17.05.2025, 00:05 ✶
Jak można tak żyć? Jak to się stało, że zamiast mierzyć do ciebie różdżką, chcę cię ratować, pomyślał i popatrzył na mężczyznę, którego nierozerwalnie łączył z symbolem elegancji, politycznego sprytu oraz miękkiego uścisku dłoni z nożem ukrytym w rękawie. Och, jak dziwnie to było widzieć tego samego człowieka wyglądającego jak strącego króla z farbą w kolorze krwi na skroniach, twarzy i ciele.
Tyle że farba i krew nie różniły się zbytnio od siebie. Tworzyły jedną, gęstą barwę winy. A Julian Bletchley był aurorem, więc pamiętał szkolenia oraz granice wyznaczone przez nie. Pamiętał co znaczyło „przymknąć oko” i „posunąć się za daleko”, ale kiedy patrzył na Anthony’ego, wszystko robiło się rozmazane — mężczyzna istniał dokładnie w tym miejscu, gdzie granica łamała się. Nigdy nie widział go rzucającego cruciatusa. Nigdy nie złapał go z różdżką nad czyimś ciałem, jednakże przecież na końcu każdego łańcucha przemocy, na końcu każdej zbrodni… Siedział ktoś, kto się zgadzał. Kto nie brudził sobie rąk, bo miał do tego ludzi.
A ilu on sam widział upadających i nie zareagował wcale? Tylko patrzył, a przecież patrzenie nie było niewinnością? Ilu pozwolił umrzeć, bo kazano patrzeć tylko na cel? Ilu wydał, wierząc, że to dla dobra sprawy? Z podobnych powodów auror nie potrzebował znać całej prawdy, nie musiał rozumieć zawiłości, niuansów, tego co Anthony przed nim zatajał, wypierał i jak tonął w półcieniach swojej eleganckiej opowieści. Wystarczał moment natomiast, aby widok Shafiqa przyjmującego na siebie ten gniew rozjuszył go bardziej niż same pięści oprawców.
Uderzony mężczyzna zawył, upadł na kolana, które gruchnęły na bruku. Nie trzeba było więcej niż krwi, bo pozostali rozproszyli się jak szczury po zaułkach niechętni oraz rozdarci między wstydem a instynktem samozachowawczym.
— Zrobili ci coś? — zapytał w ojczystym języku. Pozwolił Anthony’emu otrzeć o plakat ciecz i nawet aby ta absurdalna ironia: Shafiq z krwi i kości zasapany w ulicznym błocie pod Shafiqiem z papieru i złudzeń, rozegrała się w ciszy. — Musi być farba, nie krew. Będziesz żyć — powiedział tylko, a następnie zerknął na niego z ukosa, kiedy ten skończył pić i próbował się dźwignąć. Ujął go pewniej pod ramię, pomógł mu stanąć stabilniej. — Stolica płonie, Anthony. Dolina… Już dawno stanęła w ogniu. Była celem ataku — zacisnął szczękę. — Little Hangleton też nie wróży nic dobrego — mężczyzna zaciągnął się zbyt ciepłym, stęchłym powietrzem, mając nadzieję, że wypaliłby z płuc ten ścisk, który zaczynał narastać w nim z każdą kolejną minutą. — Warownia… — nie musiał kończyć, prawda? Jeżeli ona miała upaść… Tam przecież powinien być, w Dolinie. Tam był jego dom i chociaż miał rozkaz udać się do Londynu, bo ,,ważniejsze cele, Bletchley, potrzebujemy cię na froncie miejskim”, to żadne służbowe uzasadnienie nie mogło wyciszyć krzyku, który dudnił mu w piersi. Na bogów, musiał czym prędzej odnaleźć Hestię.
Ile z tego legendarnego opanowania, chłodnej, arystokratycznej maski, zostało w tamtej chwili, Anthony Shafiqu? Ile zostało z poczucia bezpieczeństwa, które tak pieczołowicie budowałeś wokół siebie jak fortecę z marmuru i dymu? Bo Julian widział w jego oczach desperację, która nie przystoiła ludziom w jego garniturze. A jednak tam była, bo rozlana w źrenicach, obnażona na tle chaosu, który połknął miasto i ich razem z nim!
— Longbottoma? — powtórzył, marszcząc brwi. — Tylko młodą. Złapała mnie, kiedy się tu teleportowałem — dodał cicho. Myślami błądząc pośród twarzy z tej przeklętej gromadki, widział tylko Brennę. Była pierwszą, która trafiła na niego, gdy wszystko zaczęło się walić. Miał nadzieję, że nic jej się nie stało, ale z doświadczenia wiedział, że jak długo Longbottomowie żyli, tak któryś zawsze znalazłby sposób, żeby dać o tym znać. Zawsze znajdowali. — A Ministerstwo? Byłeś tam? Widziałeś moją Hestię? Moja córka… — jego własne pytanie padło również tak nagle i boleśnie, że Julek zmrużył oczy. Czuł, jak serce waliło mu o żebra od niepokoju, który stawał się nieznośny. Musiał ją znaleźć, myśl upomniała się ponownie. Gdziekolwiek była, cokolwiek się z nią działo, musiał ją znaleźć, ale przecież… Nie było szansy, aby Anthony mógł cokolwiek wiedzieć. — Nieważne, jakoś ją...
korzystam z przewagi Język hiszpański
Tyle że farba i krew nie różniły się zbytnio od siebie. Tworzyły jedną, gęstą barwę winy. A Julian Bletchley był aurorem, więc pamiętał szkolenia oraz granice wyznaczone przez nie. Pamiętał co znaczyło „przymknąć oko” i „posunąć się za daleko”, ale kiedy patrzył na Anthony’ego, wszystko robiło się rozmazane — mężczyzna istniał dokładnie w tym miejscu, gdzie granica łamała się. Nigdy nie widział go rzucającego cruciatusa. Nigdy nie złapał go z różdżką nad czyimś ciałem, jednakże przecież na końcu każdego łańcucha przemocy, na końcu każdej zbrodni… Siedział ktoś, kto się zgadzał. Kto nie brudził sobie rąk, bo miał do tego ludzi.
A ilu on sam widział upadających i nie zareagował wcale? Tylko patrzył, a przecież patrzenie nie było niewinnością? Ilu pozwolił umrzeć, bo kazano patrzeć tylko na cel? Ilu wydał, wierząc, że to dla dobra sprawy? Z podobnych powodów auror nie potrzebował znać całej prawdy, nie musiał rozumieć zawiłości, niuansów, tego co Anthony przed nim zatajał, wypierał i jak tonął w półcieniach swojej eleganckiej opowieści. Wystarczał moment natomiast, aby widok Shafiqa przyjmującego na siebie ten gniew rozjuszył go bardziej niż same pięści oprawców.
Uderzony mężczyzna zawył, upadł na kolana, które gruchnęły na bruku. Nie trzeba było więcej niż krwi, bo pozostali rozproszyli się jak szczury po zaułkach niechętni oraz rozdarci między wstydem a instynktem samozachowawczym.
— Zrobili ci coś? — zapytał w ojczystym języku. Pozwolił Anthony’emu otrzeć o plakat ciecz i nawet aby ta absurdalna ironia: Shafiq z krwi i kości zasapany w ulicznym błocie pod Shafiqiem z papieru i złudzeń, rozegrała się w ciszy. — Musi być farba, nie krew. Będziesz żyć — powiedział tylko, a następnie zerknął na niego z ukosa, kiedy ten skończył pić i próbował się dźwignąć. Ujął go pewniej pod ramię, pomógł mu stanąć stabilniej. — Stolica płonie, Anthony. Dolina… Już dawno stanęła w ogniu. Była celem ataku — zacisnął szczękę. — Little Hangleton też nie wróży nic dobrego — mężczyzna zaciągnął się zbyt ciepłym, stęchłym powietrzem, mając nadzieję, że wypaliłby z płuc ten ścisk, który zaczynał narastać w nim z każdą kolejną minutą. — Warownia… — nie musiał kończyć, prawda? Jeżeli ona miała upaść… Tam przecież powinien być, w Dolinie. Tam był jego dom i chociaż miał rozkaz udać się do Londynu, bo ,,ważniejsze cele, Bletchley, potrzebujemy cię na froncie miejskim”, to żadne służbowe uzasadnienie nie mogło wyciszyć krzyku, który dudnił mu w piersi. Na bogów, musiał czym prędzej odnaleźć Hestię.
Ile z tego legendarnego opanowania, chłodnej, arystokratycznej maski, zostało w tamtej chwili, Anthony Shafiqu? Ile zostało z poczucia bezpieczeństwa, które tak pieczołowicie budowałeś wokół siebie jak fortecę z marmuru i dymu? Bo Julian widział w jego oczach desperację, która nie przystoiła ludziom w jego garniturze. A jednak tam była, bo rozlana w źrenicach, obnażona na tle chaosu, który połknął miasto i ich razem z nim!
— Longbottoma? — powtórzył, marszcząc brwi. — Tylko młodą. Złapała mnie, kiedy się tu teleportowałem — dodał cicho. Myślami błądząc pośród twarzy z tej przeklętej gromadki, widział tylko Brennę. Była pierwszą, która trafiła na niego, gdy wszystko zaczęło się walić. Miał nadzieję, że nic jej się nie stało, ale z doświadczenia wiedział, że jak długo Longbottomowie żyli, tak któryś zawsze znalazłby sposób, żeby dać o tym znać. Zawsze znajdowali. — A Ministerstwo? Byłeś tam? Widziałeś moją Hestię? Moja córka… — jego własne pytanie padło również tak nagle i boleśnie, że Julek zmrużył oczy. Czuł, jak serce waliło mu o żebra od niepokoju, który stawał się nieznośny. Musiał ją znaleźć, myśl upomniała się ponownie. Gdziekolwiek była, cokolwiek się z nią działo, musiał ją znaleźć, ale przecież… Nie było szansy, aby Anthony mógł cokolwiek wiedzieć. — Nieważne, jakoś ją...
korzystam z przewagi Język hiszpański