13.05.2025, 20:18 ✶
Miał problem gdy jakikolwiek płyn dotykał jego skóry, a teraz ściekała zeń lepka śmierdząca farba, wpływała za kołnierz, zatykała nozdrza, szczypała w oczy. Nienawidził dotyku, a dotykały go obce dłonie, nienawistne dłonie, dłonie pragnące jego zguby. Nie był aż tak słaby, nawet teraz gdy nie trzymał różdżki mógł przecież odepchnąć agresorów translokacyjną siłą, mógł kontratakować ich ukształtowanymi lodowymi igłami, mógł w końcu czmychnąć stąd teleportując się do znanego bezpiecznego mu miejsca, z dala od dymu i popiołu, od krzyków i smrodu z dala od...
Morpheus
Każdy w tym tłumie miał kogoś kogo kochał. Kogo nie mógł tej nocy spuścić z oka.
Chciał się obronić, ale był bezwolną szmacianą lalką w rękach drwiących z niego oprawców.
– Dalej! Gadaj gdzie macie bazę wypadową? Gdzie dalej zaatakujecie? Gadaj pierdolony śmieciożerco! – przekrzykiwali się, lecz umilkli na moment gdy usłyszeli głos. – Wypierdalaj stąd dziadzie, nie widzisz, że robimy przesłuchanie tego wymuskanego czarnoksiężnika? – ryknął ich lider, zdecydowanie najroślejszy i najstarszy, ciskając wiadrem o ziemię, z którego pociekły resztki kropel farby na bruk. – No już nie takiego wymuskanego! – jadowicie wyszczerzył zęby drugi, łysiejący kompan pozbawiony kilku zębów. Trzeci, najmłodszy, ale też największy, który swoim ramieniem przycisnął Anthony'ego do ściany milczał obserwując uważnie sytuację.
Żaden z nich nie rozpoznał w Blatchley'u aurora - mężczyzna wszak teleportował się do Londynu w pośpiechu i zdecydowanie nie myślał o takich "drobnostkach" jak mundur. Żaden, poza szczupłym, już nie takim wymuskanym, zdecydowanie nie czarnoksiężniku. Anthony odważył się korzystając z chwili wytchnienia uchylić oko, aby upewnić się, że w stresie, w szoku nie pomieszało mu zmysłów.
– Julián... – Shafiq zdołał wyszeptać nim oberwał z pięści w brzuch od łysawego. Było to może nieco nierozważnie mówić cokolwiek, ale nie myślał w tamtym momencie zbyt wiele. – Ej on go zna! – rzucił agresor, na wypadek gdyby jego szef nie dosłyszał, a głównie komenderując młodzika, aby pokazał na co go stać. Dwóch na jednego. Zdało się sprawiedliwie. W żadnej mierze osiłki nie zamierzały rozejść się polubownie.
Morpheus
Każdy w tym tłumie miał kogoś kogo kochał. Kogo nie mógł tej nocy spuścić z oka.
Chciał się obronić, ale był bezwolną szmacianą lalką w rękach drwiących z niego oprawców.
– Dalej! Gadaj gdzie macie bazę wypadową? Gdzie dalej zaatakujecie? Gadaj pierdolony śmieciożerco! – przekrzykiwali się, lecz umilkli na moment gdy usłyszeli głos. – Wypierdalaj stąd dziadzie, nie widzisz, że robimy przesłuchanie tego wymuskanego czarnoksiężnika? – ryknął ich lider, zdecydowanie najroślejszy i najstarszy, ciskając wiadrem o ziemię, z którego pociekły resztki kropel farby na bruk. – No już nie takiego wymuskanego! – jadowicie wyszczerzył zęby drugi, łysiejący kompan pozbawiony kilku zębów. Trzeci, najmłodszy, ale też największy, który swoim ramieniem przycisnął Anthony'ego do ściany milczał obserwując uważnie sytuację.
Żaden z nich nie rozpoznał w Blatchley'u aurora - mężczyzna wszak teleportował się do Londynu w pośpiechu i zdecydowanie nie myślał o takich "drobnostkach" jak mundur. Żaden, poza szczupłym, już nie takim wymuskanym, zdecydowanie nie czarnoksiężniku. Anthony odważył się korzystając z chwili wytchnienia uchylić oko, aby upewnić się, że w stresie, w szoku nie pomieszało mu zmysłów.
– Julián... – Shafiq zdołał wyszeptać nim oberwał z pięści w brzuch od łysawego. Było to może nieco nierozważnie mówić cokolwiek, ale nie myślał w tamtym momencie zbyt wiele. – Ej on go zna! – rzucił agresor, na wypadek gdyby jego szef nie dosłyszał, a głównie komenderując młodzika, aby pokazał na co go stać. Dwóch na jednego. Zdało się sprawiedliwie. W żadnej mierze osiłki nie zamierzały rozejść się polubownie.