• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue

[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#22
16.05.2025, 19:39  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.05.2025, 00:44 przez Benjy Fenwick.)  
Wiedziałem, że to nie była typowa randka, i może właśnie dlatego była tak zajebiście prawdziwa - nie chodziło o idealne gesty czy wyreżyserowane chwile. Niełatwo było przyznać się do tego, nawet sobie samemu, ale ostatnia randka, na której byłem, miała miejsce mniej więcej dekadę temu - pamiętałem ją jak przez mgłę - to była jedna z tych sytuacji, które najlepiej wymazać z pamięci, chociaż czasem wracają w najmniej spodziewanych momentach. Umówiliśmy się z jedną kobietą z ekipy archeologów na coś w rodzaju kolacji, chociaż słowo „kolacja” było mocnym nadużyciem, bo zamiast romantycznej atmosfery, było tylko niezręczne siedzenie naprzeciw siebie w ogródku podrzędnej knajpy, sztywne rozmowy, głównie o zleceniu, a do tego nagły atak deszczu, który zmusił nas do schowania się pod wątpliwą markizą przy wejściu do tawerny. Ona nie chciała się przyznać, że się boi, ja za to nie potrafiłem wyjść z roli kawału skurwiela, jakim byłem w oczach ludzi - zbyt twardy, by się odsłonić, i jak zasugerowała - żeby zauważyć, że to nie jest to, czego ktoś może naprawdę potrzebować. W końcu ta randka skończyła się tym, że obiecałem, iż nigdy więcej nie zaproszę jej na nic podobnego, a ona - o ironio - podziękowała i poszła w swoją stronę, z ulgą, którą chyba oboje czuliśmy. Właśnie to miałem na uwadze, gdy nazwałem naszą randkę „niefortunną” - nie spodziewałem się, że Prudence uzna to za coś innego, co dotyczyło jej - słysząc pytanie, pokręciłem głową.
- Laszej nie? Po plostu nigdy bym nie powiesiał, sze w tym wieku będę jesce landkowaś. Nawet nie wiem, czy jesztem w tym dobly, mam laszej słabe lokowania, wies... - Nie ukrywałem tego, bo po co? I tak miała się tego dowiedzieć - wbrew pozorom, wcale nie byłem większym ekspertem od randek, niż ona. Prawdopodobnie nawet mniejszym, mniej doświadczonym - karierę randkową skończyłem głównie na Hogwarcie.

~~~

Trzymałem ją mocno, ale nie ciasno - moje ręce trwały tam, gdzie były już wcześniej, jakby nic się nie zmieniło, jej ciało nie opuściło nagle tej przestrzeni, i nie była jedną nogą w innym wymiarze, gdzieś zawieszona, palcami zaledwie ledwie muskająca teraźniejszość. Nie odsunąłem się i nie szukałem jej wzroku - nie było sensu, dopóki się nie ocknęła.
Potem też nie wymamrotałem żadnego głupiego: „Wszystko w porządku?” - wiedziałem, że nie było w porządku, nie to było teraz potrzebne. Właściwie nie musiała nic mówić - całe jej ciało przekazywało więcej niż jakiekolwiek słowa, a ja pozwoliłem jej wracać w swoim tempie. Nie wiedziałem, kiedy ostatnio byłem dla kogoś tak całkowicie dostępny, bez oczekiwań, planów, bez gotowych reakcji - zwykle miałem jakiś schemat - może to było najdziwniejsze w tym wszystkim. Spojrzałem na Prudence, na te jej brązowe oczy, które wreszcie wróciły z tamtego innego świata, słysząc spokojniejszy oddech, jakby dopiero teraz całkiem się obudziła.
Było coś głęboko niesprawiedliwego w tym, jak to powiedziała. Tak, jakby chciała zdjąć ze mnie odpowiedzialność, ale jednocześnie obarczyć siebie czymś, co nie było jej winą. Nie do końca rozumiałem, czy to mechanizm obronny, czy coś, co wpoiło jej życie - ten instynkt brania całego ciężaru na siebie, zwłaszcza wtedy, gdy była najbardziej bezbronna.
- Okej, więs mamy jasność, bieszemy to na siebie po połowie. - Odpowiedziałem, mimo wewnętrznego sprzeciwu, bo to była moja wina - ja tu byłem inicjatorem tego wypadu, mężczyzną, kimś, kto powinien być odpowiedzialny, i kto wywołał całą sytuację, ale nie chciałem się z nią kłócić. Prudence nie potrzebowała teraz ode mnie racjonalizacji, ani deklaracji, nie przyszła tu po słowa, nie przylgnęła do mnie po to, żebym ją „naprawił”, być może nie chciała nawet, bym ją rozumiał, wystarczyło, że jej nie zostawiłem. Trzymałem ją dalej, nie postawiłem na ziemi, nie posadziłem na kamieniu - obejmowałem ją, lecz nie dlatego, że nie miałem co zrobić z rękami, tylko z konkretnej przyczyny - celowo nie zamierzałem przestawać, bo jeśli czegoś nauczyłem się przez te wszystkie lata - z kobietami, z mężczyznami, z przyjaciółmi, wrogami, z ofiarami i ze sobą samym - to właśnie tego, że są momenty, w których nie liczy się logika ani odpowiedzialność za kontrolę sytuacji, tylko obecność. Nie musiałem rozumieć Prue w całości, ba!, nie musiałem nawet rozumieć tego, co przed chwilą się wydarzyło. Widziałem tylko, że zgasła na chwilę, jakby nagle zabrakło w niej powietrza, a gdy wróciła, musiała odzyskać oddech. Trochę jak ktoś, kto prawie się utopił - było w tym coś takiego, że podejrzewałem, iż w takim miejscu, tak przesiąkniętym magią i doświadczeniami, gdyby wtedy znalazła się sama, a ja bym odszedł, jej powrót trwałby dłużej. Może zbyt długo. Nie wiedziałem, czy groziło jej utonięcie w przeszłości - nigdy nie widziałem, żeby jakiś widmowidz dosłownie zatonął w cudzych wspomnieniach, ale to prawdopodobnie nie było niemożliwe, skoro zdarzało się, że jasnowidze wpadali w stan permanentnej katatonii. Obie te zdolności były od siebie różne, ale jednocześnie podobne, zbyt podobne, żeby ryzykować. Oczywiście, że mogłem się wycofać -odstawić ją ostrożnie na ziemię, dać jej przestrzeń, odejść na bok i udawać, że nic się nie wydarzyło, z tym, że ja nie porzucałem przyjaciół - już o tym mówiliśmy. Co prawda, potem ustaliliśmy, że nie chcemy nimi być, ale na rzecz bycia dla siebie kimś innym, prawdopodobnie równie ważnym. Dlatego zostałem - nie odsunąłem się, kiedy jej ciało zrobiło się obce, bezwładne, zimne na ułamek sekundy, nie przerwałem, nie przeraziłem się i nie powiedziałem, że przecież mogła mnie ostrzec, iż może się zdarzyć coś takiego. Przecież ostrzegała - i tak - może nie dosłownie, nie wyłożyła wszystkiego, jak na tacy, z adnotacjami i przypisami, ale mówiła o sobie dość, bym wiedział, że jest coś więcej, a pod tą całą strukturą, pod ironią i chłodnym spokojem kryje się coś, co nie zostało jeszcze w stu procentach oswojone, mimo wielu lat doświadczenia.
Nie chciałem być tym, który mierzy „normalność” cudzych przeżyć - to, co dla niej było małą katastrofą, dla mnie było tylko kolejnym przypomnieniem, że nie mamy wpływu na to, jak mocno coś nas dotyka, można funkcjonować całymi latami, nosząc w sobie rzeczy, które w końcu muszą wycieknąć - bez względu na okoliczności. A jeśli ktoś miałby się tego wstydzić, to nie ona - nie tutaj, nie przede mną. Widziałem, co widziałem, i nie miałem ochoty odwracać wzroku. Zresztą - nie była w tym osamotniona. Sam też znałem takie momenty. Może nie w takiej formie, ani z taką intensywnością, nie zostawiałem za sobą własnego ciała, ale… Umiałem zniknąć w równie skuteczny sposób, wyłączyć się, zupełnie mimochodem, odciąć się od świata, przestać być uczestnikiem wydarzeń.
To była ciemna strona tego, że umiałem stać się kimś innym, przemykać bokiem, dystansować, i może właśnie dlatego wiedziałem, że nie warto jej w tym momencie naciskać. Pewnie dlatego, zamiast pozwolić jej się stoczyć w spiralę winy, po prostu trwałem przy niej. „Trwałem” - to dobre słowo, bo nie robiłem nic spektakularnego, nie mówiłem, że będzie dobrze, bo nie wiedziałem, czy będzie. Nie głaskałem jej po głowie ani nie całowałem w czoło - tu nie był moment na czułostki, tylko na czułość - taką, by dać jej czas, przestrzeń, rytm oddechu, którego mogła się uczepić.
I tak, pewnie gdybym był z kimś innym, to byłoby łatwiej - mniej warstw, mniej pułapek - może nawet teraz byśmy leżeli razem na środku tego kręgu, śmiejąc się z własnej nagości, pełni lekkości i bez świadomości, że coś, co było w tym miejscu, mogło się przyczynić do oderwania człowieka od rzeczywistości. Z tym, że przecież nie chciałem być z nikim innym, i to nie dlatego, że Prudence była trudniejsza, bardziej pokręcona, czy mniej przewidywalna - nie traktowałem jej jak wyzwania, nie była moim projektem, tak samo jak ja nie byłem jej.
Zacisnąłem usta. Nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia, a wręcz przeciwnie - miałem aż za dużo, ale każde słowo, które pojawiało się na końcu języka, wydawało się nieodpowiednie, zbyt ostre, zaangażowane, lecz jednocześnie nie byłem w stanie puścić mimo uszu tego, co właśnie usłyszałem. Nie szepnęła tego, nie dramatyzowała, powiedziała to, po prostu, tak, jak mówi się o pogodzie, która nie sprzyja, albo o fakcie, że zostawiło się klucze w zamku - jakby to była jej codzienność - bycie nienormalną. W tym, co dla mnie było ledwie uchwytnym zjawiskiem, dla niej kryła się uciążliwa regularność - własna, zbyt dobrze znana anomalia.
„Gdybym była normalna.” - To jedno zdanie, wypowiedziane z taką nonszalancją, jakby rzucała nim codziennie przy śniadaniu, to był oczywisty fakt, coś, co nie podlega dyskusji… Wywołało we mnie coś, co przypominało irytację, ale podszyte było czymś głębszym - czułem, jak między moimi brwiami pojawia się to znajome napięcie, które pojawiało się tylko wtedy, gdy coś naprawdę mnie ruszało. A to mnie ruszyło, cholernie, bo czym niby było to jej „normalna”? Kto to wymyślił? Rodzice? Szkoła? Ministerstwo? Który z tych uprzejmie uśmiechających się ludzi, którzy patrzą, ale nie widzą? Czy może ona sama, w tych wszystkich cichych chwilach, kiedy siedziała gdzieś w swoim świecie, zbyt daleko, żeby ktoś do niej dotarł, i karciła się za to, kim jest? Jakby to była jej wina, że nie potrafi całkowicie trzymać się granic ciała i rzeczywistości. Nie, to nie było w porządku.
- „Nolmalna.” - Wypowiedziałem z niesmakiem, jakby to było przekleństwo, które przyszło mi przez usta wbrew sobie - to było śmieszne, bo kląłem jak szewc. - „Gdybym była nolmalna”… - Powtórzyłem z lekkim namysłem, które nie miało w sobie ani krzty wesołości. - Powies mi, Pludence, kto jeszt według ciebie „nolmalny” i kto, do cholely, usztala definisję nolmalnoszci? Ci, któszy nigdy nie wysli posa linię? Ci, któszy boją szię własnego cienia i zamykają swoje emocje w małych, bespiesznych pudełkach? - Prowokowałem ją do tego, żeby pomyślała na ten temat, bo najwidoczniej nikt wcześniej tego nie zrobił, a przynajmniej nie skutecznie, natomiast ja, chociaż nie mógłbym nazwać siebie człowiekiem szczególnie wrażliwym, przynajmniej nie w taki oczywisty sposób, nie zamierzałem tolerować bullshitu. Może i byłem świadomy, że nosi w sobie więcej niż inni, widzi więcej, słyszy więcej, odczuwa mocniej, może zbyt mocno, ale ani przez chwilę, nie przeszło mi przez myśl, żeby to nazwać nienormalnością, i tym bardziej nie sądziłem, że ona sama mogłaby tak na siebie patrzeć. Zaskoczyła mnie ostrością w stosunku do siebie.
Oczywiście, że to wszystko nie było „normalne”, jeśli rozumieć przez to przeciętne, ale przeciętność była przecież najgorszym z możliwych epitetów. Gdyby była przeciętna, nie siedziałbym tu teraz z nią, nie trzymałbym jej w ramionach, nie czułbym pod palcami tej ciepłej, drżącej skóry, nie szukałbym jej wzroku, jej oddechu, jej śladów. Zaciągnąłem powietrze, wolno i głęboko, próbując zapanować nad odruchem wypowiedzenia się zbyt ostro i dosadnie. Nie ona była teraz celem - nie jej trzeba było dołożyć, ale do cholery, musiała to usłyszeć.
- Nie mów tak o szobie. - Moje słowa wyszły cicho, ale twardo, jak gdyby same starały się wyważyć między czułością a gniewem, który nie miał nic wspólnego z nią, a raczej z tym wszystkim, co musiała dotąd słyszeć, skoro przyszło jej tak właśnie o sobie myśleć. - Co to w ogóle znaszy „nolmalna”? Jakie mas wyobraszenie tej cudownej, uślednionej osoby, któlą naleszałoby byś? - Spytałem, nie zostawiając jej czasu na odpowiedź. - Nie wiem, kto ci to wmówił, sze jeszteś nienolmalna, mosze ty sama, albo ktoś zlobił to z premedytacją. Kulwa, mosze nawet po części to byłem ja kiedyś, ale to gówno, nie biolę tego, ale to chyba najwięksy absuld, jaki dziś usłysałem. Jeszteś... - Przerwałem na moment, nie szukając wielkich słów, tylko tych właściwych. Wiedziałem, że mogła uznać to za pusty frazes, się wewnętrznie skrzywić, bo przecież nie chodziło jej o patetyczne deklaracje, ale mówiłem szczerze. - Cholelnie wyjątkowa.
Nie chciałem, żeby się cofała, myśląc, że zaszła za daleko, pokazała za dużo. Puściłem ją jednym ramieniem, uniosłem rękę i odgarnąłem pojedynczy kosmyk z jej policzka, ten, który opadł, gdy wracała do siebie. Jej skóra była chłodna, jakby coś z niej jeszcze nie wróciło, ale to nie miało znaczenia - była tutaj w moim zasięgu, to było wystarczająco, bym wiedział, że chcę więcej.
- To, co szię wydaszyło… - Powiedziałem wolniej, starając się zapanować nad emocjami. - To nie był szaden „popis”, nie zlobiłaś tego dla atensji, nie udawałaś, nie zafundowałaś mi tego „zamiast” czegoś, to po plostu szię wydaszyło. Twoje ciało zostało, a dusa posła gdzieś daleko, i wiem, sze cię to wkusza. Wiem, sze czujes szię winna, mas plawo, ale, na Melina, czy naplawdę myślis, sze chciałbym byś tu s kimkolwiek innym? - Zamilkłem na chwilę, a to pytanie zadrgało w powietrzu bardziej, niż się spodziewałem - może było zbyt odsłaniające, brzmiało... Poważnie, ale to była prawda - prosta, brutalna, prawdziwa.
- Nie mów mi, co mam lobiś. - Dodałem spokojnie, nie opuszczając jej na ziemię. - Ja jesce nawet nie wiem, czy szię pszejmuję, bo nie miałem szansy nazwaś tego, co lobię, a ty jusz kaszes mi s tego lesygnowaś. Daj mi to pszetlawiś. - Zerknąłem na nią, a w moich oczach błysnęła ta pewność, której nigdy nie miałem zamiaru ukrywać. - Poza tym... - Dodałem cicho. - Ja tesz nie jesztem nolmalny, jeszli to ci coś daje. - Uśmiechnąłem się pod nosem, bez większej radości, raczej z jakimś zmęczonym uznaniem, bo przecież nikt, kto naprawdę czegoś doświadczył, nie wychodził z tego „normalny” - to była bajka, którą opowiadali dzieciom. - Nie jesztem tu, szeby cię pouczaś,  ani zmuszaś cię do pilnowania szię, ani szeby mieś „nolmalną landkę” s „nolmalną kobietą”, chciałem byś tu s tobą. - Powiedziałem, pozwalając, by to wybrzmiało, gdy przysunęła się nieco bliżej, odruchowo, a może przez przypadek. - I wciąsz chcę.
Nie zamierzałem tego prostować - nie dodawałem „mimo wszystko”, nie było „pomimo” - wszystko, co się wydarzyło, było częścią całości, nie miałem żadnych oczekiwań, które teraz trzeba by było weryfikować, nie wyobrażałem sobie jej jako kobiety idealnej, przewidywalnej, sterylnej emocjonalnie - już nie - a to, co się wydarzyło, zamiast mnie odstraszyć, w jakiś przewrotny sposób przyciągało mnie bardziej. Prue była... Cholernie fascynująca - w sposób, który nie miał nic wspólnego z egzotyką cierpienia, z tą pokrętną potrzebą „naprawiania” kogoś, nie chciałem jej leczyć, nie czułem się lepszy, prawdę mówiąc, oboje byliśmy popaprani, więc jeśli to miało być „nienormalne” - to, co właśnie się między nami działo - to proszę bardzo, mogłem z tym żyć. Nawet więcej - chciałem, ona też. Miałem wrażenie, że udowadnialiśmy to sobie na każdym kroku, jak do tej pory, nie było potrzeby przepraszać za coś, co wcale nie było inne od tego, co robiliśmy przedtem. Ta randka była inna - trochę dziwna, nieoczekiwana, ale z jakiegoś powodu… Miła. Nie potrafiłem powiedzieć, jak powinny wyglądać udane randki, bo po prostu tego nie wiedziałem, a ta była po prostu… Dobra.
Przypomniała mi się jedna z moich najgorszych randek w Hogwarcie. Siedzieliśmy w tym przeklętym Hogsmeade, i ona, zamiast rozmawiać, cały czas gadała o swoim rodzie i swoich magicznych predyspozycjach, jakby to miało mnie zaimponować. Ja wtedy ledwie wytrzymałem z nią dwie godziny, a potem wymówiłem się chorobą i uciekłem - do tej pory nie wiedziałem, co w niej widziałem, ale oczywiście nie zamierzałem zaczynać od historii typu: „Byłem wtedy taki niedojrzały...”, tylko po prostu wtrąciłem ją na luzie, żeby rozładować napięcie.
- Wies, moja najgolsza landka była chyba s taką jedną dziewszyną ze Slythelinu. Obawiam szię, sze nigdy byś jej nie pszebiła, choćbyś chsiała... - Zacząłem z przekąsem. - Zaplosiłem ją na helbatę do Tszech Mioteł, myślałem, sze bęsie miło, a ona ciągle tylko gadała o swojej losinie, o czystości klwi i o tym, jak to ja nie jesztem dla niej do końsa odpowiedni, bo nie jesztem s głównej linii lodu. - Powiedziałem pokrótce.
Pamiętałem też jedną z tych innych, fatalnych randek w Hogwarcie - miałem wtedy jakieś szesnaście lat, zgodziłem się wyjść z dziewczyną z Ravenclawu, bo to był chyba jakiś test - czy w ogóle potrafię zachować się jak normalny chłopak. Poszliśmy do Hogsmeade, a ona niemal cały czas spoglądała na mnie jak na dziwaka, bo zamiast rozmawiać o szkolnych plotkach, zacząłem jej opowiadać o zaklęciach obronnych i strategiach w quidditchu. Próbowałem zainteresować ją czymś innym, niż szkolnymi dramatami, ale ona tylko machała ręką i mówiła: „To jest życie, Aloysius, po prostu tego nie rozumiesz”. W pewnym momencie postanowiłem trochę się rozluźnić i przyłożyłem jej rękę do ramienia, a ona cofnęła się jakbym był nosicielem jakiejś przeklętej klątwy. No, cóż - teraz, po paru latach, pewnie już by się nie myliła. Później praktycznie już nie randkowałem.
W porównaniu do tego, nasza dzisiejsza randka była naprawdę przyjemna. Może i najdziwniejsza ze wszystkich, jakie dane mi było przeżyć - czyli, jak łatwo się domyślić, jakieś dwie, maksymalnie trzy w całym dorosłym życiu - ale od lat nie czułem czegoś podobnego, nie tak, nie tego. Czułem pod palcami jej ciepło, a ona dotykała mojej szyi, oplatała mnie swoimi nogami, co było... Dziwnie naturalne i wcale nie powinno takie być. Wiedziałem, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie, ale byliśmy tu, i tu trzeba było wrócić do rzeczywistości, choćby po to, by za chwilę ruszyć się z miejsca.
- Pielwsa landka, co? - Dodałem z przymrużeniem oka, zaczepiająco, przybliżyłem nos do jej skroni, poczułem, jak jej oddech zwalnia i uspokaja się, jakby już zupełnie wróciła do rzeczywistości z jakiegoś innego świata, w którym była chwilę temu - ulżyło mi. - To chyba sugeluje, sze bęsie ich więsej, plawda? - Rzuciłem z przekornym uśmiechem - chciałem ją trochę zaczepić, ale i trochę sprawdzić, czy ta szansa naprawdę jest. Nie byłem typem, który chodzi na randki - nie umawiałem się na kawę, nie kupowałem kwiatów, nie planowałem niespodzianek, nie całowałem dziewczyn w czoło... Nie pozwalałem dotykać się po twarzy - nie policzek, nie żuchwa, nic, a jednak kiedy jej palce zsunęły się z karku i musnęły moją szczękę, nie odsunąłem się. Poczułem jak kciuk powoli przesuwa się wzdłuż konturu mojej żuchwy, a ja przez moment zupełnie straciłem rezon. Nie był to mój styl, nie byłem przecież facetem od takich czułości - od lat nikt nie dotykał mnie tak po prostu - nie w taki sposób, który nie miał podtekstu. Ten drobny, niemal niezauważalny gest, kiedy jej kciuk powoli przesuwał się po konturze mojej twarzy, był czymś nowym dla mnie, nie miałem pojęcia, jak na to zareagować, ale nie wycofałem się - wręcz przeciwnie -  zacisnąłem palce mocniej wokół jej ciała. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio poczułem się tak… normalnie, a jednocześnie dziwnie, jakbym znowu stąpał po linie nad przepaścią, ale nie wkurzało mnie to, tylko wręcz przeciwnie.
Nie chodziło już tylko o tamtą niespokojność, która wcześniej dręczyła nas oboje, nie o ten moment, gdy zatracaliśmy panowanie nad sobą. To była inna bliskość - ta świadoma, delikatna, gdzie nie musieliśmy niczego udawać - nogi Prudence oplatały mnie, a ja niemal zapominałem, że za chwilę musimy się stąd ruszyć. Nie pozwalałem się dotykać po policzku - przez te wszystkie lata - za długo, by teraz tak po prostu przestawić się na czułość, a jednak ona to zrobiła. Delikatnym ruchem dłoni, kciukiem powoli przesuwała po mojej żuchwie, tak naturalnie, bardzo delikatnie, że nie miałem serca powiedzieć, by przestała. Jej dotyk na policzku nie pozwalał mi być obojętnym, chociaż przecież powinienem być ostrożny, lecz nie mogłem. Po raz pierwszy od bardzo dawna chciałem, żeby to trwało, żebym nie musiał nikogo udawać ani zasłaniać się twardą skorupą. Ta chwila była dziwna, nieplanowana, ale jednocześnie naturalna, jakbyśmy w końcu znaleźli wspólny język, pomimo wszystkich lat i barier, które do tej pory stawiały nas bardzo daleko od siebie. Zerknąłem na nią, czując, jak jej nogi spokojnie oplatają mnie, jak oddycha przy mnie spokojnie, a jej dłoń wędruje po mojej skórze, nieśmiało i tak naprawdę świadomie, i chociaż świat kręcił się dalej, nie spieszyłem się z powrotem do rzeczywistości. Chciałem jeszcze trochę tego - tej bliskości, która nie wymagała niczego ponad bycie razem. To było pierwsze od bardzo dawna czułe dotknięcie, które nie wywoływało we mnie niechęci, tylko przyjemne napięcie. Może to był właśnie ten moment, którego brakowało mi od lat - chwila, kiedy nie udaję, że mi nie zależy, a jednocześnie nie robię z tego wielkiego halo. Prue nie miała w sobie nic z tych kobiet, które przez całe spotkanie testują cię pod kątem użyteczności - jakby już w głowie układały tabelkę z twoimi zaletami, wadami, kontem bankowym i potencjalnymi genami dla potomstwa.
Nachyliłem się, żeby zdmuchnąć kosmyk włosów sprzed oczu Bletchley. Nie przytrzymałem jej brody, nie dotknąłem warg - tylko ten jeden, idiotyczny, czuły gest, który był zupełnie nie w moim stylu. Nie mój, ale jej.
- No, dobsze, zostaniemy dziś tylko pszy szalotce. - Pokręciłem głową z udawaną rezygnacją, ale w środku byłem zadowolony jak dziecko, które dostało cukierka. Potem wskazałem głową ścieżkę w dół. Przy okazji zerknąłem na nią z bezczelną pewnością siebie, bo fakt, że nazwała to „naszą pierwszą randką”, sugerował, że może być ich więcej, a ja, cholera, czułem, że na to właśnie liczę.
- Nie ma za co. - Odparłem, pozwalając, żeby mój głos był inny niż zwykle - mniej ironiczny, mniej szorstki... - To nic tludnego, wies. - Puściłem do niej oko - nie, żeby to zniwelowało napięcie, ale przynajmniej próbowałem.
Odwróciłem wzrok pierwszy, bo obawiałem się, że jak jeszcze przez chwilę będę patrzył, to zrobię coś głupiego - na przykład powiem, że nie chcę wracać, moglibyśmy tu zostać, ukraść jeszcze godzinę albo dwie z tej pieprzonej doby, zanim rzeczywistość znowu nas dopadnie.
- Na pewno chces, szebym cię postawił? Chyba nie chces iś na piechotę... - Zasugerowałem, nie spuszczając z niej wzroku, uniósłszy jedną brew w typowy dla siebie, bezczelny sposób. - Bo naplawdę mogę cię znieś na dół. Albo tak, albo na balana, tym lasem w miłych okolicznościach, nie jak jakiś dzikus. Bęsie sybsiej. - Dodałem, dając do zrozumienia, że to nie jest jakiś tam kłopot, tylko coś zgoła innego.
Patrzyłem na nią i wiedziałem, że mimo całego mojego gburowatego charakteru, coś się zmieniło - to nie pozwalało mi zachować się tak jak kiedyś,  chciało zatrzymać tę chwilę na dłużej. Nasza pierwsza randka była dziwna i nieoczekiwana, ale cholernie prawdziwa, nie miałem zamiaru jej zmarnować.

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (43540), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (35854)




Wiadomości w tym wątku
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Pan Losu - 30.04.2025, 20:19
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 30.04.2025, 21:33
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.04.2025, 23:24
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 00:13
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 01.05.2025, 02:30
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 03:30
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 01.05.2025, 15:38
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 01.05.2025, 23:40
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 02.05.2025, 19:45
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 03.05.2025, 00:53
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 04.05.2025, 20:31
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 05.05.2025, 18:00
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 06.05.2025, 18:07
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 07.05.2025, 01:27
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.05.2025, 23:21
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 09.05.2025, 22:51
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 11.05.2025, 01:33
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 11.05.2025, 23:43
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.05.2025, 17:37
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 16.05.2025, 00:16
RE: [10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 16.05.2025, 19:39

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa