• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11/09/72] Another day, another disappointment | Benjy, Ambroise

[11/09/72] Another day, another disappointment | Benjy, Ambroise
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
15.05.2025, 11:18  ✶  
Ostrożnie podniosłem pierścionek z ziemi. Był prosty, niemal skromny - wąskie, cienkie kółeczko ze złota, wypolerowane, chociaż już nieco przybrudzone ziemią. W jego centrum tkwił nieduży, okrągły diament - przezroczysty, chłodny, przez odbicia chmur, prawie mleczny, lśniący nieśmiało w popołudniowym świetle. Nie było w nim przesady ani prób imponowania - żadnych dodatkowych zdobień, esów-floresów, romantycznych zawijasów. Bez ornamentów, bez grawerunku, bez teatralności - to była biżuteria z rodzaju tych, które nic nie mówią - ani o tym, kto ją wręczył, ani tym bardziej o osobie, która ją nosi... Ale nie musiał - to miał być symbol, oczywistość - takich rzeczy nie nosi się, żeby mówiły za człowieka, zresztą pewnie nie Bletchley go wybierała - chociaż może, lubiła się rządzić - taki pierścionek wybiera się, gdy nie ma się potrzeby udowadniać czegokolwiek więcej. Przesunąłem palcem po krawędzi diamentu - był chłodny, twardy i idealnie gładki, nie miał żadnych wgnieceń, żadnych zadrapań, żadnych śladów noszenia w złych warunkach - no, nie wyglądał na coś porzuconego przypadkiem.
Zacisnąłem dłoń i poczułem znajome, niechciane ściśnięcie w żołądku, chociaż nie powinienem czuć nic, bo to był tylko kawałek metalu i kamień, ale przez chwilę - nieznośnie długą - w moim umyśle zawisła myśl, jak to było możliwe, że coś takiego mogło wypaść komuś tak… Uważnemu. Tutaj, a nie - dajmy na to - wtedy w Londynie. Nie powinno go tu być - nie tak po prostu, na ziemi, obok desek, wśród trawy i resztek porannej rosy. Utkwiłem spojrzenie w kamieniu, trzymając obrączkę pierścionka między kciukiem a palcem wskazującym - była chłodna i trochę wilgotna - nie tak, jakby właśnie ją zdjęto - zbyt zimna. Nie pasowało mi to do niej - Prudence była ostrożna, nie wydawało mi się, żeby gubiła rzeczy, w przeszłości nie zostawiała ich ot tak bez pilnowania. Chyba że… Chyba że celowo... Ale nie, przecież to nie miało sensu. Westchnąłem cicho i uniosłem wzrok na wrzosowisko przed sobą, zbyt rozległe i nieprzejęte ludzkimi problemami, żeby dać jakąkolwiek odpowiedź. Obracałem pierścionek w palcach, jakby dało się z niego wyczytać coś więcej - jakieś wspomnienie dotyku, ciepło jej dłoni, ślad decyzji - ale był tylko metalem i kawałkiem kamienia, wszystko inne musiałem sobie dopowiedzieć sam.
Za moimi plecami rozległ się śmiech. Znałem go dobrze, wystarczająco dobrze, by poczuć, jak napięcie w moich barkach nieco ustępuje. Odwróciłem się powoli, trochę zaskoczony, odrobinę z ulgą, jakbym dopiero teraz wrócił na powierzchnię - już nie tonąłem w myślach. Roise... Fabian zawisł wysoko, śmiejąc się głośno, mocno zaciśnięte ramiona próbowały złapać równowagę, a jego nogi bujały się swobodnie w powietrzu. Ambroise podniósł chłopca wyżej, jakby ten nic nie ważył, a on robił to z nim codziennie od lat - prawdopodobnie tak było, skoro był chrzestnym dziecka. Mały Lestrange wrzasnął z triumfem i mocniej chwycił się jego nogawki. Nie potrafiłem się nie uśmiechnąć - chociaż nie było to do końca szczere, kąciki ust drgnęły mi raczej z przyzwyczajenia. Miły widok, bez wątpienia, taki prawdziwie ciepły, prawdziwie rodzinny, ale... Jednocześnie gdzieś głęboko, pod warstwą sympatii, znów poczułem to dziwne, znajome uczucie - że coś mnie omija. Prawda była taka, że… Czułem się wyobcowany - głupio, niepotrzebnie, ale bardzo wyraźnie, jak ktoś, kto wstał za wcześnie, ubrał się zbyt porządnie, stanął na peronie na kilka godzin przed czasem, a potem patrzył, jak pociąg mija go bez zatrzymania... Bo ta stacja była zła - Wielka Brytania - mój przyjazd, to był błąd, wczoraj przez chwilę tego nie czułem, ale teraz już tak. Wczoraj było mi lekko, dziś czułem się raczej jak pies, któremu udano, że rzucono kość tylko po to, żeby sprawdzić, czy za nią pobiegnie, czy zorientuje się, że to pantomima - zupełna ściema. To był dzień, który miał wyglądać inaczej, a wyglądał dokładnie tak, jak się tego obawiałem. Zawiedzione oczekiwania - nie pierwszy raz - byłem głupi, że sobie na to pozwoliłem, moja wina.
Zacisnąłem palce wokół drobiazgu i uniosłem go do światła, jakbym miał nadzieję, że może wtedy coś mi powie, ale przemilczał wszystko - jak ona. Dlaczego nic mi nie powiedziała, unikała mnie? A może - i ta myśl była najgorsza - może wcale mnie nie unikała, tylko po prostu jej nie obchodziłem już na tyle, żeby zawracać sobie mną głowę - na trzeźwo uświadomiła sobie swój błąd, zrozumiała, że to była głupia, jednorazowa decyzja, postanowiła dać mi to do zrozumienia w najprostszy możliwy sposób. Postanowiła olać nasze plany i zająć się czymś innym lub co gorsza - kimś innym, skoro nie tylko ona zniknęła z radaru - możliwe, że siedziała w kawiarni, sącząc herbatę i wymyślając, jak najlepiej ująć „to nie tak, jak myślisz”... Bo zawsze jest jakieś „to nie tak.”
- Pielścionek. - Powiedziałem, może zbyt lakonicznie. - Leszał tu w trawie, niemal go nie zauwaszyłem, Fabian go wypatszył. - Wyciągnąłem dłoń, odwróconą wnętrzem do góry, a pierścionek błysnął, łapiąc pojedynczy promień słońca, który prześlizgnął się między liśćmi lipy rosnącej przy werandzie. Złoto zalśniło bladym blaskiem w świetle prześwitującym przez chmury. - Nie wiem, czyj. Wygląda, jakby ktoś go upuścił w pośpiechu… Albo zapomniał. - Wzruszyłem ramionami. Zawahałem się. Może nie powinienem mówić tego na głos, może lepiej byłoby zachować domysły dla siebie, jak robiłem to z większością rzeczy, które pewnie nie powinny mieć znaczenia, ale skoro już zaczęliśmy…- Chociasz właściwie… - Dodałem z namysłem. Nie powinienem był tego powiedzieć - nawet sam przed sobą, nie powinienem się przyznawać, lecz słowa miały już swoją drogę - zawisły między mną a Ambroise’em, jak ślady, których nie da się wymazać. Nie był to przedmiot, który zwracał uwagę, krzycząc o tym, czyj był, chyba że już się wiedziało, do kogo należy. - Chyba wiem. - Spojrzałem znów na pierścionek, a potem ścisnąłem go lekko między palcem wskazującym a kciukiem, obracając powoli. - Bletchley. To chyba jej pielścionek, co? - Rzuciłem, starając się, by mój głos był lekki. Zawahałem się przy jej imieniu. Nieznacznie - może tylko ja sam to wychwyciłem. Może tylko dlatego, że miałem je właśnie na końcu języka, jak pytanie, którego nie wypowiedziałem na głos - o nią i Romulusa, o ich faktyczny stan relacji, taki obserwowany z zewnątrz. Zresztą - Greengrass raczej by mi na to nie odpowiedział, bo nie miał tego w zwyczaju, to Potter był plotkarzem w tym duecie, u Roise’a to była inna sytuacja, niełatwo było go ciągnąć za język, jeśli nie chciał mówić - nawet kiedy wiedział dokładnie, co się dzieje - a wiedział zazwyczaj wszystko... To obecnie mogło sprawić mi trudność w zachowaniu twarzy. Nie, nie pytałem o Prue nikogo - nie chciałem pytać. Nie chciałem, żeby ktokolwiek słyszał, że pytam, zwłaszcza Greengrass. Nie zamierzałem pytać Greengrassa o nią i Pottera - co to, to nie. - Tylko ona jedna była tu zalęszona, s tego, co pamiętam. - Spojrzałem na Ambroise’a, unosząc brew, jakbym chciał poprosić o potwierdzenie, ale nie czekałem na nie długo. To było bardziej informacyjne niż żałosne, a przynajmniej tak chciałem to sobie wmówić. Głos miałem nadal pewny, ton lekki, jakbym rozważał coś absolutnie neutralnego. - No, pomijająs Colneliusa, ale... - Parsknąłem cicho. W przeszłości wielokrotnie zdarzało nam się żartować z tego, że zarówno Lestrange, jak Potter, jakby mogli, to by się ożenili sami ze sobą, i jeszcze by poprowadzili ceremonię. Szczególnie Romulus był w sobie szczerze zakochany - tak głęboką miłością, że wszystkie inne związki się przy nim chowały. - To laszej nie jego losmial,  ani styl, chociasz s niego tesz jest damulka.
Fabian, dalej zawieszony u Ambroise’a, znów się roześmiał - głośno, bez zahamowań, jak tylko dzieci potrafią, a ja znów poczułem ten znajomy, kłujący dźwięk, który brzmiał jak przypomnienie, że w pewnych momentach nie umiem być częścią wspólnego kadru, już nią nie jestem, albo nigdy więcej nie będę. Pomyślałem, że im to wychodzi - ta lekkość. Ja... W ostatnich dniach musiałem ją na sobie wymuszać, jakby była językiem, którego nigdy do końca nie opanowałem.
- Chyba musę kiedyś nauszyś szię takich sztuszek s dzieciakami. - Rzuciłem, poprawiając kołnierz kurtki. To miał być komplement, nawet nie był zły, tylko że nie zarezonował tak, jak powinien - bo wybrzmiał we mnie pustką, jak echo po kimś, kto miał być, ale go nie było. - Nie. Nie wisiałem Lomulusa. - Odpowiedziałem, odgarniając dłonią pasmo włosów, które zsunęło mi się na czoło. - Tak właściwie, to w ogóle dzisiaj nie wisiałem ani jego, ani... No, właśnie - Pludence. Jej tesz nie. - Pokręciłem głową i wypuściłem cicho powietrze.
Zacisnąłem palce na pierścionku. Nie chciałem go włożyć do kieszeni, prawdę mówiąc, nie wiedziałem, co chciałem z nim zrobić. Nie chciałem już na niego patrzeć, nie teraz. Może później go jej oddam. Może... Może po prostu go zostawię w jej pokoju - cicho, bez słowa, jak ona. Przez moment miałem ochotę rzucić pierścionek w krzaki. Nie z gniewu - z czegoś zupełnie innego - z tej cichej, przejmującej potrzeby, by nie musieć dźwigać symboli, które nie należały do mnie, ale nie zrobiłem tego. Wyciągnąłem pierścionek w stronę Ambroise’a.
- Mógłbyś go oddaś Bletchley, jeszli to jej? Nie chciałbym byś odpowiedzialny za taką zgubę. - Stwierdziłem - nie wiedziałem, czy zarejestrował ton mojego głosu - zbyt spokojny, zbyt wyćwiczony, jakbym celowo chciał podkreślić: „Nie mam głowy do takich sentymentalnych pierdół.” Oddawałem mu pierścionek z tą samą uwagą, z jaką podaje się komuś klucz do domu, którego nie chce się już odwiedzać - w moim przypadku po zbyt szybkiej, jednokrotnej wizycie - jakby to była sprawa do odhaczenia. - Ja zalas muszę szię zbielaś. Załatwiś palę splaw. Pewnie nie wlósę pszed nocą. Mosze nawet dopielo lano. - Zamilkłem, chociaż miałem ochotę dodać coś jeszcze, może coś złośliwego w stylu: „Jeśli ten pierścionek należy do niej, to... Cóż. Średnio ciekawe, że już go nie potrzebuje, ale raczej niech zutylizuje go gdzieś indziej - wrzuci do morza, albo co.”
Nie umiałem tego nie analizować - tej sytuacji - Prudence nie należała do kobiet, które zapominają o biżuterii. Nie widziałem, żeby ściągała pierścionek, nie bawiła się nim, nie kręciła nim na palcu - to był jej znak, ochrona, deklaracja - gdy byliśmy razem w jej mieszkaniu - widziałem, jak kładzie dłoń na stole, tak żeby światło odbijało się od diamentu, jakby świadomie podkreślała jego istnienie. On był jej obwarowaniem - tak wynikało z naszej rozmowy podczas pożarów - więc jeśli go tu rzuciła - nie zgubiła, nie zapomniała, ale zostawiła - to, co to miało znaczyć?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (4844), Benjy Fenwick (6696), Pan Losu (29)




Wiadomości w tym wątku
[11/09/72] Another day, another disappointment | Benjy, Ambroise - przez Benjy Fenwick - 12.05.2025, 01:27
RE: [11/09/72] Another day, another disappointment | Benjy, Ambroise - przez Pan Losu - 12.05.2025, 01:27
RE: [11/09/72] Another day, another disappointment | Benjy, Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.05.2025, 16:10
RE: [11/09/72] Another day, another disappointment | Benjy, Ambroise - przez Benjy Fenwick - 15.05.2025, 11:18
RE: [11/09/72] Another day, another disappointment | Benjy, Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.05.2025, 21:05
RE: [11/09/72] Another day, another disappointment | Benjy, Ambroise - przez Benjy Fenwick - 19.05.2025, 13:43
RE: [11/09/72] Another day, another disappointment | Benjy, Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.05.2025, 21:08

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa