15.05.2025, 14:52 ✶
Szliśmy długo. A potem jeszcze dłużej. W górę, po nierównym terenie, gdzie mech tylko udawał miękkość, a w rzeczywistości ślizgał się pod butami jak sprytny sabotażysta. Dźwięk wody stawał się coraz wyraźniejszy, a wraz z nim moja motywacja. Miałem wizję: chłodny łyk, może nawet zamoczenie twarzy. Wystarczyło jeszcze kilka kroków. I jeszcze kilka. I jeszcze... Od groma kolejnych kroków, ale w końcu ujrzymy wodospad. Wiedziałem to. Moje ciało to wiedziało.
Idąca przede mną Prudence, nawet zatroszczyła się o moje dobro. Zaskoczony obrzuciłem ją zaciekawionym spojrzeniem, ale... to zdecydowanie była uwaga spowodowana jedynie potrzebą przetrwania. Gdybym się faktycznie pośliznął i złamał kark czy nogę, to zapewne zostawiłaby mnie bez głębszego namysłu.
– Nie mam czasu na poślizgi, idę ku przeznaczeniu – odpowiedziałem, jakbym właśnie zdobywał szczyt świata, a nie jakąś przeklętą skarpę w lesie. Bądź co bądź, podobał mi się ten tekst. Sytuacja może niekoniecznie, ale w przyszłości z pewnością będę sobie żartował z tej sytuacji albo opowiadał wnukom, jakiego mieli dzielnego dziadka, który nie dał się potwornej dziczy.
Ostatecznie dotarliśmy. I nie był to wodospad. Ani źródło. Ani nic z tych romantycznych bzdur, które mogłyby wynagrodzić nam ten wysiłek. To była tama. Stara, zaniedbana, zarośnięta, cuchnąca... woda wyglądała jakby już dawno zrezygnowała z ambicji bycia zdatną do czegokolwiek. Śmierdziała mułem.
Zatrzymałem się, patrząc na to bagno ze zmarszczonym nosem. Ochota na picie wyparowała równie szybko, co moja cierpliwość.
– Może pracują tu mugole — rzuciłem, wskazując w kierunku drewnianej konstrukcji, po której kręciło się może coś... może ktoś? Żadnej żywej duszy...? Prudence nie odpowiedziała. Nawet na mnie nie spojrzała. Może tak na dobrą sprawę nie słyszała mnie, bo huk wody był niewyobrażalny.
Machnąłem na to ręką, bo po prostu ruszyła przed siebie, jakby wszystko było jasne, a ja jak zwykle miałem opóźnione tempo. Na szczęście – albo co dla niej było oczywiste – ruszyła w kierunku tamy. Świetnie. Nie widziało mi się pływanie w tej brudnej wodzie, a spacerów po lesie miałem powyżej uszu. Wystarczą mi na najbliższe dekady.
– Jasne, idź, ja tylko umieram za tobą — mruknąłem, ruszając za nią z nogami ciężkimi jak ołów, ale zdeterminowanymi jak pies, co zgubił właściciela i biegnie za jego zapachem. Nie, moim właścicielem nie była w tym przypadku Prudence, tylko wolność i ciepłe kapcie.
Idąca przede mną Prudence, nawet zatroszczyła się o moje dobro. Zaskoczony obrzuciłem ją zaciekawionym spojrzeniem, ale... to zdecydowanie była uwaga spowodowana jedynie potrzebą przetrwania. Gdybym się faktycznie pośliznął i złamał kark czy nogę, to zapewne zostawiłaby mnie bez głębszego namysłu.
– Nie mam czasu na poślizgi, idę ku przeznaczeniu – odpowiedziałem, jakbym właśnie zdobywał szczyt świata, a nie jakąś przeklętą skarpę w lesie. Bądź co bądź, podobał mi się ten tekst. Sytuacja może niekoniecznie, ale w przyszłości z pewnością będę sobie żartował z tej sytuacji albo opowiadał wnukom, jakiego mieli dzielnego dziadka, który nie dał się potwornej dziczy.
Ostatecznie dotarliśmy. I nie był to wodospad. Ani źródło. Ani nic z tych romantycznych bzdur, które mogłyby wynagrodzić nam ten wysiłek. To była tama. Stara, zaniedbana, zarośnięta, cuchnąca... woda wyglądała jakby już dawno zrezygnowała z ambicji bycia zdatną do czegokolwiek. Śmierdziała mułem.
Zatrzymałem się, patrząc na to bagno ze zmarszczonym nosem. Ochota na picie wyparowała równie szybko, co moja cierpliwość.
– Może pracują tu mugole — rzuciłem, wskazując w kierunku drewnianej konstrukcji, po której kręciło się może coś... może ktoś? Żadnej żywej duszy...? Prudence nie odpowiedziała. Nawet na mnie nie spojrzała. Może tak na dobrą sprawę nie słyszała mnie, bo huk wody był niewyobrażalny.
Machnąłem na to ręką, bo po prostu ruszyła przed siebie, jakby wszystko było jasne, a ja jak zwykle miałem opóźnione tempo. Na szczęście – albo co dla niej było oczywiste – ruszyła w kierunku tamy. Świetnie. Nie widziało mi się pływanie w tej brudnej wodzie, a spacerów po lesie miałem powyżej uszu. Wystarczą mi na najbliższe dekady.
– Jasne, idź, ja tylko umieram za tobą — mruknąłem, ruszając za nią z nogami ciężkimi jak ołów, ale zdeterminowanymi jak pies, co zgubił właściciela i biegnie za jego zapachem. Nie, moim właścicielem nie była w tym przypadku Prudence, tylko wolność i ciepłe kapcie.