• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue

[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#20
14.05.2025, 17:37  ✶  
Czasem, rzadziej niż bym chciał, potrafiłem rozpoznać moment, w którym przeszłość traciła znaczenie. Nie w sensie dosłownym - nie da się po prostu odciąć od lat, które zbudowały człowieka z cegiełek rozczarowań, pomyłek i tego, co sam nazwałbym „przetrwaniem”, ale czasem przychodziła taka chwila, w której to wszystko cichło. Nie z powodu zapomnienia, ale dlatego, że ktoś potrafił to wyciszyć. To wszystko było absurdalne, oczywiście - gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę stał z Prudence Bletchley w jakimś zapomnianym przez świat miejscu, patrząc na nią tak, jakby była jedyną rzeczą, która ma znaczenie w tym obrazie, zaśmiałbym mu się prosto w twarz, a jednak tu byliśmy - niech mi ktoś powie, że wszechświat nie ma pokrętnego poczucia humoru - bez uprzedniego planu, za to z całą tą historią, która nie miała prawa wydarzyć się w taki sposób. Patrzyłem na nią uważnie, bez słów, a tej ciszy było coś bezcennego. Przestałem się spieszyć z odpowiedziami, odkąd nie musiałem jej już przechytrzyć, udowadniać, że się myli, ja jestem lepszy. Po raz pierwszy zależało mi na tym, by po prostu być obok, i nie spieprzyć tego... To był jakiś przełom - nieduży, subtelny, ale wystarczająco wyraźny, bym go poczuł. Jej obecność już nie była tylko przypadkiem, tylko czymś, co nagle wydawało się sensowne. Może nie do końca logiczne, ale... Słuszne. Jakbyśmy mieli do odegrania jakiś wspólny rozdział. Jakby ten stary świat, w którym byliśmy po dwóch stronach barykady, wreszcie runął i zrobił miejsce na coś nowego. Nie miałem pojęcia, co z tego będzie, ale może to było w tym najlepsze. Czasem zdarzały się rzeczy, które zupełnie przeczyły logice, zdrowemu rozsądkowi i doświadczeniu - takie, które rozbrajały starannie układane przez lata schematy - najpierw w głowie, potem głębiej. Nie byłem gotowy, żeby to przyznać, ale w tamtej chwili coś we mnie ustąpiło, jakby ktoś z wewnątrz, zupełnie nie pytając mnie o zdanie, zdecydował, że to już nie ten moment, by trzymać się na dystans, i chociaż odruchowo chciałem to jeszcze odsunąć, odepchnąć, przeczekać , to wszystko działo się poza moją kontrolą - w sposób niebezpiecznie naturalny.
Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek znów ją zobaczę - nie po tym wszystkim, co się wydarzyło, ani tym bardziej, że znajdziemy wspólny język -  przecież zawsze była dla mnie oficjalna, zadziorna, cholernie trudna do rozgryzienia i jeszcze trudniejsza do zniesienia, ale nagle to dawne wyobrażenie zderzyło się z czymś zupełnie innym, subtelnym i prawdziwym, czego nie potrafiłem zignorować. W jej oczach, w gestach, w słowach - w tym, jak teraz na mnie patrzyła.
Nie odpowiedziałem od razu - patrzyłem na nią, trochę za długo, zbyt uważnie - może właśnie dlatego czułem to dziwne napięcie, ale nie to, które mrozi i każe się wycofać, lecz takie, jakie zmuszało mnie, bym został jeszcze chwilę. A potem kolejną, i kolejną...
To było nowe. W przeszłości, każda rozmowa między nami przypominała manewry wojenne - obserwacja, prowokacja, kontratak, błysk ostrza w spojrzeniu, drobne przytyki ukryte pod warstwą wrednego uśmieszku. Teraz widziałem coś zupełnie innego - może zawsze to tam było, tylko byłem zbyt zajęty własną wściekłością, żeby to zauważyć, a może po prostu oboje się zmieniliśmy. Nie byłem człowiekiem, który z łatwością oddawał inicjatywę, a już na pewno nie w kontaktach z kimś, kto znał mnie z czasów, gdy byłem jeszcze głośniejszy, bardziej nieokiełznany i cholernie naiwny. Tym bardziej zdumiewało mnie, jak szybko ta nowa wersja Prue zaczęła na mnie działać - jej obecność miała w sobie coś odurzającego. Nie przez urodę, nie tylko, ani nie przez słowa, ale przez ciszę, którą zostawiała między nimi - przestrzeń, w której mogłem sam siebie usłyszeć. Nie próbowała mnie przegadać, ja odwzajemniałem się tym samym - pierwszy raz w życiu prowadziliśmy prawdziwy dialog. Zdecydowanie coś się zmieniło. Wtedy - w szkole - w jej oczach było coś, czego wcześniej nie potrafiłem nazwać. Teraz też nie umiałem, ale przestałem czuć potrzebę, by wszystko rozumieć - może to był postęp, a może pierwszy objaw tego, że przegrałem z własną potrzebą kontroli. Może właśnie dlatego czułem się z nią tak... Cholernie, nieostrożnie zapewniony, że mogę mówić i nie odbije mi się to czkawką.
Zawsze miałem problem z oddawaniem sterów - lubiłem ryzyko, nieprzewidywalność, ale na własnych zasadach - chciałem wiedzieć, że to, co będzie dalej, to wynik moich własnych decyzji, niczyich innych. Może dlatego uciekłem i nie wracałem nawet wtedy, gdy już zostałem sam - wybrałem odcięcie się - od kraju, od siebie, od wspomnień... Ucieczka to bardzo wygodny sposób na życie, dopóki nie trafisz na kogoś, kto cię dogoni... Miałem wrażenie, że Prue mnie dogoniła - bez wysiłku, bez biegu, po prostu stała tam i czekała na odpowiedzi, a ja nie wiedziałem, czy mnie to bardziej wkurzało, czy rozbrajało. A może jedno i drugie... W tamtym momencie nie obchodziło mnie już, czy to wszystko ma sens. Czy mamy do siebie jakieś prawo, czy powinniśmy się zbliżać, czy raczej znowu trzymać dystans, jak dawniej. Po raz pierwszy nie analizowałem, nie planowałem - po prostu byłem, ona była ze mną. Oboje, przez lata, potrafiliśmy być dla siebie wrzodami na tyłku, ale teraz staliśmy blisko siebie - tak blisko, że wystarczyłby drobny ruch, by ją dotknąć - i nie było już w nas tej potrzeby, by kąsać. To nie oznaczało, że między nami zniknęło napięcie - przeciwnie, ono istniało, ale było inne - ciepłe, ciekawskie, przesiąknięte niedopowiedzeniami, ale już nie wrogimi, a obiecującymi. Widziałem, jak patrzy na mnie z tą swoją cichą pewnością, jakby wiedziała więcej, niż powinna, ale jednocześnie dawała mi przestrzeń, bym sam zdecydował, co powiem, co zachowam dla siebie.
Westchnąłem cicho, nieco rozbawiony - nie przez nią, ale przez samego siebie. Ile razy sam się przekonywałem, że jestem wyłącznie zlepkiem przypadków i źle podjętych decyzji, i stąd się bierze wszystko, co jest godne uwagi? Ona patrzyła na mnie zupełnie inaczej - tak jawnie, że nie sposób było tego nie widzieć. Właśnie to miałem na myśli. To nie była kobieta, której można było się nauczyć z podręcznika - nawet z takiego niezatwierdzonego przez Ministerstwo - nie dało się jej przewidzieć, rozpracować, wpisać w jakiś znany schemat. Nawet nie próbowałem, i może właśnie dlatego zaczęła działać na mnie jak... Cholera, jak coś, co ma sens. W świecie, w którym ostatnio nic nie miało sensu.
Oczywiście mogłem odpowiedzieć czymś w rodzaju: „W sposób, który sprawia, że mam ochotę cię pocałować, wrócić do tego, co robiliśmy wcześniej, a potem zniknąć stąd, zanim spieprzę wszystko, jak zawsze, bo za dużo ci powiedziałem”, ale tego nie zrobiłem. Nie dlatego, że brakowało mi bezczelności i szczerości, ale dlatego, że dla odmiany nie chciałem przerywać tej delikatnej równowagi, jaka towarzyszyła naszej rozmowie, i może pierwszy raz w życiu czułem, że milczenie naprawdę może być odpowiedzią...
- Jakbyś widziała coś, czego ja nie widzę. -  Powiedziałem w końcu, pokręciwszy głową - sam nie wiedziałem, co mam o tym myśleć, więc postąpiłem dokładnie tak, jak zwykle. - Czalny omen nad moją głową, widmowego ponulaka za plesami, coś w ten deseń. - Nie mogłem jej powiedzieć, że było inaczej, a spojrzenie, jakim mnie obdarzała, zdecydowanie było znacznie cieplejsze, łagodniejsze, lepsze - nie miało nic wspólnego z tym, co powiedziałem, lecz z jakiegoś powodu postanowiłem skłamać. Nie, może nie tyle skłamać, co znowu sprowadzić to do żartu, żeby odebrać temu moc - nie wiedziałem, czy chcę, by wiedziała, że gdy tak patrzy, zaczyna działać na mnie jak veritaserum. To byłoby oddanie zbyt wielkiej kontroli.
Nie wiem, kiedy dokładnie przestaliśmy być tylko wspomnieniem dawnych przepychanek, a zaczęliśmy być czymś więcej. To nie do końca było dzisiaj, więc może to była tamta noc, kiedy wziąłem ją w ramiona, zupełnie mechanicznie, bez refleksji, przesuwając ją z pola rażenia wybuchu. Nie lubiłem mistycyzmu, nie w ujęciu przeznaczenia, ale są takie spotkania, które nie są tylko zbiegiem okoliczności. Nie powinna była wtedy trafić na mnie, nie tam, nie w tamtym momencie - nie wzywała bohatera, nie wymagała ratunku, chociaż był on jej potrzebny, ja nie musiałem niczego udowadniać - pewnie nawet by się nie zorientowała, zanim wszystko wyleciałoby w powietrze, a jednak przeżyliśmy to razem. To było nowe - cholerne, przerażające, fascynujące „nowe” - tak jak wszystko, co razem robiliśmy. Wszystkie nasze trzy dotychczasowe spotkania wywierały wpływ na tę osobliwą relację, którą zawieraliśmy, chociażby na ten tydzień.
Może nie rozumiała jeszcze, ile mnie kosztowało to, że w ogóle ją do siebie dopuściłem, ale nie miałem też w sobie siły, by dalej trzymać ten mur, a i ona też już go nie stawiała. Zaskakiwała mnie tym. Nie było to też coś, co mógłbym wytłumaczyć sobie prostymi słowami.
Chciałem jej dotknąć, przełamać ten ostatni dystans, może po prostu położyć dłoń na jej dłoni - nic wielkiego, nic zobowiązującego, ale... Przecież w głębi duszy nie łudziłem się, że na tym poprzestanie - to nigdy nie było „nic takiego”, nie w takich okolicznościach - nie po tym wszystkim, co przeszliśmy. To był jeden z tych momentów, których nie da się do końca opisać, bo wszystko się w nim wydarza, ale nic się nie dzieje. Stała ze mną, nie domagała się niczego, ale jej obecność mówiła: „Zostań, jeszcze trochę, chcę zobaczyć, co się stanie.”
Oczywiście, że musiała się mnie uczepić, gdy tylko wspomniałem coś, co mogła wykorzystać. Z tym, że kiedy to powiedziałem - że jesteśmy na randce - zrobiłem to z pełną premedytacją. A mimo to, kiedy odwróciła się do mnie z tym bezczelnym uśmiechem, jakby właśnie znalazła na mnie idealny sposób, musiałem ugryźć się w język, żeby nie przyznać, że sam się pod to podłożyłem. Westchnąłem teatralnie, zanim rozciągnąłem usta w najbezczelniejszym uśmiechu, jaki potrafiłem wykrzesać. No jasne, że to wychwyciła - jakżeby inaczej. Nie, żebym się nie spodziewał, że podniesie rękawicę - Prudence nigdy nie puszczała takich okazji mimo uszu - miała koci słuch do wyłapywania niuansów, którymi inni nawet się nie interesowali. Zaśmiałem się, krótko - bez ironii, bo trafiła dokładnie tam, gdzie celowałem, tylko szybciej niż sądziłem. Jej słowa zawisły w powietrzu, z tą pewną siebie lekkością, jakby rzuciła rękawicę na stół i uśmiechnęła się, wiedząc, że nie mam wyboru, muszę ją podnieść, a może raczej - nie chcę jej nie podnieść. Przygryzła wargę, a ja poczułem, że coś we mnie reaguje na ten drobny gest zupełnie nieadekwatnie do temperatury przedpołudnia - wiedziała, jak to rozegrać. Prudence nigdy nie grała fair, ale nigdy też nie udawała, że zamierza. Miała tę nieznośną cechę, która sprawiała, że człowiek się zatrzymywał i marszczył brwi - od zawsze - od czasów, kiedy krzywo się na mnie patrzyła w Wielkiej Sali, przez dwa lata szczenięcego zauroczenia, a potem tamten rok, kiedy nie mogłem się zdecydować, czy bardziej mnie irytuje, czy fascynuje... I przez te lata, kiedy byłem pewien, że już nie wróci - ani do mojego życia, ani do tych wspomnień, które od dawna próbowałem zakopać gdzieś głęboko pod sobą. W Hogwarcie było łatwiej - wszystko miało swoje miejsce, nawet ludzie, którzy mnie nienawidzili, byli przewidywalni. A potem? Potem już nie było niczego, co można by nazwać stabilnością.
Randka - niby sam to powiedziałem, ale... Merlinie, kiedy ostatni raz byłem na randce? W moim świecie randki nie istniały. Były spotkania, były umowy, były szybkie ucieczki przez tylne drzwi i nieodpisywanie do nikogo. A teraz? Teraz stałem jak idiota na tych przeklętych wrzosowiskach, z rękami w kieszeniach, z dziewczyną, która patrzyła na mnie, jakby właśnie złapała mnie za język i miała zamiar się nim pobawić. Zabawne, jak naturalnie przeszło mi przez gardło to słowo. „Randka.” Chociaż przecież nie mieliśmy żadnej kolacji, świec, rekwizytów rodem z tandetnego romantyzmu.
- No, to skolo jusz ustaliliśmy ten niefoltunny fakt... - Zacząłem, bez wahania idąc w to, że byłem na randce - z tą samą dziewczyną, która kiedyś nazywała mnie pasożytem emocjonalnym i kpiła z mojego nazwiska. No, ładnie. - To chyba wypada mi pszysnaś, sze jesteś zjawiskowa. Tak się chyba zaczyna kaszda posządna landka, plawda? - Dodałem z tym moim nieznośnym półuśmiechem, który kiedyś doprowadzał ją do furii. Teraz, sądząc po błysku w jej oku, przynajmniej trochę ją bawił. Wcale nie musiałem przesadzać -  już wcześniej wyglądała tak, że cholera by wzięła każdego, kto by na nią nie spojrzał, ale dziś - z tym błyskiem w oku, z tym spokojem, który nie miał nic wspólnego z nudą - była zjawiskowa. Poza tym... Słuchała, naprawdę słuchała.
Cholera. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio ktoś naprawdę chciał zrozumieć. A ona? Ona nie uciekała wzrokiem, nie wzdychała, kiedy mówiłem o rzeczach, których przeciętny człowiek nie chciałby roztrząsać. Słuchała... To było gorsze niż legilimencja. Spojrzałem na nią, przechylając głowę - miała to takie spojrzenie, jakby naprawdę chciała wiedzieć, ale nie wiedziała - i nawet jeśli mogłem przedstawić jej część wydarzeń, to nigdy nie miała się do końca dowiedzieć, co działo się wtedy naprawdę. Nikt nie wiedział, właśnie tak było najlepiej - że wszystko, co zrobiłem, dokonało się w cieniu. Nawet jeśli cień... Cień w końcu zaczyna zjadać człowieka od środka. Stałem się tym, czym mnie chcieli - narzędziem. Czy żałowałem tej zmiany? Niekoniecznie - zawsze byłem czymś na kształt bomby zegarowej z opóźnionym zapłonem, problem w tym, że mijały lata, dużo się zmieniło, a ja sam nie znałem kodu do mojego własnego mechanizmu. Czasem po prostu wybuchałem, zanim ktokolwiek zdążył mnie rozbroić. O tym niekoniecznie chciałem mówić, ale miałem wachlarz innych opowieści. Nie na teraz - na potem, tak jak wspominałem.
- Jesień to podobno pola melancholii, a nie tlaumy... - Odpowiedziałem po chwili namysłu, za to zgodnie z przyzwyczajeniami - trochę ją zbywając. Rzadko kto rzeczywiście chciał słuchać - nie tylko tych podrasowanych wersji z dodatkiem sarkazmu i bourbonu, które zwykle serwowałem, żeby nie było zbyt poważnie. Ale Prudence… Miała w oczach coś, co mówiło, że potrafi unieść nawet najbardziej zgniłe detale w ramach zachowania realizmu historii - nie ucieknie z krzykiem, kiedy opowiem jej o tej nocy w lesie pod Foz do Iguaçu, kiedy zaklęcia rozcinały powietrze równie intensywnie, co sztylety, a trup ścielił się gęsto, albo o tym, jak przez trzy tygodnie udawałem kogoś, kim nie byłem - nie w tym sensie, co teraz, nie tak jak od piętnastu lat - i jak bardzo mi się to spodobało. Za bardzo...
Skinąłem głową. „Drzazga” - idealne słowo - drażniące, niewygodne, ale zbyt małe, by robić z niej tragedię. Właśnie taka była nasza relacja -  tylko, że teraz… To już nie była drzazga, to było... Coś więcej. Wiedziałem, że nie jestem najlepszym przewodnikiem, nieszczególnie spokojnym kompanem, ale byłem za to doskonałym towarzyszem katastrofy. A może właśnie tego potrzebowała? Nie byłem już tym samym chłopakiem, który rzucał zaklęciami po korytarzach, by zaimponować znajomym - teraz rzucałem je, żeby przetrwać.
- Wies, nie sądziłem, sze kiedykolwiek usłysę coś lównie miłego podczas landki. - Mruknąłem, podkreślając to słowo celowo, rozkoszując się jego przewrotnym brzmieniem.
Pokręciła głową i przygryzła dolną wargę -  oczywiście, że to zrobiła, musiała, wiedziała, że ten drobny gest ma siłę rażenia większą niż Avada Kedavra, i robiła to dokładnie wtedy, kiedy chciałem utrzymać jakikolwiek pozór rozsądku. Wypowiedziała to z taką nonszalancją, że przez chwilę miałem ochotę się roześmiać - nie z niej, tylko z tej brutalnie szczerej precyzji, którą obcinała sentymenty jak nożem. Oczywiście, że nie byłem jej ulubieńcem, więc kiedy zniknąłem z mapy, nie płakała nocami w poduszkę. W gruncie rzeczy, chyba wolałem taką odpowiedź, niż jakiekolwiek rozlazłe i do bólu nieszczere: „A szkoda, że cię nie było.” Poza tym - to nie byłoby w jej stylu.
- Bletchley, łamies mi selse, wies, sze jesztem balso wlaszliwy. - Posłałem jej krzywy uśmiech - taki, który niemal przeczył tym słowom - nie byłem wrażliwy, już od bardzo dawna, ale nie musiała tego wiedzieć... Albo inaczej - wiedziała to doskonale i właśnie dlatego tak dobrze nam szło to słowne przeciąganie liny. Jej słowa o tym, że nie żałowała, że nasza relacja się urwała, nie zabolały mnie tak, jak powinny, bo były szczere. Nie udawałem do przesady urażonego - nigdy się na takie rzeczy nie obrażałem, a jeśli już, to robiłem to teatralnie, jak przystało na kogoś, kto zna wartość dobrego wejścia i jeszcze lepszego wyjścia. - Nie będę udawał, sze myślałem o tobie codziennie, Plue, nie jesztem asz takim kłamsą. Wies, nie mogę powiesieś, sze zapomniałem, ale tesz nie tszymałem twojej fotoglafii pod poduską, chocias, kto wie, mosze nawet odpędziłoby to jakieś demony... - Odparłem z przekąsem.
Nie spuszczałem z niej wzroku, chociaż czułem, że pewnie chciałaby, żebym przestał tak intensywnie patrzeć, ale nie potrafiłem. A potem rzuciła sugestią... Oczywiście, że musiałem to odczytać po swojemu. Nie odwróciłem wzroku, nawet na moment - lubiłem, jak mnie tak mierzyła spojrzeniem, jakby szukała w mojej twarzy jakiejś odpowiedzi, której nie da się wyczytać z samych słów. Nie miałem nic przeciwko, prawdę mówiąc, pozwalałem jej patrzeć - niech bierze, ile chce, byle tylko nie przerywała. Tym bardziej, że ta bezczelność, z jaką się we mnie wpatrywała, nie była żadną próbą dominacji - to była gra, nasza własna, prywatna rozgrywka.
- No dobsze, pszyznaj szię, ty to wsystko sobie wcześniej zaplanowałaś, plawda? - Przekrzywiłem głowę, udając pełne zaskoczenie dokonanym odkryciem. - Powiedziałaś sobie: „Dam mu jedno słowo, rzucę jedno zdanie, a potem niech się męczy”. I,  proszę bardzo, męczę szię. - Zaśmiałem się, ale to był inny śmiech - prawdziwy, ciepły, i bardzo, bardzo rzadki.
Oczywiście, że wiedziałem, co sugerowała - nie trzeba było być jasnowidzem, żeby to pojąć, chociaż - cholera - nawet gdybym był kompletnym idiotą, sposób, w jaki dobierała słowa, byłby dla mnie wystarczająco wymowny. A przecież nie byłem idiotą - przeciwnie, Prue znała mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że rozpoznam każdą intencję, celowy skrót w wypowiedzi, słowo nieco zbyt miękko przeciągnięte na końcu, spojrzenie rzucane pod nieco innym kątem niż zwykle - to wszystko były znaki, wyraźne i wyrafinowane, ostre jak krawędź sztyletu. Miałem ją na wyciągnięcie ręki - wiedziała o tym, chciała tego tak samo, może nawet bardziej, bo prowokowała z wyraźnym planem, z finezją, której sam bym jej kiedyś nie przypisał. Wiedziała, że jej pragnę. Nie tylko jako kobiety - chociaż, Merlinie, pragnąłem jej dokładnie tak - ale też jako osoby, wyzwania, jako partnerki do gry, której zasady nie były ustalone, ale której finał był przesądzony. Nie potrzebowałem tłumaczenia, ani podpowiedzi – znałem reguły tej rozgrywki - czy też kompletny ich brak - zresztą, już dawno przestałem udawać, że nie gram...
A przecież ledwie parę dni temu myślałem, że to wszystko mnie nie dotyczy, jestem ponad tym, potrafię się kontrolować - tę nieprzyzwoitą, spalającą ochotę, która nie była już tylko intelektualna. Była fizyczna - brutalnie cielesna. Teraz ledwie potrafiłem oddychać. Prudence nie musiała robić wiele - wystarczył ton, wystarczyło to jedno zdanie, a moje myśli już były pod jej bluzką, moje dłonie na jej ciele, usta na szyi, kolana między jej udami... Z jej palcami w moich włosach, z paznokciami zostawiającymi ślady na karku. Widok, którego nie umiałem już wyrzucić z głowy. Wyobraźnia nie tylko przejęła kontrolę, lecz praktycznie przewróciła mnie na plecy i przyparła do ziemi. Nie mogłem się na nią nie patrzeć. W jej oczach było to rozbawienie, to ciepło, ale też - może przede wszystkim - to pierwotne wyzwanie. Nie bezczelne, nie wulgarne - tylko inteligentne, przemyślane. Szach-mat. Każda prowokacja z jej strony była dokładnie skalkulowana.
Już dawno przekroczyłem punkt, w którym byłbym w stanie ignorować wspomnienie tego, co prawie się wydarzyło. Nie zamierzałem udawać, że nie rozumiem, podczas gdy rozumiałem doskonale, i tylko dlatego jeszcze się powstrzymywałem, że lubiłem to napięcie. Byliśmy tak blisko, że gdyby kobieta zrobiła jeszcze pół kroku, moje dłonie bezwiednie powędrowałyby do jej bioder - już teraz musiałem zaciskać palce, żeby ich nie wyciągnąć. Chciałem wiedzieć, czy zadrży, jeśli się do niej zbliżę jeszcze bardziej - czy przymknie powieki, kiedy ją pocałuję. Jak zareaguje, kiedy moje palce znajdą się tam, gdzie jeszcze nie były, i gdzie powinny być... Bo tam je kierowała, nawet jeśli niczego nie mówiła wprost. Nie była zaskoczona moim zmieszaniem - może właśnie dlatego, że wiedziała, iż nie było ono wcale oznaką niepewności. To nie była nerwowość - to była frustracja, uroczo bolesna świadomość, że wszystko, czego potrzebuję, stoi tuż przede mną. Mówi do mnie, droczy się, zaprasza.
Nie musiałem się odzywać - moje ciało już dawno zaczęło odpowiadać, choćbym nawet nie wypowiedział ani słowa... Wiedziała, że mnie ma. Przez to jej spojrzenie - celowe, cięższe, głębokie - zawieszone na sekundę dłużej, niż powinno być. Usta lekko rozchylone, jakby od niechcenia, a ja już wiedziałem, jak mogłyby smakować - już je czułem, jeszcze zanim je poczułem naprawdę.
Chciałem zobaczyć ją bez tej kurtki, bez ostrożności, bez kontroli - przekroczyć granicę, gdzie kończyło się jej opanowanie, gdzie zaczynała się czysta, nieprzyzwoita potrzeba. Chciałem ją widzieć całą - nie tę spokojną, racjonalną wersję, którą pokazywała światu, a każdą z lekka nerwową reakcję, każde westchnienie, które wymknie jej się z ust, kiedy nie będzie już myśleć o słowach, tylko o tym, co czujemy. Myślałem o jej ciele przyciśniętym do mojego, o dłoniach błądzących bez pozwolenia, o jej szyi, po której mógłbym sunąć ustami, badając reakcje, jakie we mnie wywołuje. Wyobrażałem sobie ją w sypialni, ale też w ciasnym kącie przedpokoju, kiedy nie wytrzymamy do końca schodów. Myślałem o tym, jak wyginałaby się pod moimi dłońmi na blacie kuchni, siedzeniu mojego motocykla, w jakimś trochę absurdalnym miejscu, kiedy zadrżałaby ze śmiechu i wstydu, a potem wcale nie chciałaby przestać. W tym momencie nie chodziło tylko o seks, o zaspokojenie, o szybkie rozładowanie napięcia - pragnąłem jej w sposób, który był głębszy, ciemniejszy, bardziej skomplikowany - tak złożony, że trudno było to nazwać, nawet jeśli jest się Prudence Bletchley, twardą czarownicą o oczach, które widzą więcej niż powinny.
Moje dłonie zapamiętały jej ciężar, linię talii - to, jak łatwo jej ciało dopasowało się do mojego ramienia, miałem ochotę dotknąć jej jeszcze raz, mocniej, pewniej - zsunąć palce po karku, wsunąć je we włosy, zamknąć usta pocałunkiem. Nie wiedziałem, czy to ona kolejny raz przekroczyła granicę, czy ja - wydawało się, że po prostu runęliśmy razem. Tak, to był upadek. Wolny, nieuchronny, bolesny - i nieprawdopodobnie przyjemny. Dłońmi uniosłem ją za pośladki, i kiedy pochyliła się ku mnie, zaciskając palce na moich ramionach, wiedziałem, że każda granica już została przekroczona. To nie była tylko fizyczność - to było coś dzikiego, pierwotnego, coś, co wyrywało się z nas jak echo wszystkiego, co przez lata było stłumione. Kromlech - to święte miejsce, ułożone w krąg głazy, ich starożytna obecność - wszystko to mogłoby się zawalić, a ja nawet bym nie mrugnął. Mogliśmy się kochać tu, na kamieniach, pod tym niebem, pośród wrzosów i cieni. Nie było już ostrożności. Nie było: „A może nie.”, było tylko: „Teraz.” i  „Jeszcze.” Byłem gotów przekraczać z nią każdą granicę, byle tylko chciała iść tam ze mną. Do czasu, gdy to ona poszła, gdzieś bardzo daleko - dalej, niż mogłem sięgnąć...
Cisza zawisła między nami, wypełniając przestrzeń, którą dzieliliśmy w tym martwym milczeniu. Trzymałem Prue w ramionach, nie puszczając, bo nie wiedziałem, co innego mogę zrobić, by jej pomóc. Czułem jej drżenie, delikatne, prawie nieuchwytne, ale wciąż nieobecne. Powinienem był przewidzieć, że to miejsce może wywołać w niej takie reakcje, stając się obciążeniem. Czułem, jak jej oddech staje się równy, jak powoli odzyskuje kontrolę nad tym, co się z nią działo, ale wciąż trzymałem ją mocno, trochę za mocno, może bardziej, niżbym chciał. Unosiłem ją nadal, jakby to było coś całkiem zwyczajnego - że kobieta zawisa ci na biodrach, osuwa się w ciszę, a potem powoli wraca, jeszcze z tamtego miejsca, z tamtej rzeczywistości, której ty nigdy nie będziesz w stanie pojąć... Ale to nie miało teraz znaczenia - trzymałem ją, bo miałem trzymać - było dla mnie oczywiste, że jej nie puszczę. Ani na moment. Mój kciuk przesunął się powoli po fragmencie jej uda, ot tak, nieśpiesznie, bardziej uspokajająco niż zmysłowo, ale ani przez moment nie wypuszczałem jej z objęć. Nie chciałem robić z niej kogoś kruchego, nic z tych rzeczy, nie wyglądała mi na kogoś, kto by sobie nie poradził - w zasadzie to od początku wiedziałem, że radzi sobie lepiej niż większość ludzi, których znałem, jednak wciąż czułem na sobie ten ciężar, nie tylko fizyczny - ten inny, który zna się tylko wtedy, gdy komuś naprawdę na kimś... Zależy...
Zmarszczyłem lekko brwi, słysząc jej ciche „przepraszam”. Była rozedrgana, głos miała niepewny i łagodniejszy niż zwykle, ale nie w sposób, który sugerował słabość - raczej w sposób, który zdradzał, że coś głęboko w niej poruszyło się tak mocno, że nawet jej duma musiała ustąpić. Nie znosiłem tego słowa w jej ustach, nie w tej chwili. Przeprosiny? Za co? Że pokazała mi coś tak prawdziwego? Albo odważyła się przy mnie pęknąć, nawet jeśli tylko na chwilę? Nie, nie mogłem pozwolić, żeby to przeszło bez reakcji. Kurwa, ta rozmowa mogła potoczyć się zupełnie inaczej, gdybym w porę pomyślał, że to miejsce mogło wzbudzić w niej coś, czego nie będzie w stanie powstrzymać.
- Cicho. - Wszedłem jej w słowo natychmiast, zanim zdążyła powiedzieć coś więcej - nie ostro, nie karcąco, raczej z łagodną stanowczością. -Nie mów tego, nie pszeplasaj. Absolutnie nie mas, za co, to nie ty powinnaś pszeplaszaś, tylko ja. - Patrzyłem na nią z góry, unosząc lekko brwi, jakbym chciał podkreślić, że naprawdę to przemyślałem, to nie był tylko gest mający ją uspokoić, ale szczera refleksja. Mój głos był miękki, niższy niż zazwyczaj, lekko stonowany, zmodułowany, ale instynktownie, to przyszło samo z siebie - mówienie do niej tak, jak mówi się do kogoś, kto wraca z bardzo daleka. Zacisnąłem palce lekko - nie żeby ją unieruchomić, ale żeby poczuła, że jestem - fizycznie, nieodwołalnie, uważnie, i że nawet jeśli przez moment zniknęła, to teraz już wróciła. - Jasne, sze zauwaszyłem. Nie musis od lasu wlasaś w stu plocentach. - Dodałem cicho. Wciąż nie próbowała się wyswobodzić, a ja nie miałem żadnego zamiaru tego inicjować, czułem, że jeszcze przez chwilę powinna mieć prawo do trwania dokładnie tak - zawieszona między miejscami i czasami, bez potrzeby decyzji. Jej dłoń była oparta o mój bark, włosy jeszcze lekko poruszały się na wietrze, a jej oczy… Te oczy miały w sobie teraz głębię większą niż zazwyczaj, a ja się w nie wpatrywałem, ale nie nachalnie - spokojnie, może nawet z troską, być może czulej, niż kiedykolwiek wcześniej. Już nie było między nami żaru, pragnienia, ale to było okej - nie byliśmy zwierzętami, byliśmy dwojgiem ludzi, którzy nawiązywali relację, choćby nawet taką z krótką datą ważności. To nie znaczyło, że nie mogliśmy być dla siebie oparciem.
- Moszes byś tlochę tutaj i tlochę jescze tam, ja cię nie poganiam. - Wzruszyłem ramionami, nadal trzymając ją w powietrzu, zupełnie jakby jej ciężar nie miał znaczenia, a nie miał - nie teraz. Głowa Prudence nadal była blisko, a ja nie przestawałem na nią patrzeć. Cały czas miałem ją przy sobie, stabilnie opartą o moje ciało, chronioną przez ramiona, które teraz bardziej niż kiedykolwiek wydawały się być naturalnym miejscem, do którego mogła przynależeć - nie odsuwałem się, nie wprowadzałem dystansu, bo wiedziałem, że jeszcze przez chwilę jest bardziej tam, niż tu, i nie miałem zamiaru jej zostawiać samej w tym powrocie. Patrzyłem w jej oczy - może trochę przygaszone, jeszcze nie całkiem tu, ale już na tyle obecne, by odpowiedzieć na moje spojrzenie.
- Powinnaś mnie kopnąś w piszczel, sze cię tu w ogóle zablałem, powiedziałaś mi pszecies, sze jesteś widmowidzem, a ja i tak uznałem, sze ten klomlech to świetny pomysł. Nie pszemyślałem tego. Wzruszyłem ramionami, bo nie bardzo wiedziałem, co z tym zrobić - nigdy nie byłem zbyt dobry w słowach, a już szczególnie wtedy, kiedy naprawdę mi zależało, a teraz zależało mi bardziej, niż się spodziewałem. - Powinienem był. - Zaciąłem się na chwilę, ale nie z braku słów, tylko dlatego, że chciałem je dobrać lepiej - mówić do niej w sposób, na jaki zasługiwała - nie jak do kogoś, kogo trzeba chronić, tylko jak do kogoś, komu należy się zrozumienie. Wzruszyłem ramionami, co przy naszej pozycji - jej nogi oplatające mnie w pasie, dłonie na moich barkach, moje ręce podtrzymujące jej ciężar - sprawiło, że zachwialiśmy się delikatnie, i wbrew wszystkiemu, lekki uśmiech przemknął mi po ustach. - Wciąsz jesztem do dupy w tym temacie. Poza tym... - Dodałem, zerkając kątem oka na krąg kamieni - nawiedzone miejsce, do przewidzenia. - Chyba i tak nie mieliśmy zbyt wiele plywatnosi. - Popatrzyłem na nią z ukosa, czekając, czy się uśmiechnie, chociaż trochę, chciałem jej dać ten moment lekkości, oderwania, coś prostego, co da się przyjąć bez bólu, ale nie naciskałem - to nie znikało ot tak.
Kiedy wspomniała o miejscu schadzek, uniosłem lekko brew, ale bez kpiny - wbrew pozorom, gdy wspomniała to na głos, nie byłem zaskoczony. Wiele rzeczy zyskiwało nowy wymiar, gdy miało się przy sobie widmowidza. Zresztą, to miało sens - te kamienie… Krąg, do którego ludzie wracali, czasem instynktownie, z pokoleń w pokolenia. Historia zaklęta w ziemi, w wichrze, w szumie wrzosów - śmierć, tęsknota, poświęcenie, strata... I miłość, oczywiście, bo jeśli gdzieś miała się unosić przez wieki, to właśnie tutaj. Milczałem przez moment, kiedy mówiła dalej - o kobiecie, którą widziała i zimnie, jakie przyniosła śmierć. O tym, że historia nie skończyła się dobrze. Kiwnąłem lekko głową. W sumie... Nie zdziwiło mnie to - mało która historia, którą opowiadają stare kamienie, kończy się dobrze. Miejsca sakralne zapamiętują smutek, straty, echa tego, co się nie udało, przesiąkają głównie tym. Rozumiałem to, na swój sposób, nawet jeśli nigdy nie byłem tam, gdzie ona. Śmierć zawsze pachnie mdłą słodyczą, uderza chłodem, samotnością. Czasem czai się pod skórą, chociaż jeszcze się nie przyszła po swoje.
- Nigdy nie kończy się dobrze. - Powiedziałem cicho, bardziej do siebie - nie zamierzałem jej karmić żadnymi mądrościami. Nie tylko, bo ich nie miałem, ale również, bo to nie było coś, o czym mógłbym się wypowiadać bez mówienia o tym, czego mówić nie chciałem.
Trzymałem ją cały czas tak samo - z ramionami mocno wsuniętymi pod jej uda, z dłońmi złożonymi na miękkich pośladkach, których ciepło czułem przez materiał jeansów. Nogi Prudence owijały się wokół mojego pasa ciasno, pewnie, z zaufaniem, które ściskało mi gardło - ręce miała na mojej szyi, palce leniwie błądziły po karku, jakby chciała się upewnić, że jeszcze tam jestem - to wszystko się dzieje, nigdzie się nie wybieram.
Patrzyłem na nią, blisko, z takiej odległości, z której można dostrzec każdą pieprzoną myśl, każdą wątpliwość, każde rozczulenie skryte za maską twardości. Jej spojrzenie było trochę rozproszone.
Westchnąłem cicho, ale nie przeciągle, bardziej do siebie niż do niej, a potem przysunąłem czoło do jej czoła i pozwoliłem sobie na chwilę ciszy - i na to jedno zawieszone między nami pytanie, które jeszcze nie padło. Spojrzałem na nią uważnie, ale nie niecierpliwie, z tej trochę osovliwej perspektywy - lekko zaróżowione policzki, przygryzione usta, oczy wpatrzone we mnie z tym delikatnym znużeniem, które przychodzi po intensywności. Nie chciałem niczego popsuć, nie chciałem jej poganiać, ale świat nie przestawał się kręcić i wiedziałem, że zaraz przyjdzie moment, w którym trzeba będzie coś postanowić. Ręce miała zaciśnięte wokół mojej szyi, palce czasem drgały przy karku, jakby chciała się upewnić, że to naprawdę ja, to dzieje się teraz, jesteśmy tu razem i to nie złudzenie.
- Hej. - Odezwałem się cicho, dotykając nosem jej skroni. - Słuchaj… Moszemy wlóciś do domu, jeśli jesteś zmęszona, chces odpocząś, wziąś plysznis, połoszyś szię… Zaniosę cię,  dosłownie, nawet nie musis schosiś na ziemię. Powolutku zejsiemy na dół, a potem wlósimy do domu. Wystalszy, sze powies. Nikt nie musi nic więsej dzisiaj udowadniaś, nie musimy już nic  lobiś, naplawdę, mogę cię otuliś kocem, zostawiś herbatę na stoliku, a potem po cichu zniknąś, jeszli tego właśnie potszebujes. Nie pogniewam szię, jak das mi telas kosza i skończymy landkę. - Uśmiechnąłem się do niej lekko, z tym delikatnym, troskliwym półżartem, który miał ją rozluźnić, ale też powiedzieć wszystko, czego nie potrafiłem wyrazić na głos - mogliśmy to zrobić - bez pytań, bez żadnych „ale”, naprawdę, ale... - Ale... - Dodałem od razu, zanim zdążyła coś powiedzieć. - Jest też druga opcja. - Delikatnie przesunąłem kciukiem po jej biodrze, nieśpiesznie, po prostu po to, żeby dać znać, że jestem. - Moglibyśmy wyblaś szię do miasteczka, nie Appledole, tylko tlochę blisej. Jeszt tam taka jedna kawialnia, zalas pszy stalym lynku, tlochę schowana, ale nadal działa, s tego, co mi wiadomo. Mają tam szalotkę s lodami, naplawdę pielwsoszędną. Ciepła, s chrupiącą klusonką i taką polsją lodów waniliowych, sze tseba szię śpieszyś, zanim szię lospłyną. - Zaoferowałem. Ton miałem łagodny, niski, ale nie było w nim litości ani presji - tylko autentyczna troska. - A jeszli nie mas ochoty na coś słodkiego... - Dodałem z namysłem. - To jeszt jescze dluga-tszesia opcja. Lyba s flytkami, s budki pszy plomenadzie, gdzie wsystko smaszą na miejscu. Weśmiemy wsystko na wynos, zawiną nam w gasetę, jak to lobiono za stalych czasów, i wybieszemy szię na dziką plaszę. Ty wybielas. - Zamilkłem na moment, pozwalając jej to przetrawić. Zacisnąłem dłonie na jej pośladkach, nieco poprawiając chwyt, tak by mogła się wygodniej ułożyć, i spojrzałem jej prosto w oczy. Nie śpieszyłem się - żadne z nas się nie śpieszyło. Czułem tylko, że powinienem dać jej wybór - nie podejmować decyzję, tylko zostawić przestrzeń na coś, o czym mogła sama zadecydować.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (43540), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (35854)




Wiadomości w tym wątku
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Pan Losu - 30.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 30.04.2025, 21:33
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.04.2025, 23:24
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 00:13
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 01.05.2025, 02:30
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 03:30
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 01.05.2025, 15:38
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 23:40
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 02.05.2025, 19:45
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 03.05.2025, 00:53
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 04.05.2025, 20:31
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 05.05.2025, 18:00
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 06.05.2025, 18:07
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 07.05.2025, 01:27
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.05.2025, 23:21
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 09.05.2025, 22:51
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 11.05.2025, 01:33
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 11.05.2025, 23:43
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.05.2025, 17:37
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 16.05.2025, 00:16
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 16.05.2025, 19:39

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa