zostawić ją gdzieś w lesie i po prostu iść dalej. To nie był jakiś tam kawałek drewna. To była MOJA różdżka. Towarzyszka od pierwszych dni w Hogwarcie. Powierniczka. Symbol wszystkiego, co czyniło mnie mną. Porzucenie jej byłoby nie tylko nierozsądne, byłoby wręcz hańbą. Oczywiście tego wszystkiego Prudence nie mówiłem. Nie czułem takiej potrzeby. Wolałem nastraszyć ją dziką zwierzyną, co, o dziwo, zadziałało. Sukces godny toastu.
Co więcej, zaczęła iść pierwsza, co było mi jak najbardziej na rękę, bo prawdę mówiąc... nie miałem pojęcia, gdzie iść. Wcześniej nawet się nie rozglądałem. Byłem absolutnie przekonany, że nie zamierzam wracać. Do teraz. Cóż, życie bywa przewrotne, szczególnie moje. Niczego nie można było być pewnym.
– Do nocy jeszcze daleko – stwierdziłem z pozornym spokojem, wpatrując się w niebo. Chociaż… może jednak nie aż tak daleko?
Jesień miała to do siebie, że dzień kończył się szybciej, niż człowiek zdążył zorientować się, że w ogóle trwa. A ja byłem głodny. Autentycznie. Mój żołądek prowadził monolog wewnętrzny, który z łatwością mógłby być uznany za dramat klasy B. Mieliśmy pewnie już po południu. Słońce powoli schodziło za korony drzew, a wraz z nim moje morale. Ale Prudence wciąż miała różdżkę, więc teoretycznie to ona powinna zająć się wszelkimi zagrożeniami losu. Teoretycznie.
Rozglądałem się za różdżką, ale, o zgrozo!, nic. Zero. Żadnego błysku drewna, żadnej poświaty, żadnego cudownego przypadku. Zacząłem nawet żałować, że nie poszliśmy do przodu, tak jak planowaliśmy na początku. Może już byśmy byli w drodze do domu? Może leżałbym w swoim łóżku? Może piłbym kawę? A tak… nie miałem nic. Ani kawy, ani różdżki, ani godności. Tylko Prudence, która władała papierosami niczym suwerenny monarcha. I która nie dzieliła się swoim bogactwem. Okrutna kobieta. Dobrze... Może trochę się dzieliła, ale byłem głodny i zmęczony, więc miałem prawo do narzekania i złorzeczenia.
– Podziel się jeszcze jednym. Nic nie jadłem, więc potrzebuję tego papierosa bardziej niż powietrza – wymamrotałem z całą dramatycznością, na jaką było mnie stać, licząc, że moje zmęczenie i melancholia wywołają choć odrobinę współczucia.
Marzyłem, żeby po prostu paść w swoim łóżku w Exmoor. Spać dwa dni bez przerwy, zanim ktoś przypomni mi, że muszę funkcjonować. Ale najpierw zjadłbym śniadanie, obiad i kolację – wszystko w jednym posiłku, wielkim jak moje ego. Mijałem jakieś podejrzane krzaczki z owocami, ale wyglądały na typowe leśne pułapki. Nie chciałem być bohaterem tragicznej ballady o jedzeniu nieznanych jagód.
– Czy my dobrze idziemy? Niczego tu nie poznaję. Nie ma mojej różdżki. To jakiś koszmar – powiedziałem po dłuższej, nużącej wędrówce, czując, że kończy mi się energia nawet na narzekanie. Byłem zbyt zmęczony, żeby się z nią kłócić. Zbyt zmęczony, żeby myśleć. Po prostu… zbyt.
Zatrzymałem się. Westchnąłem. Spojrzałem w niebo jak na ostatnią deskę ratunku.
– Stój. Musimy zrobić prowizoryczny obóz. W nocy nic nie znajdziemy. Jeszcze bardziej się pogubimy – skrzywiłem się, zirytowany własną bezradnością. Obozowanie nie należało do moich mocnych stron. Nigdy nie było. Raczej miałem ludzi od takich rzeczy. I bardzo mi ich w tej chwili brakowało.
Z różdżką była już zupełnie inna historia. Nie było mowy, by zostawić ją gdzieś w lesie i po prostu iść dalej. To nie był jakiś tam kawałek drewna. To była MOJA różdżka. Towarzyszka od pierwszych dni w Hogwarcie. Powierniczka. Symbol wszystkiego, co czyniło mnie mną. Porzucenie jej byłoby nie tylko nierozsądne, byłoby wręcz hańbą. Oczywiście tego wszystkiego Prudence nie mówiłem. Nie czułem takiej potrzeby. Wolałem nastraszyć ją dziką zwierzyną, co, o dziwo, zadziałało. Sukces godny toastu.
Co więcej, zaczęła iść pierwsza, co było mi jak najbardziej na rękę, bo prawdę mówiąc... nie miałem pojęcia, gdzie iść. Wcześniej nawet się nie rozglądałem. Byłem absolutnie przekonany, że nie zamierzam wracać. Do teraz. Cóż, życie bywa przewrotne, szczególnie moje. Niczego nie można było być pewnym.
– Do nocy jeszcze daleko – stwierdziłem z pozornym spokojem, wpatrując się w niebo. Chociaż… może jednak nie aż tak daleko?
Jesień miała to do siebie, że dzień kończył się szybciej, niż człowiek zdążył zorientować się, że w ogóle trwa. A ja byłem głodny. Autentycznie. Mój żołądek prowadził monolog wewnętrzny, który z łatwością mógłby być uznany za dramat klasy B. Mieliśmy pewnie już po południu. Słońce powoli schodziło za korony drzew, a wraz z nim moje morale. Ale Prudence wciąż miała różdżkę, więc teoretycznie to ona powinna zająć się wszelkimi zagrożeniami losu. Teoretycznie.
Rozglądałem się za różdżką, ale, o zgrozo!, nic. Zero. Żadnego błysku drewna, żadnej poświaty, żadnego cudownego przypadku. Zacząłem nawet żałować, że nie poszliśmy do przodu, tak jak planowaliśmy na początku. Może już byśmy byli w drodze do domu? Może leżałbym w swoim łóżku? Może piłbym kawę? A tak… nie miałem nic. Ani kawy, ani różdżki, ani godności. Tylko Prudence, która władała papierosami niczym suwerenny monarcha. I która nie dzieliła się swoim bogactwem. Okrutna kobieta. Dobrze... Może trochę się dzieliła, ale byłem głodny i zmęczony, więc miałem prawo do narzekania i złorzeczenia.
– Podziel się jeszcze jednym. Nic nie jadłem, więc potrzebuję tego papierosa bardziej niż powietrza – wymamrotałem z całą dramatycznością, na jaką było mnie stać, licząc, że moje zmęczenie i melancholia wywołają choć odrobinę współczucia.
Marzyłem, żeby po prostu paść w swoim łóżku w Exmoor. Spać dwa dni bez przerwy, zanim ktoś przypomni mi, że muszę funkcjonować. Ale najpierw zjadłbym śniadanie, obiad i kolację – wszystko w jednym posiłku, wielkim jak moje ego. Mijałem jakieś podejrzane krzaczki z owocami, ale wyglądały na typowe leśne pułapki. Nie chciałem być bohaterem tragicznej ballady o jedzeniu nieznanych jagód.
– Czy my dobrze idziemy? Niczego tu nie poznaję. Nie ma mojej różdżki. To jakiś koszmar – powiedziałem po dłuższej, nużącej wędrówce, czując, że kończy mi się energia nawet na narzekanie. Byłem zbyt zmęczony, żeby się z nią kłócić. Zbyt zmęczony, żeby myśleć. Po prostu… zbyt.
Zatrzymałem się. Westchnąłem. Spojrzałem w niebo jak na ostatnią deskę ratunku.
– Stój. Musimy zrobić prowizoryczny obóz. W nocy nic nie znajdziemy. Jeszcze bardziej się pogubimy – skrzywiłem się, zirytowany własną bezradnością. Obozowanie nie należało do moich mocnych stron. Nigdy nie było. Raczej miałem ludzi od takich rzeczy. I bardzo mi ich w tej chwili brakowało.