15.05.2025, 13:12 ✶
Hannibal stał na wpół ukryty w zaułku, niepewnie wyglądając na Pokątną, jakby obawiał się wmieszać w tłum. Dziwnie było widzieć obawę na jego twarzy - przystojnej, mimo pokrywających ją smug popiołu zmieszanego z potem. Ciemne, zmierzwione włosy były również obsypane popiołem. Gdy dostrzegł postać znajomego fotografa, widocznie nabrał otuchy.
- Henry! Henry Lockhart! - zrobił krok w je stronę i gdy wyszedł z cienia okazało się, że przód jego koszuli właściwie nie istnieje. Henry'emu, podobnie jak każdemu, kto choć trochę zaznajomiony był z postacią młodego aktora, nieobcy był prowokacyjny styl Selwyna, ale bieganie po ulicy niemal całkiem półnago było odważną decyzją nawet jak na niego… jeżeli to w ogóle była decyzja, bo czujny obserwator mógł dostrzec, że te strzępy ubrania, które nadal pozostały przyczepione do ciała Hannibala były nadpalone, a odsłonięta lewa połowa klatki piersiowej i przedramię - pokryte oparzeniami. Skóra, choć napięta i pokryta bąblami, nie miała już tak wściekle czerwonego koloru, jak możnaby się spodziewać i błyszczała tłusto od jakiejś maści - oczywiście obecnie z wklejoną w nią toną popiołu i innego śmiecia. Mężczyzna najwyraźniej otrzymał jakąś pomoc w związku ze swoimi obrażeniami.
- Bywało lepiej, jak widzisz - uśmiechnął się lekko - ale wygląda na to, że u nikogo dzisiaj nie jest “wszystko w porządku” - spoważniał, dostrzegając plamy krwi na ubraniu Henry'ego - A ty? Jesteś cały? Miałem tu gdzieś uzdrowicielkę, nie mogła odejść daleko… - rozejrzał się, jakby spodziewał się, że wspomniana uzdrowicielka będzie czekać cierpliwie na jego skinienie.
Prawda była taka, że po rozstaniu z Guinevere nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Odwaga, jaką czuł do tej chwili, opuściła go, gdy został sam wśród pożogi i biegnących w różne strony, ogarniętych gniewem i przerażeniem ludzi. Selwyn nigdy nie czuł się szczególnie dobrze bez towarzystwa, a w tej chwili dodatkowo jego popularność okazywała się być bardziej ciężarem, niż zaletą. Prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu uczciwie bał się bycia rozpoznanym - widział już dzisiaj zbyt wielu czarodziejów zarówno czystej krwi, jak i mugolskiego pochodzenia, których żądza zemsty za rzeczywiste i wyobrażone krzywdy popchnęła do okrucieństwa. I choć sam nie wierzył w wyższość jakiejkolwiek grupy ludzi nad innymi, nie przypuszczał, żeby ktokolwiek chcący uczynić go swoją ofiarą był zainteresowany jego wyjaśnieniami.
Boleśnie świadomy swoich marnych szans w pojedynku, czy to magicznym, czy na pięści, z tym większa radością powitał postać dziennikarza. Już sam aparat fotograficzny, dający możliwość uwiecznienia wydarzeń, bardzo często studził rozgorączkowane emocje, a Hannibal miał mgliste wrażenie, że słyszał coś o tym, że Henry trenuje sztuki walki.
- Henry! Henry Lockhart! - zrobił krok w je stronę i gdy wyszedł z cienia okazało się, że przód jego koszuli właściwie nie istnieje. Henry'emu, podobnie jak każdemu, kto choć trochę zaznajomiony był z postacią młodego aktora, nieobcy był prowokacyjny styl Selwyna, ale bieganie po ulicy niemal całkiem półnago było odważną decyzją nawet jak na niego… jeżeli to w ogóle była decyzja, bo czujny obserwator mógł dostrzec, że te strzępy ubrania, które nadal pozostały przyczepione do ciała Hannibala były nadpalone, a odsłonięta lewa połowa klatki piersiowej i przedramię - pokryte oparzeniami. Skóra, choć napięta i pokryta bąblami, nie miała już tak wściekle czerwonego koloru, jak możnaby się spodziewać i błyszczała tłusto od jakiejś maści - oczywiście obecnie z wklejoną w nią toną popiołu i innego śmiecia. Mężczyzna najwyraźniej otrzymał jakąś pomoc w związku ze swoimi obrażeniami.
- Bywało lepiej, jak widzisz - uśmiechnął się lekko - ale wygląda na to, że u nikogo dzisiaj nie jest “wszystko w porządku” - spoważniał, dostrzegając plamy krwi na ubraniu Henry'ego - A ty? Jesteś cały? Miałem tu gdzieś uzdrowicielkę, nie mogła odejść daleko… - rozejrzał się, jakby spodziewał się, że wspomniana uzdrowicielka będzie czekać cierpliwie na jego skinienie.
Prawda była taka, że po rozstaniu z Guinevere nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Odwaga, jaką czuł do tej chwili, opuściła go, gdy został sam wśród pożogi i biegnących w różne strony, ogarniętych gniewem i przerażeniem ludzi. Selwyn nigdy nie czuł się szczególnie dobrze bez towarzystwa, a w tej chwili dodatkowo jego popularność okazywała się być bardziej ciężarem, niż zaletą. Prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu uczciwie bał się bycia rozpoznanym - widział już dzisiaj zbyt wielu czarodziejów zarówno czystej krwi, jak i mugolskiego pochodzenia, których żądza zemsty za rzeczywiste i wyobrażone krzywdy popchnęła do okrucieństwa. I choć sam nie wierzył w wyższość jakiejkolwiek grupy ludzi nad innymi, nie przypuszczał, żeby ktokolwiek chcący uczynić go swoją ofiarą był zainteresowany jego wyjaśnieniami.
Boleśnie świadomy swoich marnych szans w pojedynku, czy to magicznym, czy na pięści, z tym większa radością powitał postać dziennikarza. Już sam aparat fotograficzny, dający możliwość uwiecznienia wydarzeń, bardzo często studził rozgorączkowane emocje, a Hannibal miał mgliste wrażenie, że słyszał coś o tym, że Henry trenuje sztuki walki.