17.05.2025, 20:44 ✶
Henry ze swym nieodłącznym aparatem był stałym gościem backstage’u The Globe i Hannibal stwierdził nieco zaskoczony, że jego towarzystwo budzi w nim emocje, które zwykle towarzyszyły mu podczas premier - ekscytację, mobilizację, nieco straceńczą chęć zrobienia wrażenia za wszelką cenę - ale i trochę poczucia bezpieczeństwa, znajomy element wśród chaosu. Jak pies Pawłowa, pomyślał z rozbawieniem nie pasującym do okoliczności.
Zmierzył fotografa wzrokiem od stóp do głów, upewniając się, że faktycznie nie widać po nim żadnych obrażeń. A skoro twierdził, że to nie jego krew…
- Czyżby ciebie też ktoś już zdążył zaatakować? Nie wierzę, że wywalili cię w ten bajzel samego z aparatem, to niebezpieczne!
Właściwie, czy było czemu się dziwić? Pewnie nikt o wyższej pozycji w redakcji nie kwapił się do tej roboty. Sam Hannibal też nie wyściubiałby nosa z bezpiecznego schronienia, gdyby nie atak, którego ofiarą się stał. Podczas niespełna dwóch godzin, jakie minęły od momentu opuszczenia teatru, został napadnięty bez powodu i jakiegokolwiek wyjaśnienia, uratowany i wciągnięty w niespodziewaną eskapadę po okolicy w celu niesienia pomocy (nie do końca wbrew swojej woli, przecież nie był pozbawiony ludzkich odruchów!). Zdążył już być świadkiem dramatów ludzi, którzy stracili w ogniu lub pod gruzami dobytek, bliskich i wiarę w ludzi - a noc dopiero się zaczynała. Henry na pewno znajdzie wiele okazji do zrobienia poruszających lub sensacyjnych zdjęć.
Słysząc pytanie o fotkę na tle płonącego Londynu, wyobraził sobie obraz nędzy i rozpaczy, jaki musi sobą przedstawiać - brudny, obdarty, ranny. Cudownie zmaltretowany. Uśmiechnął się mimo woli.
- Publiczność kocha destrukcję - zacytował performerkę, u której brał kiedyś warsztaty z burleski i strip-tease’u - więc to może nie być taki głupi pomysł. Tylko niech to wygląda wiarygodnie, żeby nas media nie zjadły. “Gwiazda sceny wykorzystuje narodową tragedię dla własnej reklamy!”, “Paparazzi robią zdjęcia zamiast pomagać!”, sam wiesz. - dał się wciągnąć w niestosowne żarciki, czego nie zrobiłby przy pierwszym lepszym dziennikarzu. Może tak było łatwiej - ukryć swój lęk - o siebie, o bliskich, o spokojny codzienny porządek, niedoskonały, ale przecież znajomy i bezpieczny - pod warstwą humoru, przez chwilę udawać, że to się nie dzieje naprawdę, że to tylko sceneria przedstawienia. Hannibal pomyślał o własnej rodzinie, o aktorach z teatru - ale również o swoich ostatnich mugolskich kochankach. Żeni, po nocy z którym zawsze zostawały siniaki. Lucy, która napisała mu swój numer telefonu długopisem na pośladku, a potem zaśmiewała się do łez, kiedy wykręcał się, by go zobaczyć… Nie miał możliwości upewnić się co do ich bezpieczeństwa. Przygryzł wargę i spuścił głowę, skubiąc w zamyśleniu nadpalony i postrzępiony brzeg koszuli.
- Ministerstwo brzmi nieźle, tam powinniśmy być w miarę bezpieczni, a we dwóch mamy większe szanse nie oberwać po drodze. - westchnął ciężko, starając się odepchnąć posępne myśli, przynajmniej do czasu, kiedy będzie można jakoś zaradzić sytuacji - Ruszajmy!
Zmierzył fotografa wzrokiem od stóp do głów, upewniając się, że faktycznie nie widać po nim żadnych obrażeń. A skoro twierdził, że to nie jego krew…
- Czyżby ciebie też ktoś już zdążył zaatakować? Nie wierzę, że wywalili cię w ten bajzel samego z aparatem, to niebezpieczne!
Właściwie, czy było czemu się dziwić? Pewnie nikt o wyższej pozycji w redakcji nie kwapił się do tej roboty. Sam Hannibal też nie wyściubiałby nosa z bezpiecznego schronienia, gdyby nie atak, którego ofiarą się stał. Podczas niespełna dwóch godzin, jakie minęły od momentu opuszczenia teatru, został napadnięty bez powodu i jakiegokolwiek wyjaśnienia, uratowany i wciągnięty w niespodziewaną eskapadę po okolicy w celu niesienia pomocy (nie do końca wbrew swojej woli, przecież nie był pozbawiony ludzkich odruchów!). Zdążył już być świadkiem dramatów ludzi, którzy stracili w ogniu lub pod gruzami dobytek, bliskich i wiarę w ludzi - a noc dopiero się zaczynała. Henry na pewno znajdzie wiele okazji do zrobienia poruszających lub sensacyjnych zdjęć.
Słysząc pytanie o fotkę na tle płonącego Londynu, wyobraził sobie obraz nędzy i rozpaczy, jaki musi sobą przedstawiać - brudny, obdarty, ranny. Cudownie zmaltretowany. Uśmiechnął się mimo woli.
- Publiczność kocha destrukcję - zacytował performerkę, u której brał kiedyś warsztaty z burleski i strip-tease’u - więc to może nie być taki głupi pomysł. Tylko niech to wygląda wiarygodnie, żeby nas media nie zjadły. “Gwiazda sceny wykorzystuje narodową tragedię dla własnej reklamy!”, “Paparazzi robią zdjęcia zamiast pomagać!”, sam wiesz. - dał się wciągnąć w niestosowne żarciki, czego nie zrobiłby przy pierwszym lepszym dziennikarzu. Może tak było łatwiej - ukryć swój lęk - o siebie, o bliskich, o spokojny codzienny porządek, niedoskonały, ale przecież znajomy i bezpieczny - pod warstwą humoru, przez chwilę udawać, że to się nie dzieje naprawdę, że to tylko sceneria przedstawienia. Hannibal pomyślał o własnej rodzinie, o aktorach z teatru - ale również o swoich ostatnich mugolskich kochankach. Żeni, po nocy z którym zawsze zostawały siniaki. Lucy, która napisała mu swój numer telefonu długopisem na pośladku, a potem zaśmiewała się do łez, kiedy wykręcał się, by go zobaczyć… Nie miał możliwości upewnić się co do ich bezpieczeństwa. Przygryzł wargę i spuścił głowę, skubiąc w zamyśleniu nadpalony i postrzępiony brzeg koszuli.
- Ministerstwo brzmi nieźle, tam powinniśmy być w miarę bezpieczni, a we dwóch mamy większe szanse nie oberwać po drodze. - westchnął ciężko, starając się odepchnąć posępne myśli, przynajmniej do czasu, kiedy będzie można jakoś zaradzić sytuacji - Ruszajmy!