16.05.2025, 00:39 ✶
Już miał się podnieść z ławki. Już miał obmyślić plan jak wkopać nieco Millie, aby opowiedziała kapłance historię ich miłosnego poznania się, bo przecież tak lubisz ją opowiadać kochanie. Już miał jeszcze coś wymyślić, aby Moody bawiła się jeszcze lepiej, kiedy nagle poczuł, jak kręci mu się w głowie, a do niego dotarło, że to psychiczne zmęczenie, chyba jednak nie było jedynie zmęczenie psychiczne. Zrobiło mu się słabo, a on skrzywił się nieco, nawet jeśli był o tyle spokojny o siebie, bo niedawno wziął eliksiry, po których na najbliższy czas powinien czuć się nieco mniej źle. A przecież, skoro tkanki na jego sercu niedawno zostały wchłonięte, to on mógł bezkarnie stresować się milionem rzeczy, prawda?
Z ulgą dotarło do niego, że Millie odprawiła kapłankę, a sama dosiadła się do niego na ławce. Zawrót głowy minął tak szybko, jak przyszedł, a on uśmiechnął się blado, patrząc w jej stronę, chcąc dać znać, że było lepiej i już miał jakoś skomentować jej cały żart, gdy… Sam nie wiedział, czemu zamilkł. Po prostu w chwili, która zaistniała między nimi, było coś takiego, czego nie chciał przerywać i tak jak ona patrzyła na jego usta, tak on nagle, w lustrzanym odbiciu, przesunął wzrok na jej własne i czy mu się wydawało, czy nagle znalazła się bliżej niego?
– Chciałabyś…? – odpowiedział pytaniem, niepewny co dokładnie chodzi Millie po głowie, czując ciężar jej oczu na swoich wargach, ciepło dłoni na jego własnej chłodnej, przyjemne ciepłe powietrze ostatnich wieczorów lata, które ich otaczało. A potem poleciała krew.
– Oh – mruknął. Odruchowo zaczął szukać dla siebie chusteczki i zorientował się, że czekała grzecznie w jego torbie razem z książką i torebką Millie u Bucky’ego.
Kurwa, kurwa, kurwa.
Szybko zaczął przeszukiwać kieszenie, czy w którejś z nich nie znajdzie się coś, czym mógł wytrzeć nos, gdy Moody bohatersko uratowała go własną wstążką.
Oh.
– Dziękuję, ja… To nic – powiedział, wędrując od twarzy Millie do przesiąkniętego karminem materiału w jej dłoniach, a potem, czując się nieco bardziej na siłach, uśmiechnął się i dodał. – To rodzinne od strony mojej matki. Gdy ktoś próbuje wrobić nas w ślub, krwawimy z nosa dla zmylenia przeciwnika – zażartował.
Z ulgą dotarło do niego, że Millie odprawiła kapłankę, a sama dosiadła się do niego na ławce. Zawrót głowy minął tak szybko, jak przyszedł, a on uśmiechnął się blado, patrząc w jej stronę, chcąc dać znać, że było lepiej i już miał jakoś skomentować jej cały żart, gdy… Sam nie wiedział, czemu zamilkł. Po prostu w chwili, która zaistniała między nimi, było coś takiego, czego nie chciał przerywać i tak jak ona patrzyła na jego usta, tak on nagle, w lustrzanym odbiciu, przesunął wzrok na jej własne i czy mu się wydawało, czy nagle znalazła się bliżej niego?
– Chciałabyś…? – odpowiedział pytaniem, niepewny co dokładnie chodzi Millie po głowie, czując ciężar jej oczu na swoich wargach, ciepło dłoni na jego własnej chłodnej, przyjemne ciepłe powietrze ostatnich wieczorów lata, które ich otaczało. A potem poleciała krew.
– Oh – mruknął. Odruchowo zaczął szukać dla siebie chusteczki i zorientował się, że czekała grzecznie w jego torbie razem z książką i torebką Millie u Bucky’ego.
Kurwa, kurwa, kurwa.
Szybko zaczął przeszukiwać kieszenie, czy w którejś z nich nie znajdzie się coś, czym mógł wytrzeć nos, gdy Moody bohatersko uratowała go własną wstążką.
Oh.
– Dziękuję, ja… To nic – powiedział, wędrując od twarzy Millie do przesiąkniętego karminem materiału w jej dłoniach, a potem, czując się nieco bardziej na siłach, uśmiechnął się i dodał. – To rodzinne od strony mojej matki. Gdy ktoś próbuje wrobić nas w ślub, krwawimy z nosa dla zmylenia przeciwnika – zażartował.