14.05.2025, 14:28 ✶
Miał 11 lat gdy wkroczył do świata magii, wcześniej wychowywany jak każde normalne dziecko w wiarę w Boga i niewiarę w przesądy i zabobony. Uczył się od czasu gdy pierwszy raz jabłko zamieniło się przy nim w rozjechanego banana, gdy przybył mag z Ministerstwa Magii wyjaśnić jemu i jego rodzicom sytuację... uczył się po przekroczeniu muru i pierwszych krokach stawianych na ulicy Pokątnej, że te przesądy i zabobony są zdecydowanie bardziej prawdziwe.
Ale teraz...
Teraz przemówił do niego Anioł.
Przyjemna, życzliwa twarz okraszona aureolą jasnych włosów, nieco odstających przez dziejący się wkoło chaos, ale wciąż... wciąż przynoszące jednoznaczne skojarzenie.
Wokół panowała przemoc, ale jego dotknął promień jej dobroci. Jakiś smak, którego w szoku i wewnętrznej histerii nie mógł początkowo rozpoznać, nieco automatycznie przeżuwając by potem poczuć to... poczuć rozchodzący się po ciele spokój, pozwalający mu znów myśleć, poczuć rozchodzącą się po cielę ciszę, którą pozostawiły po sobie demony szarpiące jego duszę, lęki i strach, który na moment przejął nad nim kontrolę.
To była czekolada.
To była najlepsza czekolada, którą jadł w życiu. Którego smaku do końca tego życia nie zapomni.
– Ja... dzię... dziękuję – wymamrotał patrząc wciąż na łagodne oblicze Figgówny, zdając sobie sprawę z tego, że znów może oddychać. Znów może działać. Nadzieja, umierała ostatnia i skoro ona mogła nieść pomoc, to on - jako funkcjonariusz magipolicji mógł to robić również. Jeśli ona mogła wspierać potrzebujących, to on również.
– Porter ruchy! Gdzie się szlajasz!? Potrzebują nas na rogu Horyzontalnej! – przebiło się do świadomości funkcjonariusza - wzmocniony magicznie głos jego koleżanki Burke dobiegający gdzieś zza zgromadzenia próbującego teleportować wodę na podpalony piekielnym pyłem dach. Odwrócił się i zamrugał kilkukrotnie, zdając sobie sprawę, że musiał nie mrugać wcale przez kilka minut, w psychicznym stuporze nie pozwalającym mu działać.
– Ja... czy masz tego więcej? Dam swojemu oddziałowi. Z Twoją pomocą... będziemy działać do utraty tchu. – poprosił, brudnymi od sadzy oparzonymi dłońmi łapiąc ją za jej anielskie dłonie w błagalnym geście.
Ale teraz...
Teraz przemówił do niego Anioł.
Przyjemna, życzliwa twarz okraszona aureolą jasnych włosów, nieco odstających przez dziejący się wkoło chaos, ale wciąż... wciąż przynoszące jednoznaczne skojarzenie.
Wokół panowała przemoc, ale jego dotknął promień jej dobroci. Jakiś smak, którego w szoku i wewnętrznej histerii nie mógł początkowo rozpoznać, nieco automatycznie przeżuwając by potem poczuć to... poczuć rozchodzący się po ciele spokój, pozwalający mu znów myśleć, poczuć rozchodzącą się po cielę ciszę, którą pozostawiły po sobie demony szarpiące jego duszę, lęki i strach, który na moment przejął nad nim kontrolę.
To była czekolada.
To była najlepsza czekolada, którą jadł w życiu. Którego smaku do końca tego życia nie zapomni.
– Ja... dzię... dziękuję – wymamrotał patrząc wciąż na łagodne oblicze Figgówny, zdając sobie sprawę z tego, że znów może oddychać. Znów może działać. Nadzieja, umierała ostatnia i skoro ona mogła nieść pomoc, to on - jako funkcjonariusz magipolicji mógł to robić również. Jeśli ona mogła wspierać potrzebujących, to on również.
– Porter ruchy! Gdzie się szlajasz!? Potrzebują nas na rogu Horyzontalnej! – przebiło się do świadomości funkcjonariusza - wzmocniony magicznie głos jego koleżanki Burke dobiegający gdzieś zza zgromadzenia próbującego teleportować wodę na podpalony piekielnym pyłem dach. Odwrócił się i zamrugał kilkukrotnie, zdając sobie sprawę, że musiał nie mrugać wcale przez kilka minut, w psychicznym stuporze nie pozwalającym mu działać.
– Ja... czy masz tego więcej? Dam swojemu oddziałowi. Z Twoją pomocą... będziemy działać do utraty tchu. – poprosił, brudnymi od sadzy oparzonymi dłońmi łapiąc ją za jej anielskie dłonie w błagalnym geście.