16.05.2025, 00:01 ✶
– Tak. Na to wygląda – wymamrotał pod nosem Prewett, ponownie wpatrując się w ogień za oknem. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy został wciągnięty pod ziemię przez atakujące go korzenie, doznał paniki z powodu iluzji wody, powstrzymywał burzę w Mungu, jak i zleciał z dużej wysokości, gdy wredne miotła wzbijał się wbrew jego woli w powietrze, a jednak, pomimo własnych uprzedzeń, Prewett nie miał złudzeń że to żywioł ognia pozostawiał najgorsze rany. Zwłaszcza gdyby okazał się magiczny.
Tak. Zdecydowanie powinni przygotować się na wielu rannych.
A on będzie musiał tutaj siedzieć i tylko modlić się do Matki, aby jednym z poparzonych ciał nie był nikt mu bliski. I aby to wszystko szybko się skończyło. Zerknął na Jolene, rozmyślając nad czymś, ale na razie nic więcej nie powiedział.
Wreszcie odowrócił się od okna na dobre i skinął głową na uzdrowicielkę i panią Bletchley. Kobieta miała rację. Należało się ruszyć. Stojąc w miejscu nikomu nie pomogą. Ruszył więc wraz z pracownicą korytarzem, a Andrea wyprzedziła ich, mamrocząc coś pod nosem, że musi ostrzec też innych. Prawdę mówiąc nieobecność drugiej uzdrowicielki była mu obecnie trochę na rękę.
– Pani Bletchley. Proszę chwilę poczekać – powiedział, gdy przystanął w korytarzu i zawahał się, jakby nie do końca wiedział co właśnie chciał powiedzieć. – Nie wiemy co to jest za pożar. Może wkrótce będzie po wszystkim, a może nie. Jeśli... Jeśli chciałaby pani teraz wyjść i upewnić się, że pani rodzina jest bezpieczna, zadbam o to, aby nikt nie miał o to do pani o to żadnych pretensji.
Oczywiście, to nie tak, że każda pomoc nie była teraz na wagę złota, przecież w takiej sytuacji przyda się każdy, a Bletchley była zdecydowanie inteligentną czarownicą, która mogła pomóc, ale nie była też częścią personelu medycznego. Jeśli miała szansę być ze swoją rodziną, to powinna z niej skorzystać. I naprawdę nie zamierzał jej tego utrudniać. Zwłaszcza kiedy pewnie wszyscy jeszcze byli tam, gdzie mieli być dzisiejszej nocy.
Tak. Zdecydowanie powinni przygotować się na wielu rannych.
A on będzie musiał tutaj siedzieć i tylko modlić się do Matki, aby jednym z poparzonych ciał nie był nikt mu bliski. I aby to wszystko szybko się skończyło. Zerknął na Jolene, rozmyślając nad czymś, ale na razie nic więcej nie powiedział.
Wreszcie odowrócił się od okna na dobre i skinął głową na uzdrowicielkę i panią Bletchley. Kobieta miała rację. Należało się ruszyć. Stojąc w miejscu nikomu nie pomogą. Ruszył więc wraz z pracownicą korytarzem, a Andrea wyprzedziła ich, mamrocząc coś pod nosem, że musi ostrzec też innych. Prawdę mówiąc nieobecność drugiej uzdrowicielki była mu obecnie trochę na rękę.
– Pani Bletchley. Proszę chwilę poczekać – powiedział, gdy przystanął w korytarzu i zawahał się, jakby nie do końca wiedział co właśnie chciał powiedzieć. – Nie wiemy co to jest za pożar. Może wkrótce będzie po wszystkim, a może nie. Jeśli... Jeśli chciałaby pani teraz wyjść i upewnić się, że pani rodzina jest bezpieczna, zadbam o to, aby nikt nie miał o to do pani o to żadnych pretensji.
Oczywiście, to nie tak, że każda pomoc nie była teraz na wagę złota, przecież w takiej sytuacji przyda się każdy, a Bletchley była zdecydowanie inteligentną czarownicą, która mogła pomóc, ale nie była też częścią personelu medycznego. Jeśli miała szansę być ze swoją rodziną, to powinna z niej skorzystać. I naprawdę nie zamierzał jej tego utrudniać. Zwłaszcza kiedy pewnie wszyscy jeszcze byli tam, gdzie mieli być dzisiejszej nocy.