13.05.2025, 22:32 ✶
Nie zdążył przeprowadzić z dziewczyną jakiejkolwiek bardziej rozległej rozmowy na temat tego, co właściwie kryje się dla niego pod pojęciem chwili. Choćby chciał, nie mógł przedstawić jej swoich zaleceń. Tych, których z pewnością by nie posłuchała.
Wystarczyłoby, że podniósłby się z miejsca i zaczął odchodzić, wtedy pewnie znowu spróbowałaby ruszyć do akcji. Szczególnie, że planował podać jej dosyć silny eliksir przeciwbólowy, bo w takich okolicznościach nie należało się z tym przesadnie cackać. Potrzebowała czegoś naprawdę konkretnego, nie byle lekkiego przytumaniacza bólu.
Otworzył już nawet usta, żeby odpowiedzieć na wszystkie zadane mu pytania...
...i wtedy nastąpił niemalże kolejny armageddon. Z tym, że odwrócony. Tym razem nie płomienie a woda. Niemalże powódź. Niepowstrzymana, intensywna, mocząca praktycznie wszystko wokół. W tym jego. Starał się nie dać tego po sobie poznać, ale oczywiście, że nie był zadowolony z tego powodu.
Mimo to próbował zachowywać się profesjonalnie. Nie był stażystą, miał naprawdę rozległe doświadczenie w zakresie radzenia sobie z wieloma przypadkami. Często gęsto absurdalnymi bądź też niebezpiecznymi. W końcu nie pracował tylko oficjalnie. Ta sytuacja zaliczała się do obu kategorii.
A jednak nie wycofał się i nie odszedł. Został na miejscu, milcząc odnośnie tego, co działo się w jego pacjentką, dopóki nie zaczął mieć wrażenia, że wszystko przygasa. I do chwili, gdy nie usłyszał tego (jakże uroczego) sorka.
Powstrzymał bardziej rozległy komentarz.
- Wybaczone. Masz to już pod kontrolą? - Spytał po paru sekundach, nie odrywając wzroku od nogi.
Pytanie padło rzeczowo, niemal technicznie. Jakby pytał o trzymanie psa na smyczy a nie działanie klątwy.
Zaczął działać. Wziął dwa sztywne kawałki drewnianej deseczki i długi kawał taśmy, te wyjęte wcześniej z torby, zabierając się do pracy. Umiał to robić w ciemno, jeszcze w Akademii ćwiczył to setki razy.
Później w terenie? Więcej niż mógł zliczyć. Zdecydowanie częściej niż w Mungu, w którym leczył praktycznie tylko i wyłącznie zatrucia.
Pracował w milczeniu, usiłując ignorować całą masę wody dookoła nich. Jak i to, że sam też w dalszym ciągu był mokry, po prostu ociekający wodą.
Usztywnił nogę rudej tak, by nie ograniczyć krążenia, ale ustabilizować złamanie. Widział, że się starała. I to bardziej niż niejeden dużo bardziej doświadczony auror w podobnej sytuacji. Zresztą większość aurorów, na, większość ludzi nie ociekała wodą w sytuacji stresowej. Mimo to darował sobie pochwały.
- Będziesz mogła się poruszać, ale bez obciążania tej nogi - schował taśmę do kieszeni płaszcza. - Dam ci coś mocnego. Przeciwbólowego. Zadziała szybko. Będzie ci się wydawać, że masz tylko obtarcie, ale to nie potrwa długo. Maksymalnie pół godziny, może do czterdziestu pięciu minut, jeśli jesteś bardziej podatna. Później zaliczysz nagły spadek energii. A tu raczej nie masz, gdzie się regenerować - wyciągając się ku górze murku, zamknął torbę, po czym sięgnął do mniejszej kieszonki po małą fiolkę z ciemnego szkła.
Odkorkował ją wprawnym ruchem i bez zbędnych wyjaśnień wyciągnął w kierunku dziewczyny. Nie powiedział nic o wodzie. Nie skomentował. Nie ruszył się ani na centymetr. Po prostu podał jej fiolkę. Zapachniało pieprzem i czymś ziołowym, było gorzkie jak diabli.
- Potrzebujesz kogoś, kto cię zabierze do szpitala albo prywatnej lecznicy. Najlepiej tej drugiej. W Mungu będzie chaos. Masz kogoś takiego, Heather? - Celowo użył imienia, nie nazwiska.
Chciał, żeby zrozumiała, że ją rozpoznał, bo oczywiście, że nie była anonimowa. Nie mógł udawać, że tak nie jest. Nie z osobą jej klasy, ale też nie zamierzał robić z tego przedstawienia. Nie teraz. Nie nigdy, tak właściwie. Szalenie za gwiazdami Quidditcha miał za sobą od jakichś piętnastu lat, może więcej. Szczególnie, że ta jawiła mu się jako wyjątkowo niesympatyczna i pyskata.
Wziął głęboki wdech, starając się ocenić jakość usztywnienia. Było dobre. Miało wytrzymać. Jego rola została odegrana. Potrzebował wyłącznie jasnego potwierdzenia, czy ktoś będzie w stanie pojawić się, żeby zabrać Heather Wood do uzdrowiciela, który poda jej odpowiednie medykamenty i dokończy zajmowanie się obrażeniami.
BUM, jak całe Ministerstwo, miał swoje sygnały awaryjne. Iskry sygnałowe, które mogła posłać w niebo. Zresztą teoretycznie on także był w stanie to zrobić. Znał odpowiednie zaklęcia. Tyle tylko, że nie miał zielonego pojęcia, czy w ogóle mogą mieć sens. To ruda wiedziała, kto od niej najprawdopodobniej znajduje się w okolicy.
Do czasu odpowiedzi zamierzał jej towarzyszyć. Później? Cóż. Nie był niańką.
Wystarczyłoby, że podniósłby się z miejsca i zaczął odchodzić, wtedy pewnie znowu spróbowałaby ruszyć do akcji. Szczególnie, że planował podać jej dosyć silny eliksir przeciwbólowy, bo w takich okolicznościach nie należało się z tym przesadnie cackać. Potrzebowała czegoś naprawdę konkretnego, nie byle lekkiego przytumaniacza bólu.
Otworzył już nawet usta, żeby odpowiedzieć na wszystkie zadane mu pytania...
...i wtedy nastąpił niemalże kolejny armageddon. Z tym, że odwrócony. Tym razem nie płomienie a woda. Niemalże powódź. Niepowstrzymana, intensywna, mocząca praktycznie wszystko wokół. W tym jego. Starał się nie dać tego po sobie poznać, ale oczywiście, że nie był zadowolony z tego powodu.
Mimo to próbował zachowywać się profesjonalnie. Nie był stażystą, miał naprawdę rozległe doświadczenie w zakresie radzenia sobie z wieloma przypadkami. Często gęsto absurdalnymi bądź też niebezpiecznymi. W końcu nie pracował tylko oficjalnie. Ta sytuacja zaliczała się do obu kategorii.
A jednak nie wycofał się i nie odszedł. Został na miejscu, milcząc odnośnie tego, co działo się w jego pacjentką, dopóki nie zaczął mieć wrażenia, że wszystko przygasa. I do chwili, gdy nie usłyszał tego (jakże uroczego) sorka.
Powstrzymał bardziej rozległy komentarz.
- Wybaczone. Masz to już pod kontrolą? - Spytał po paru sekundach, nie odrywając wzroku od nogi.
Pytanie padło rzeczowo, niemal technicznie. Jakby pytał o trzymanie psa na smyczy a nie działanie klątwy.
Zaczął działać. Wziął dwa sztywne kawałki drewnianej deseczki i długi kawał taśmy, te wyjęte wcześniej z torby, zabierając się do pracy. Umiał to robić w ciemno, jeszcze w Akademii ćwiczył to setki razy.
Później w terenie? Więcej niż mógł zliczyć. Zdecydowanie częściej niż w Mungu, w którym leczył praktycznie tylko i wyłącznie zatrucia.
Pracował w milczeniu, usiłując ignorować całą masę wody dookoła nich. Jak i to, że sam też w dalszym ciągu był mokry, po prostu ociekający wodą.
Usztywnił nogę rudej tak, by nie ograniczyć krążenia, ale ustabilizować złamanie. Widział, że się starała. I to bardziej niż niejeden dużo bardziej doświadczony auror w podobnej sytuacji. Zresztą większość aurorów, na, większość ludzi nie ociekała wodą w sytuacji stresowej. Mimo to darował sobie pochwały.
- Będziesz mogła się poruszać, ale bez obciążania tej nogi - schował taśmę do kieszeni płaszcza. - Dam ci coś mocnego. Przeciwbólowego. Zadziała szybko. Będzie ci się wydawać, że masz tylko obtarcie, ale to nie potrwa długo. Maksymalnie pół godziny, może do czterdziestu pięciu minut, jeśli jesteś bardziej podatna. Później zaliczysz nagły spadek energii. A tu raczej nie masz, gdzie się regenerować - wyciągając się ku górze murku, zamknął torbę, po czym sięgnął do mniejszej kieszonki po małą fiolkę z ciemnego szkła.
Odkorkował ją wprawnym ruchem i bez zbędnych wyjaśnień wyciągnął w kierunku dziewczyny. Nie powiedział nic o wodzie. Nie skomentował. Nie ruszył się ani na centymetr. Po prostu podał jej fiolkę. Zapachniało pieprzem i czymś ziołowym, było gorzkie jak diabli.
- Potrzebujesz kogoś, kto cię zabierze do szpitala albo prywatnej lecznicy. Najlepiej tej drugiej. W Mungu będzie chaos. Masz kogoś takiego, Heather? - Celowo użył imienia, nie nazwiska.
Chciał, żeby zrozumiała, że ją rozpoznał, bo oczywiście, że nie była anonimowa. Nie mógł udawać, że tak nie jest. Nie z osobą jej klasy, ale też nie zamierzał robić z tego przedstawienia. Nie teraz. Nie nigdy, tak właściwie. Szalenie za gwiazdami Quidditcha miał za sobą od jakichś piętnastu lat, może więcej. Szczególnie, że ta jawiła mu się jako wyjątkowo niesympatyczna i pyskata.
Wziął głęboki wdech, starając się ocenić jakość usztywnienia. Było dobre. Miało wytrzymać. Jego rola została odegrana. Potrzebował wyłącznie jasnego potwierdzenia, czy ktoś będzie w stanie pojawić się, żeby zabrać Heather Wood do uzdrowiciela, który poda jej odpowiednie medykamenty i dokończy zajmowanie się obrażeniami.
BUM, jak całe Ministerstwo, miał swoje sygnały awaryjne. Iskry sygnałowe, które mogła posłać w niebo. Zresztą teoretycznie on także był w stanie to zrobić. Znał odpowiednie zaklęcia. Tyle tylko, że nie miał zielonego pojęcia, czy w ogóle mogą mieć sens. To ruda wiedziała, kto od niej najprawdopodobniej znajduje się w okolicy.
Do czasu odpowiedzi zamierzał jej towarzyszyć. Później? Cóż. Nie był niańką.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down