Wypuściła Ambroisa z psami, bo sama musiała jeszcze zająć się naglącą sprawą, jaką była obecność jej młodszego, wampirzego brata w piwnicy. Wypadało pójść do niego, sprawdzić, czy żyje, nie umarł z głodu, czy coś. Oczywiście, że wolałaby towarzyszyć Ambroisowi w tym spacerze, jednak nie mogła zignorować istnienia Astarotha. Zwłaszcza, że ustalili, że poinformują go o tym, że jej chłopak wrócił dopiero jutro. On biedny nadal wierzył w to, że Roise dostarczy mu eliksiry. Może dobrze, że jeszcze nie wiedział. Nie miała pojęcia, jak zareaguje na to, co zamierzali z nim tutaj zrobić. Właściwie to nie było sensu się tym, jakoś szczególnie przejmować, bo zabezpieczyli piwnicę bardzo dokładnie. Nie było szansy na to, aby się stamtąd wydostał. Powoli naprawdę zaczynała wierzyć w to, że ten pomysł może się udać, że wszystko wypali, że już niedługo Roth będzie wolny od tego swojego nałogu.
Towarzyszyła jej dziwna nadzieja, że wszystko się ułoży. W końcu wszyscy byli bezpieczni, przynajmniej póki co tak jej się wydawało, rozesłała listy do swoich przyjaciół, zapewne niedługo na nie odpowiedzą, wtedy będzie miała co do tego pewność, ale nie opuszczała ją myśl, że jednak będzie dobrze, że wszystko się ułoży. Przynajmniej jak na razie. Gdzieś z tyłu głowy pozostawało to dziwne uczucie, które sugerowało jej, że nadejdzie moment, w którym będą musieli porozmawiać o tym, co się wydarzyło. Jakoś określić swoje zdanie, ustosunkować się do tego popisu Voldemorta i jego popleczników, nie wydawało jej się, aby mogli przejść wobec tego zupełnie obojętnie. Nie tym razem. W końcu zdecydował się spalić stolicę, to było nieco za dużo. Mogli tam umrzeć, mogła stać się im krzywda, a przecież oni również byli czystokrwiści, doskonale wiedzieli, gdzie jest ich miejsce w tym świecie, a ten pajac tego nie szanował. Nie podobało jej się to. Nie, żeby zamierzała się mieszać w jakieś śmieszne akcje, które i tak by nic nie dały, ale czuła, że mogłaby pokazać im, że wcale nie mają takiej władzy, jak im się wydaje. Otaczała się wspaniałymi czarownicami i czarownikami, którzy na pewno nie zgadzali się na takie postępowanie. Voldemort przekroczył granicę i trzeba było coś z tym zrobić, ktoś musiał się tym zająć.
Nim wyszła na zewnątrz znalazła się w piwnicy. Weszła na krótką chwilę do brata, któremu wręczyła worek z krwią, nie mogła przecież doprowadzić do tego, aby umarł z głodu. Nie odrzucało jej to wcale, zdawała sobie sprawę z tego, że taka już jest jego natura, musiała się z tym pogodzić, bo nie mieli raczej innego wyjścia. Najważniejsze było to, że nadal był z nimi, nie zginął tamtej nocy, kiedy nie popisała się swoimi łowczymi umiejętnościami. Gdy dobiegł pierwszy do wampira, ona była z tyłu, kiedy tamten postanowił odebrać mu życie. Uważała, że była mu to wszystko dłużna, musiała się nim interesować, pomagać mu odnaleźć się w świecie w tej nowej wersji. To był tylko i wyłącznie jej obowiązek, bo to ona go wtedy zawiodła. Dotrzymała mu towarzystwa przez dłuższą chwilę, a później w końcu znalazła się na zewnątrz.
Uderzyło w nią świeże powietrze, którym głęboko się zaciągnęła. Było całkiem rześkie, słońce chowało się za chmurami, nie była w stanie go dostrzec na niebie. Pogoda należała do całkiem przyjemnej, aczkolwiek zdecydowanie jesień zaczęła już się rozgaszczać, pozostawiając lato gdzieś z tyłu. Nie przeszkadzało jej to jakoś szczególnie, wiedziała, że będzie się to wiązało z krótszymi dniami, a więc mniejszą ilością pracy, jesienna pogoda nie sprzyjała polowaniom, zbliżał się ten sezon, który w większości spędzała w domu, no, nie licząc czasu, kiedy wyjeżdżała w dalekie podróże. Wiedziała, że w tym roku tego nie zrobi, bo znowu miało ją co trzymać na miejscu. Nieszczególnie rozpaczała z tego powodu, w końcu znowu wszystko było na swoim miejscu.
Doskonale wiedziała dokąd powinna zmierzać. Nie spieszyła się jednak jakoś szczególnie, mieli sporo czasu, aby nacieszyć się tym dniem, a ona sama chciała skorzystać z obecności na świeżym powietrzu. Wiedziała, że jej organizm może być nieco wymęczony po tamtej okropnej nocy, wydawało jej się, że nadal odczuwa jej skutki. Oddychała jakoś ciężej, a do tego ciągle czuła się zmęczona i ospała, co raczej jej się nie zdarzało. Szła przed siebie powoli, wiatr rozwiewał jej włosy, których dzisiaj wyjątkowo nie związała - nie było takiej potrzeby, nie szykowała się w końcu na żadne starcie. Mieli spędzić razem czas na plaży, wrócić do normalności, skorzystać z tego zwyczajnego dnia i nic nie miało im przeszkodzić.
Zatrzymała się na krótką chwilę tuż przy wejściu na dziką plażę. Obserwowała swojego ukochanego i psy, które biegały wokół niego. To był naprawdę kojący widok, zwłaszcza w takim otoczeniu. Kiedyś rozmawiali o tym, że będą mieć psy, jeszcze w Whitby, ale ich drogi się rozeszły. Mimo wszystko aktualnie miała dwa, a wreszcie i on znowu znajdował się przy niej. Może nie zrobili tego w ten sposób, w jaki planowali, ale w końcu to mieli. No, był jeszcze ten kot... który aktualnie zapewne spał zawinięty w kulkę w ich sypialni, jego nie było w planach, ale musiała przywyknąć też do tej różowej towarzyszki Ambroisa.
Zeszła na plażę, bardzo powoli, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Widziała, że Roise siedział na kocu. Miała nadzieję, że psy nie zwrócą na nią uwagi, chociaż trudno byłoby to obejść, bo przecież nikogo więcej tutaj nie było. Zajęte jednak były patykiem, co aktualnie było jej przewagą. Powoli, bardzo powoli, niemalże niezauważalnie zbliżała się do mężczyzny, po to, by w końcu znaleźć się tuż za nim i zakryć mu szybkim ruchem oczy.
- Nie zgadniesz kto. - Oczywiście, że na pewno nie domyślił się, kto go tutaj nawiedził, nie, żeby to nie było oczywiste.