16.05.2025, 01:45 ✶
Jonathan siedział na jednym z krzeseł z noga założoną na nogę i udawał, że prezentował się znacznie lepiej, niż się czuł. Trzeba było mu jednak przyznać, że jak na nocną walkę z pożarem, brak snu, szok po wszystkim co się działo i niemalże czarną już koszula z egipskiej bawełny, Selwyn rzeczywiście nie trzymał się najgorzej. Szczególnie, że przed zebraniem, zadbał o to aby obmyć twarz z popiołu i sadzy, a włosy chociaz trochę przeczesać palcami.
No cóż... Takie było jego przekleństwo. Nawet w chwilach tragedii prezentował się wybornie.
W pokoju, w ktorym siedzieli trzymał się blisko Morpheusa, podsuwając przyjacielowi pod nos szklankę wody i raz po raz zerkając, czy z czarodziejem wszystko było w porządku.
– To zdecydowanie nie był normalny ogień – przytaknął swoim przedmówczyniom. – Widziałem to co Millie. Nad kamienicą zgromadziło się więcej chmur i nagle... Bum! Płomienie. Naprawdę. Żenujące. Zasłaniać się chmurami! Mieliby chociaż trochę godności i rozniecali ogień sami. Nie że jakąś godność w sobie mają. – Jonathan był wściekły. Był zmartwiony. Pragnął pojawić się już w Brighton i upewnić, że nikomu z rodziny Kelly nie stała się żadna krzywda. Chciał zostać tutaj I pomagać ludziom do upadłego, bo czuł, że zrobił za mało, a najbardziej to chciał znaleźć wszystkich Śmierciożerców, co do jednego, a następnie każdego z nich pokonać w pojedynku. W to wszystko natomiast wplatało się jeszcze coraz silniejsze uczucie zmęczenia, które podszeptywało Selwynowi, że może kilka godzin snu nie było znowu aż takim złym pomysłem.
– W mojej kamienicy nie ma już okien – powiedział na wzmiankę o stratach w domu, co może nie było, aż tak nadzwyczajne jak chociażby to co spotkało klubokawiarnię, ale jednak było to o tyle irytujące, że miał w kilku z nich bardzo ładne witraże, a ci barbarzyńcy je zniszczyli. – A ludzie na ulicach... Ktoś wziął mnie za Śmierciożercę! Mnie! I zaatakował ścianą ognia!
Tu pokazał dłońmi jak wielka była to ściana ognia, a siedzący obok niego Morpheus, który był świadkiem tych zdarzeń, doskonale wiedział, że już świeczki urodzinowe na torcie stulatka wytworzyłyby więcej ognia niż nieudolnie rzucone w Selwyna zaklęcie.
– Musimy mieć się na baczności. Wypatrywać eskalujących konfliktów i ich celowego napędzania. Ludzie są wściekli, a to obawiam się, że jedynie wszystko zaogni. Boję się też, że w kolejnych tygodniach oni jeszcze będą to podsycać. Wyobrażacie to sobie? Ktoś od nich robi nagonkę wśród poszkodowanych na tych czystokrwistych, którzy niczego nie zrobili, aby ci czystokrwiści się zradykalizowali. – A przecież równie łatwo jest zradykalizować tych, którzy stracili wszystko, jak i tych, którzy zostali oskrażeni o to czego nie zrobili. Zaraz po tym opowiedział jeszcze o kluczowych dla Zakonu zdarzeniach i informacji z swojego przebiegu tej przeklętej nocy – W każdym razie, jeśli ktoś zna jakąś sensowną osobę na pozycję Ministra Magii to może już zgłaszać jej kandydaturę, bo coś wątpię, że po tym wszystkim Jenkins długo na tym stanowisku posiedzi – Zakończył swój wywód i dał wypowiedzieć się reszcie.
No cóż... Takie było jego przekleństwo. Nawet w chwilach tragedii prezentował się wybornie.
W pokoju, w ktorym siedzieli trzymał się blisko Morpheusa, podsuwając przyjacielowi pod nos szklankę wody i raz po raz zerkając, czy z czarodziejem wszystko było w porządku.
– To zdecydowanie nie był normalny ogień – przytaknął swoim przedmówczyniom. – Widziałem to co Millie. Nad kamienicą zgromadziło się więcej chmur i nagle... Bum! Płomienie. Naprawdę. Żenujące. Zasłaniać się chmurami! Mieliby chociaż trochę godności i rozniecali ogień sami. Nie że jakąś godność w sobie mają. – Jonathan był wściekły. Był zmartwiony. Pragnął pojawić się już w Brighton i upewnić, że nikomu z rodziny Kelly nie stała się żadna krzywda. Chciał zostać tutaj I pomagać ludziom do upadłego, bo czuł, że zrobił za mało, a najbardziej to chciał znaleźć wszystkich Śmierciożerców, co do jednego, a następnie każdego z nich pokonać w pojedynku. W to wszystko natomiast wplatało się jeszcze coraz silniejsze uczucie zmęczenia, które podszeptywało Selwynowi, że może kilka godzin snu nie było znowu aż takim złym pomysłem.
– W mojej kamienicy nie ma już okien – powiedział na wzmiankę o stratach w domu, co może nie było, aż tak nadzwyczajne jak chociażby to co spotkało klubokawiarnię, ale jednak było to o tyle irytujące, że miał w kilku z nich bardzo ładne witraże, a ci barbarzyńcy je zniszczyli. – A ludzie na ulicach... Ktoś wziął mnie za Śmierciożercę! Mnie! I zaatakował ścianą ognia!
Tu pokazał dłońmi jak wielka była to ściana ognia, a siedzący obok niego Morpheus, który był świadkiem tych zdarzeń, doskonale wiedział, że już świeczki urodzinowe na torcie stulatka wytworzyłyby więcej ognia niż nieudolnie rzucone w Selwyna zaklęcie.
– Musimy mieć się na baczności. Wypatrywać eskalujących konfliktów i ich celowego napędzania. Ludzie są wściekli, a to obawiam się, że jedynie wszystko zaogni. Boję się też, że w kolejnych tygodniach oni jeszcze będą to podsycać. Wyobrażacie to sobie? Ktoś od nich robi nagonkę wśród poszkodowanych na tych czystokrwistych, którzy niczego nie zrobili, aby ci czystokrwiści się zradykalizowali. – A przecież równie łatwo jest zradykalizować tych, którzy stracili wszystko, jak i tych, którzy zostali oskrażeni o to czego nie zrobili. Zaraz po tym opowiedział jeszcze o kluczowych dla Zakonu zdarzeniach i informacji z swojego przebiegu tej przeklętej nocy – W każdym razie, jeśli ktoś zna jakąś sensowną osobę na pozycję Ministra Magii to może już zgłaszać jej kandydaturę, bo coś wątpię, że po tym wszystkim Jenkins długo na tym stanowisku posiedzi – Zakończył swój wywód i dał wypowiedzieć się reszcie.