14.05.2025, 10:46 ✶
Nie ruszył się spod drzwi, czekając aż to Scarlett podejdzie. Tuliła do siebie futerał jak relikwię i to nie dziwiło go ani trochę. Byli do siebie tak podobni. Dzieci sztuki i nieszczęśliwych ludzi.
- Norwegia brzmi jak zimny wypizdów.- Oświadczył dość sucho, zanim zdołał się powstrzymać.
Stał odrobinę z tyłu więc objęcie Scarlett w pasie nie stanowiło żadnego problemu. Ale ten jeden raz, w geście nie było żadnego podtekstu. Żadnej gry, żadnego władczego podtekstu. Po prostu dwójka cholernie zagubionych ludzi, która jakimś cudem znalazła się w dobrym miejscu i czasie. Okręcił ją lekko, żeby mogła patrzeć na ich sypialnię.
W chuj daleko do Londynu.
Necronomiconu.
Twojej babki i jej kancelarii.
Gibnął się z nią w lewo, potem w prawo, w lekkim, dziecinnym wręcz, bujanym tańcu w miejscu. Splótł lekko palce na jej podbrzuszu wybijając sobie tylko znaną melodię opuszkami palców o materiał jej sukienki. Rytm czegoś znajomego, czegoś co już słyszał, ale nie był pewien gdzie. Może w dzieciństwie, może w kolejnym koszmarze.
Jego dłonie same szukały jej ciała. Zwykłej, ludzkiej obecności. Zastanawiał się nawet czy to jest to, czego boi się najbardziej. Że będzie dobrze - a słodki zapach wanilii zastąpi cierpką woń eliksirów jaka otaczała jego siostrę. Że zostanie, budząc się każdego dnia przy boku dziewczyny, której ciało było tak nieznośnie podobne i różne do Calanthe. Że nauczy się rozpoznawać swoje odbicie w oczach kogoś innego.
Nigdy nie był sam.
Nawet w ciszy nocy, coś lepiło się do jego duszy jak pijawka, ciążąc mu na ramionach i wbijając ostre pazury w kark, by nie mógł się uwolnić. Czasem miał nawet wrażenie, że jego własny cień mówił innym głosem. Nie Lorraine. Nie Scarlett. Takim, który istniał w jego sercu i pamięci jeszcze przed narodzinami. “Wrócisz do mnie?” pytał cień, a Baldwin posłusznie wracał jak pies z podkulonym ogonem. Starał się wtedy nie patrzeć Scarlett w oczy. Nie chciał w nich zobaczyć bezgłośnego “Zostań.”. Nie chciał go widzieć, bo wiedział, że nie potrafiłby porzucić tej, którą dla niego urodzono. Więź między bliźniętami była czymś więcej. Ale Calanthe była daleko, a Scarlett - tuż pod ręką.
Pani Malfoy z dom… Dość.
Oparł podbródek o jej jasne włosy, zamiast na Mulciberównę patrząc jednak na ścianę naprzeciw.
Ślady po pożarze nie były spektakularne, ale wystarczyły. Osmolona, poszarpana ogniem futryna trzymała się jako tako. Mniejsze okno - mniejsze szkody. Kurz, popiół, ciemniejsze pasma spalenizny, jakby małe dziecięce rączki mazały sadzą.
Znał te ślady. Znał je, bo widział je już wcześniej - w miejscach, twarzach ludzi. Nie można było żyć tak blisko Nokturnu i nie czuć jego lepkiego brudu. Tak wyglądała trauma. Nie jak krzyk. Nie jak smuga zielonego zaklęcia. Nawet nie jak rozszarpana rana. Tylko jak cień czegoś co wydarzyło się zbyt szybko, by to zrozumieć; zbyt głęboko, by zapomnieć.
Mógłby to zetrzeć. Teraz, już. Pewnie wystarczyłoby proste zaklęcie, by ściana odzyskała swój stary nudny kolor. Ale wiedział, że to nie wystarczy.
Scarlett- pewnie nie powie nic. Nie zaprotestuje. Ale jej palce będą jeździły po ścianie wieczorami, bezwiednie, aż znajdą miejsce, gdzie faktura się zmieniła, gdzie coś nie gra. Każda jedna rysa, zdawałoby się niedostrzegalna dla oka , będzie doprowadzać ją do złościć. Wiedział, że jej wzrok zawsze będzie uciekał do kilku smug, których nie da się ukryć pod magią iluzji. Nawet kiedy przestanie tu cuchnąć dymem, oboje będą pamiętać.
Bo prawda była taka, że tu nigdy nie chodziło o ścianę.
- Odmaluję.- Powiedział ciszej, ale tak jakby sprawa była zamknięta. Nie obietnica. Nie przeprosiny. Po prostu - zwykłe stwierdzenie faktu. Nie dopowiedział reszty. Nie dodał, że będzie sobie mogła wybrać kolor, wzór. Był przecież malarzem. Malowanie było tym co malarze z reguły robią. Zdusił w sobie nagłą gorycz, gdy pamięć podszepnęła mu słowa pewnego listu.
Renowacja. Miałeś przeprowadzić renowację - czy termin “sztuka użytkowa” jest Ci obcy? Czym ta sytuacja różniła się od czerwca?
Pierdolenie. Miał nadzieję, że ten jebany dom Shafiq'a spłonie do samych fundamentów. Z jego pierdolonymi rzeźbami, drzewkami, tandetną sztuką wepchniętą w każdy kąt, zamkniętą przed oczami wszystkich tylko dlatego, że pana stać. Miał nadzieję, że po fresku pozostanie popiół i poszarpane wspomnienia.
Bezwiednie ucałował Scarlett w czubek głowy, uświadamiając sobie, że dla niej odmalowałby cały jebany Londyn.
Miała w sobie ten rodzaj neurotycznej estetyki, który sprawiał, że każde pęknięcie w rzeczywistości trzeba było wyleczyć, jakby od tego zależało jej poczucie bezpieczeństwa. Widziała rysy, nawet gdy ich nie było. Czuła kurz palcami, zanim ten naprawdę opadł. Przejmowała się śladami - na ścianach, na ludziach.
Był zmęczony. Zbyt szybko wypita whisky w Eurydyce dawała mu się powoli we znaki. Strach, do którego nie chciał się przyznać, strach o Fridę, o siostrę o Lorraine - ciążył mu niemiłosiernie, pod płaszczykiem nonszalancji. Ale był przytomny na tyle, żeby rozumieć, że właśnie trwa jedna z tych chwil, które powinny być znaczące. Taka, które w sztukach czy romansach urastają do rangi przełomu.
Odmaluję ścianę. Zaczniemy wszystko od nowa. Zobaczysz, będę inny.
Ale to nie był teatr, a Baldwin Malfoy nie grał kolejnej kliszowej roli. Nie był Hamletem, nie był Makbetem, nie był nawet Orfeuszem. Był po prostu facetem, który potrafił rzucić zaklęcie maskujące i pomalować ścianę. I tak, zrobi to. Weźmie farbę od scenografów, poprawi frugi, może nawet wreszcie odświeży kuchnię.
Nie dlatego, że chciał coś naprawić.
Tylko dlatego, że tak było wygodniej.
Wreszcie się od niej odsunął. Kolejny raz dusząc pragnienie trzymania Scarlett blisko. Tak blisko jak się tylko dało. Przy sobie, jak śliczną własność rodu Malfoy.
- Sprawdź co u ojca. Jeśli to te zjeby od Czarnego Pana to mugolska część miasta pewnie wygląda gorzej niż Pokątna.- Pokręcił głową, gryząc się przed dodaniem kilku słów co o tych znudzonych debilach i ich żałosnej wojence uważa. Zamiast tego podszedł do komody, w której trzymali wszystkie dziwne szpargały i duperele. Wyciągnął z szuflady stare dwukierunkowe lusterka. Przesunął jedno po blacie w stronę Mulciberówny.- Weź jedno. Drugie zostawimy Fridzie. Po prostu… zerknij na nią od czasu do czasu. Muszę się cofnąć na Nokturn, zobaczyć co z Nekronomiconem. I… muszę jeszcze… - zamilkł. Nie chciał mówić o tym, że musi wrócić na Podziemne Ścieżki. Odnaleźć Ojca. Odchrząknął.- Pomożesz mi tu ogarnąć? Nie chcę żeby siedziała w łazience całą noc.
Skierował różdżkę w stronę łóżka, mrucząc pod nosem inkantację zaklęcia.
Transolakacja (1k) ich zajebistego babcinego koca z tygrysem i przyklejenie go zaklęciem do rozjebanego okna, żeby zakryć dziurę. Ofc, czasowe rozwiązanie.
- Norwegia brzmi jak zimny wypizdów.- Oświadczył dość sucho, zanim zdołał się powstrzymać.
Stał odrobinę z tyłu więc objęcie Scarlett w pasie nie stanowiło żadnego problemu. Ale ten jeden raz, w geście nie było żadnego podtekstu. Żadnej gry, żadnego władczego podtekstu. Po prostu dwójka cholernie zagubionych ludzi, która jakimś cudem znalazła się w dobrym miejscu i czasie. Okręcił ją lekko, żeby mogła patrzeć na ich sypialnię.
W chuj daleko do Londynu.
Necronomiconu.
Twojej babki i jej kancelarii.
Gibnął się z nią w lewo, potem w prawo, w lekkim, dziecinnym wręcz, bujanym tańcu w miejscu. Splótł lekko palce na jej podbrzuszu wybijając sobie tylko znaną melodię opuszkami palców o materiał jej sukienki. Rytm czegoś znajomego, czegoś co już słyszał, ale nie był pewien gdzie. Może w dzieciństwie, może w kolejnym koszmarze.
Jego dłonie same szukały jej ciała. Zwykłej, ludzkiej obecności. Zastanawiał się nawet czy to jest to, czego boi się najbardziej. Że będzie dobrze - a słodki zapach wanilii zastąpi cierpką woń eliksirów jaka otaczała jego siostrę. Że zostanie, budząc się każdego dnia przy boku dziewczyny, której ciało było tak nieznośnie podobne i różne do Calanthe. Że nauczy się rozpoznawać swoje odbicie w oczach kogoś innego.
Nigdy nie był sam.
Nawet w ciszy nocy, coś lepiło się do jego duszy jak pijawka, ciążąc mu na ramionach i wbijając ostre pazury w kark, by nie mógł się uwolnić. Czasem miał nawet wrażenie, że jego własny cień mówił innym głosem. Nie Lorraine. Nie Scarlett. Takim, który istniał w jego sercu i pamięci jeszcze przed narodzinami. “Wrócisz do mnie?” pytał cień, a Baldwin posłusznie wracał jak pies z podkulonym ogonem. Starał się wtedy nie patrzeć Scarlett w oczy. Nie chciał w nich zobaczyć bezgłośnego “Zostań.”. Nie chciał go widzieć, bo wiedział, że nie potrafiłby porzucić tej, którą dla niego urodzono. Więź między bliźniętami była czymś więcej. Ale Calanthe była daleko, a Scarlett - tuż pod ręką.
Pani Malfoy z dom… Dość.
Oparł podbródek o jej jasne włosy, zamiast na Mulciberównę patrząc jednak na ścianę naprzeciw.
Ślady po pożarze nie były spektakularne, ale wystarczyły. Osmolona, poszarpana ogniem futryna trzymała się jako tako. Mniejsze okno - mniejsze szkody. Kurz, popiół, ciemniejsze pasma spalenizny, jakby małe dziecięce rączki mazały sadzą.
Znał te ślady. Znał je, bo widział je już wcześniej - w miejscach, twarzach ludzi. Nie można było żyć tak blisko Nokturnu i nie czuć jego lepkiego brudu. Tak wyglądała trauma. Nie jak krzyk. Nie jak smuga zielonego zaklęcia. Nawet nie jak rozszarpana rana. Tylko jak cień czegoś co wydarzyło się zbyt szybko, by to zrozumieć; zbyt głęboko, by zapomnieć.
Mógłby to zetrzeć. Teraz, już. Pewnie wystarczyłoby proste zaklęcie, by ściana odzyskała swój stary nudny kolor. Ale wiedział, że to nie wystarczy.
Scarlett- pewnie nie powie nic. Nie zaprotestuje. Ale jej palce będą jeździły po ścianie wieczorami, bezwiednie, aż znajdą miejsce, gdzie faktura się zmieniła, gdzie coś nie gra. Każda jedna rysa, zdawałoby się niedostrzegalna dla oka , będzie doprowadzać ją do złościć. Wiedział, że jej wzrok zawsze będzie uciekał do kilku smug, których nie da się ukryć pod magią iluzji. Nawet kiedy przestanie tu cuchnąć dymem, oboje będą pamiętać.
Bo prawda była taka, że tu nigdy nie chodziło o ścianę.
- Odmaluję.- Powiedział ciszej, ale tak jakby sprawa była zamknięta. Nie obietnica. Nie przeprosiny. Po prostu - zwykłe stwierdzenie faktu. Nie dopowiedział reszty. Nie dodał, że będzie sobie mogła wybrać kolor, wzór. Był przecież malarzem. Malowanie było tym co malarze z reguły robią. Zdusił w sobie nagłą gorycz, gdy pamięć podszepnęła mu słowa pewnego listu.
Renowacja. Miałeś przeprowadzić renowację - czy termin “sztuka użytkowa” jest Ci obcy? Czym ta sytuacja różniła się od czerwca?
Pierdolenie. Miał nadzieję, że ten jebany dom Shafiq'a spłonie do samych fundamentów. Z jego pierdolonymi rzeźbami, drzewkami, tandetną sztuką wepchniętą w każdy kąt, zamkniętą przed oczami wszystkich tylko dlatego, że pana stać. Miał nadzieję, że po fresku pozostanie popiół i poszarpane wspomnienia.
Bezwiednie ucałował Scarlett w czubek głowy, uświadamiając sobie, że dla niej odmalowałby cały jebany Londyn.
Miała w sobie ten rodzaj neurotycznej estetyki, który sprawiał, że każde pęknięcie w rzeczywistości trzeba było wyleczyć, jakby od tego zależało jej poczucie bezpieczeństwa. Widziała rysy, nawet gdy ich nie było. Czuła kurz palcami, zanim ten naprawdę opadł. Przejmowała się śladami - na ścianach, na ludziach.
Był zmęczony. Zbyt szybko wypita whisky w Eurydyce dawała mu się powoli we znaki. Strach, do którego nie chciał się przyznać, strach o Fridę, o siostrę o Lorraine - ciążył mu niemiłosiernie, pod płaszczykiem nonszalancji. Ale był przytomny na tyle, żeby rozumieć, że właśnie trwa jedna z tych chwil, które powinny być znaczące. Taka, które w sztukach czy romansach urastają do rangi przełomu.
Odmaluję ścianę. Zaczniemy wszystko od nowa. Zobaczysz, będę inny.
Ale to nie był teatr, a Baldwin Malfoy nie grał kolejnej kliszowej roli. Nie był Hamletem, nie był Makbetem, nie był nawet Orfeuszem. Był po prostu facetem, który potrafił rzucić zaklęcie maskujące i pomalować ścianę. I tak, zrobi to. Weźmie farbę od scenografów, poprawi frugi, może nawet wreszcie odświeży kuchnię.
Nie dlatego, że chciał coś naprawić.
Tylko dlatego, że tak było wygodniej.
Wreszcie się od niej odsunął. Kolejny raz dusząc pragnienie trzymania Scarlett blisko. Tak blisko jak się tylko dało. Przy sobie, jak śliczną własność rodu Malfoy.
- Sprawdź co u ojca. Jeśli to te zjeby od Czarnego Pana to mugolska część miasta pewnie wygląda gorzej niż Pokątna.- Pokręcił głową, gryząc się przed dodaniem kilku słów co o tych znudzonych debilach i ich żałosnej wojence uważa. Zamiast tego podszedł do komody, w której trzymali wszystkie dziwne szpargały i duperele. Wyciągnął z szuflady stare dwukierunkowe lusterka. Przesunął jedno po blacie w stronę Mulciberówny.- Weź jedno. Drugie zostawimy Fridzie. Po prostu… zerknij na nią od czasu do czasu. Muszę się cofnąć na Nokturn, zobaczyć co z Nekronomiconem. I… muszę jeszcze… - zamilkł. Nie chciał mówić o tym, że musi wrócić na Podziemne Ścieżki. Odnaleźć Ojca. Odchrząknął.- Pomożesz mi tu ogarnąć? Nie chcę żeby siedziała w łazience całą noc.
Skierował różdżkę w stronę łóżka, mrucząc pod nosem inkantację zaklęcia.
Transolakacja (1k) ich zajebistego babcinego koca z tygrysem i przyklejenie go zaklęciem do rozjebanego okna, żeby zakryć dziurę. Ofc, czasowe rozwiązanie.
Rzut O 1d100 - 46
Slaby sukces...
Slaby sukces...