13.05.2025, 15:38 ✶
Papieros już mnie nie koił. Był tylko drobnym pocieszeniem, bladym śladem dawnego luksusu, potwierdzeniem, że prawdziwy świat istnieje gdzieś poza tym przeklętym lasem. Świat, do którego pasowałem. Raj. Pełen przyjaciół, miękkich foteli, porządnych papierosów i herbaty podanej w porcelanie, nie w puszce po konserwach. Świat swobody, wygody i – przede wszystkim – cywilizowanego łóżka z kołdrą.
Co prawda tutaj też panował spokój, ale był to ten niepokojący rodzaj ciszy, która zwiastuje nocleg na runie leśnym, wśród rzeczy, których wolałem nie analizować. A jednak... zaczynałem analizować. Mrówki. Pająki. Ślimaki. Odchody zwierząt. Grzyby o niepokojąco obślizgłej fakturze. Trącący zaduchem mech. Iskry wilgoci w powietrzu. Istny koszmar dla kogoś, kto w dzieciństwie miał osobnego skrzata do polerowania pantofli na spacery po parku.
W takich momentach naprawdę mogłem żałować, że nie urodziłem się w rynsztoku. Albo chociaż nie miałem osobowości Aloysiusa. On by wiedział, co zrobić. On z pewnością miałby przy sobie magiczny nóż do oprawiania królika i jeszcze wygłosiłby o tym referat.
– Alojzy! – jęknąłem zbolały, dokładnie w chwili, gdy Prudence zapytała, czy coś słyszę.
Nie, to nie był Alojzy. To było...
– Woda? – powtórzyłem za nią, niepewny, czy to rzeczywistość, czy halucynacja. Teraz byłem gotów spokojnie – lub niespokojnie – stwierdzić, że woda jest moim nowym papierosem. – Idziemy w tamtą stronę? Nie miałem nic w ustach od porannego mycia zębów – zauważyłem z goryczą.
Poranne magiczne szorowanie zębów... ach, wspomnienia. Czy Prudence ustawiła budzik na jakąś zagrażającą życiu godzinę? Czy przez to właśnie teraz włóczymy się po tym niekończącym się lesie? Bo to już nawet nie było bagno. To był zielony labirynt śmierci.
Aj, a mnie bolały nogi. Nogi dziedzica! Chciałem spać. Chciałem do taty. Zamknąłem oczy i nasłuchiwałem. Cisza była tak głęboka, że aż przerażająca. Wcześniej z nudów wymyślałem ptakom imiona. W końcu nie znałem ich prawdziwych nazw, a nuda sprzyjała kreatywności. Teraz nie słyszałem nawet ptaków. Tylko ten jeden dźwięk. Woda.
Przełknąłem znikomą ślinę, oblizałem spierzchnięte usta.
– To nie może być pułapka. Jedna, ta z gazetą, zdecydowanie nam wystarczy na najbliższe milenia – mruknąłem z przekąsem, wspominając Proroka Codziennego, którego nie tylko udało mi się złapać równo z Prudence, ale też przeczytać w całości w czasie jednej z licznych przerw w marszu. I to nawet nie dlatego, że był ciekawy. Po prostu był. A w takich chwilach człowiek docenia wszystko...? Albo i nie. Gazeta pełna lania wody.
Bez słowa ruszyłem w stronę dźwięku, który zdawał się prowadzić mnie jak jakaś leśna syrena. Nawet przyspieszyłem krok, jak gdyby nagle coś się we mnie przebudziło. Może ostatni instynkt przetrwania? Może zwykła desperacja? Chciałem się napić. Umoczyć twarz. Zanurzyć dłonie. Oby to źródło nie było przeklęte, bo – jak na złość – nie miałem przy sobie mojego runicznego lejka do oczyszczania wody. A to przecież podstawowe wyposażenie podróżne.
Ależ to wszystko było żenujące. Iście niegodne mojego nazwiska. Przeklinałem ten dzień ponad wszystkie.
Co prawda tutaj też panował spokój, ale był to ten niepokojący rodzaj ciszy, która zwiastuje nocleg na runie leśnym, wśród rzeczy, których wolałem nie analizować. A jednak... zaczynałem analizować. Mrówki. Pająki. Ślimaki. Odchody zwierząt. Grzyby o niepokojąco obślizgłej fakturze. Trącący zaduchem mech. Iskry wilgoci w powietrzu. Istny koszmar dla kogoś, kto w dzieciństwie miał osobnego skrzata do polerowania pantofli na spacery po parku.
W takich momentach naprawdę mogłem żałować, że nie urodziłem się w rynsztoku. Albo chociaż nie miałem osobowości Aloysiusa. On by wiedział, co zrobić. On z pewnością miałby przy sobie magiczny nóż do oprawiania królika i jeszcze wygłosiłby o tym referat.
– Alojzy! – jęknąłem zbolały, dokładnie w chwili, gdy Prudence zapytała, czy coś słyszę.
Nie, to nie był Alojzy. To było...
– Woda? – powtórzyłem za nią, niepewny, czy to rzeczywistość, czy halucynacja. Teraz byłem gotów spokojnie – lub niespokojnie – stwierdzić, że woda jest moim nowym papierosem. – Idziemy w tamtą stronę? Nie miałem nic w ustach od porannego mycia zębów – zauważyłem z goryczą.
Poranne magiczne szorowanie zębów... ach, wspomnienia. Czy Prudence ustawiła budzik na jakąś zagrażającą życiu godzinę? Czy przez to właśnie teraz włóczymy się po tym niekończącym się lesie? Bo to już nawet nie było bagno. To był zielony labirynt śmierci.
Aj, a mnie bolały nogi. Nogi dziedzica! Chciałem spać. Chciałem do taty. Zamknąłem oczy i nasłuchiwałem. Cisza była tak głęboka, że aż przerażająca. Wcześniej z nudów wymyślałem ptakom imiona. W końcu nie znałem ich prawdziwych nazw, a nuda sprzyjała kreatywności. Teraz nie słyszałem nawet ptaków. Tylko ten jeden dźwięk. Woda.
Przełknąłem znikomą ślinę, oblizałem spierzchnięte usta.
– To nie może być pułapka. Jedna, ta z gazetą, zdecydowanie nam wystarczy na najbliższe milenia – mruknąłem z przekąsem, wspominając Proroka Codziennego, którego nie tylko udało mi się złapać równo z Prudence, ale też przeczytać w całości w czasie jednej z licznych przerw w marszu. I to nawet nie dlatego, że był ciekawy. Po prostu był. A w takich chwilach człowiek docenia wszystko...? Albo i nie. Gazeta pełna lania wody.
Bez słowa ruszyłem w stronę dźwięku, który zdawał się prowadzić mnie jak jakaś leśna syrena. Nawet przyspieszyłem krok, jak gdyby nagle coś się we mnie przebudziło. Może ostatni instynkt przetrwania? Może zwykła desperacja? Chciałem się napić. Umoczyć twarz. Zanurzyć dłonie. Oby to źródło nie było przeklęte, bo – jak na złość – nie miałem przy sobie mojego runicznego lejka do oczyszczania wody. A to przecież podstawowe wyposażenie podróżne.
Ależ to wszystko było żenujące. Iście niegodne mojego nazwiska. Przeklinałem ten dzień ponad wszystkie.