17.05.2025, 21:05 ✶
Stali na werandzie, choć stali było w tym przypadku słowem na wyrost, biorąc pod uwagę, że na nodze Ambroise uczepił się czterolatek, który nie stał a wisiał. Jeszcze nie padało, ale Roise wiedział, że to tylko kwestia czasu. Powietrze było zbyt ciężkie i wilgotne, dosłownie przesiąknięte tym charakterystycznym przedburzowym napięciem.
Zaciągnął się nim odruchowo, nieświadomie wstrzymując oddech, po czym znów powracając do rzeczywistości, gdy chrześniak przypomniał o swojej obecności. Fabian mocniej chwycił się jego nogawki, oplatając się wokół łydki Greengrassa niczym dzikie pnącze. Ten zaś bez większego wysiłku ponownie uniósł go do góry.
Malec był żwawy i ewidentnie miał w sobie coś z małego nietoperza: potrafił zawisnąć i trzymać się tylko siłą dziecięcej determinacji. Młody parsknął śmiechem, prawie obracając się głową do dołu, ale zaraz stabilizując swoją pozycję. Był lekki, niemal śmiesznie łatwy do podniesienia, toteż już po chwili wisiał w powietrzu, triumfalnie chichocząc.
Roise mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Zaraz potem jego wzrok przyciągnął Benjy schylony przy kamienno-drewnianym schodku prowadzącym z werandy do ogrodu. Przyjaciel uniósł coś z trawy, prostując się i unosząc to w niebo. Zamarł w miejscu, przyglądając się temu z wyraźnie zmarszczonym czołem.
Ambroise zrobił kilka kroków naprzód. Fabian dyndał przy jego boku niczym żywy, rozchichotany balast, nie przejmując się niczym. Przesunął się do przodu, przystając na tyle niedaleko od zejścia na trawnik, że wreszcie mógł spojrzeć dokładniej na to, co przyjaciel wyciągnął w jego kierunku.
Pierścionek zaręczynowy. Odpowiedź słowna przyszła dokładnie w tym samym momencie, co jego własna realizacja.
Zbyt błyszczący, zbyt nijaki. Taki, jaki wybiera się naprędce, bez znajomości gustu osoby, której się go wręcza. W tym drobnym kawałku metalu było coś uwłaczającego, ilekroć na niego patrzył. Nie przez wartość. Wbrew pozorom, zapewne nie był najtańszy, diament tego gatunku kosztował całkiem sporo, ale przez brak zaangażowania.
Kupiony jak chleb. Odhaczony jak punkt na liście wieczornych zakupów. Wybrany bez zrozumienia, bez refleksji, nawet jeśli z czułości. Symbol pozbawiony treści. Wzór, który dało się znaleźć w każdym mugolskim sklepie jubilerskim.
Znał go. Jeszcze zanim Benjy zdążył zapytać, Roise już wiedział, do kogo należy to cacko.
Prudence.
Oczywiście, że kamyk był jej. Tandetny, niedopasowany, wybrany przez człowieka, który nie wiedział, co to znaczy tak naprawdę znać drugą osobę. Być może nawet nie do końca z własnej złej woli. W końcu miał dosyć skomplikowaną, umiejętnie maskującą się wybrankę.
Mimo to, Bones prawdopodobnie nawet nie próbował wysilać się, żeby znaleźć coś bardziej niecodziennego. Był pragmatyczny, postawił na zupełną klasykę. Na coś, co pasowało do wszystkiego i do niczego.
Właśnie takim go zapamiętał. Przypomniał sobie ten niedawny moment, gdy spotkał się z Norą i Figgówna pokazała mu swoją nową biżuterię. Nie powiedziała, że jest zawiedziona, że jej wybraniec zupełnie nie zwrócił uwagi na to, czego mogłaby chcieć. Nie musiała. On zażenował się za nich oboje.
Ten sam niesmak towarzyszył mu lata temu, kiedy Prudence wyciągnęła przed siebie na palcu to złote cacko. Zachęcona przez resztę uzdrowicieli, z miną osoby, która nie wie, co robi, ale chyba jest szczęśliwa. Kiedy pokazała mu go... ...z dumą?... ...z zażenowaniem?... ...z wymuszoną neutralnością? ...nie potrafił zinterpretować jej tonu.
Dziś wiedział jedno: jego koleżanka wówczas próbowała oswoić coś, co wyraźnie nie pasowało do niej samej. Prawdę mówiąc, nie pasowało do nikogo, kto nie był przesadnie uśmiechniętą modelką z katalogu ślubnego albo perfekcyjną panią domu, ale już zwłaszcza nie do Bletchley.
Poza tym, Prue dokładnie wiedziała wtedy, co robi... ...i robiła to mimo wszystko. Dokładnie z tej samej przyczyny, przez którą w dalszym ciągu trwała w związku z prawdopodobnie najnudniejszym, najbardziej poprawnym człowiekiem, jakiego Roise miał okazję przelotnie poznać.
Ten pierścionek nie był jak Prudence. Ten pierścionek był Liamem... ...czy tam Ianem... ...tak po prawdzie, Roise nigdy nie wiedział, które imię jest poprawne. No, było, bo mężczyzna zginął już kilka lat temu.
Wcześniej natomiast był dokładnie taki: prosty. Banalny. Do bólu nijaki. Bezpieczny. Poprawny. Idealny dla kogoś, kto na siłę próbował być przeciętny i nie wyróżniać się z tłumu ze względu na swoje złe doświadczenia. Nie tyle wpasować się, co wcisnąć się w ramy ogólnie przyjętej normalności.
Greengrass przez chwilę przyglądał się biżuterii leżącej na dłoni Benjy’ego. Oczywiście, że zguba wcześniej znajdowała się w posiadaniu ich wspólnej znajomej. Nawet jeśli była tak generyczna, że mogła należeć do stu innych kobiet.
Nie było potrzeby upewniać się, co do poprawności osądu. Tym bardziej, że wiedział, że na obrączce nie znajdzie żadnego graweru. W końcu to byłaby wyjątkowa ekstrawagancja, odstępstwo od klasyki. Toteż moment później przeniósł wzrok na drugiego mężczyznę. Ten z kolei wyglądał, jakby coś go uwierało, ale nie mówił o tym na głos. Sposób, w jaki wypowiadał nazwisko Bletchley, jakby nie chciał go do końca mówić...
Fenwick brzmiał, jakby nie był sobą, jakby próbował ułożyć coś w głowie zanim cokolwiek powie na głos. To też było zastanawiające, bo przecież zwykle mówił wprost. Teraz kluczył. Omijał. I bardzo, ale to bardzo nie chciał być pytany, dlaczego to robi.
Ambroise odpuścił. Nie zamierzał znęcać się nad przyjacielem. Podpuszczanie i ciągnięcie za język było zabawne wyłącznie wtedy, gdy obie strony na koniec dnia miały to wspominać choćby z cieniem rozbawienia. Tu raczej nie miało tak być. Poza tym miał własne plany, które interesowały go bardziej niż szczeniackie zagrywki.
- Tak, to kamyk Prudence - powiedział spokojnie, potwierdzając to, co Benjy chciał usłyszeć.
Nie miał za to pojęcia, co biżuteria robiła na trawie. Czemu nie była na palcu niedoszłej pani Bones. Nie mógł powiedzieć, że go to nie zaintrygowało, chociaż od dawna sugerował dziewczynie, żeby ją zdjęła. Nie dlatego, że mu to przeszkadzało. Miał to gdzieś.
Raczej dlatego, że nie pasowała. Ani do niej, ani do faktu, że Prue nadal mogła ułożyć sobie życie. Tyle tylko, że przeciągała okres żałoby aż do granic możliwości. Do tego stopnia, że stawało się to coraz bardziej absurdalne, stawiając ją w naprawdę kiepskim świetle. Nie jako pogrążoną w żałobie zakochaną a jako ckliwą i rozsypaną starą pannę, która nie może pogodzić się ze śmiercią niedoszłego męża.
Każdy, kto ją znał, w jakimś momencie raczej musiał przestać wierzyć w ten usilnie kreowany obraz. Jej narzeczony zginął prawie trzy lata temu. Nie kochała go. Nie wspominała go z tkliwością. Raczej z rezygnacją. Tonem osoby, która próbowała się dopasować do czegoś, czego nigdy nie udało jej się osiągnąć.
A mimo to nosiła ten pierścionek. Długo. Do teraz. Teraz zniknął z jej dłoni.
Jej samej też nie było.
Ani jej, ani Romulusa.
Coś tu było nie w porządku.
Ba, wszystko to...
...ten pierścionek, ten dziwny nastrój Benjy’ego, jego wahanie, niewypowiedziane pytania...
...wszystko to układało się w niepokojącą mozaikę.
Dlaczego kamyk znalazł się na trawie? Czemu Bletchley nie miała go na palcu? Przecież pilnowała go z uporem maniaka. Nie z miłości, nie z tęsknoty, ale z jakiegoś dziwnego, neurotycznego przywiązania do gestu, który nie miał już żadnego uczuciowego znaczenia. Stał się tarczą.
Przesunął spojrzeniem po ogrodzie. Nie było jej. Nie było też Romulusa. I choć teoretycznie wiedział, że Prudence zwykle znikała bez robienia szumu wokół wyjścia, nie chcąc przesadnie rzucać się w oczy, tym razem coś w tej ciszy było niepokojące.
Spojrzał na Benjy’ego. Na jego twarzy czaiło się pytanie, którego nie wypowiedział. Co ciekawsze (albo bardziej niepokojące) miał wrażenie, że gdyby dłużej przyglądał się Fenwickowi, na przeuroczym licu przyjaciela prawdopodobnie wyczytałby odpowiedź. Z dużym prawdopodobieństwem taką, której nie chciał usłyszeć.
Pokręcił głową. Nie chciał wtrącać się w nieswoje sprawy. Nie dziś. Nie w takich okolicznościach. Obecnie miał zbyt dużo na głowie, żeby nieproszonym angażować się w cudze sprawy. Nie pytał. Nie potrzebował teraz domysłów. Potrzebował faktów. Potrzebował jakiegoś konkretnego działania, nie lawiny niedopowiedzeń.
Potrzebował...
...Pottera.
Nic więc dziwnego, że niemal bezgłośnie westchnął, kiedy usłyszał o Romulusie. A raczej o jego braku. Potrzebował kumpla, więc oczywiście, że nigdzie go nie było. W tym również kryła się pewna irytująca ironia. Często gęsto ci, na których liczył znikali wtedy, gdy byli najbardziej potrzebni. No, Romy na pewno to robił. Miał do tego tendencje.
W tym momencie Fabian odczepił się od jego nogawki i pobiegł do huśtawki, która kołysała się lekko pod lipą. Dzieci były do siebie podobne, jeśli wiedziało się, jak z nimi rozmawiać, jak na nie patrzeć, jak łapać je wtedy, gdy trzeba albo wręcz przeciwnie: pozwalać im biec, kiedy tego potrzebują.
Miał z nimi do czynienia przez większość życia. Z Roselyn, kiedy sam był jeszcze gówniarzem. Potem Nora z Mabel, następnie dzieci Jacqueline, które z jakiegoś powodu lgnęły do niego za każdym razem, gdy tylko pojawiał się na horyzoncie. No i wreszcie Fabian. Ten był chyba najbardziej wytrwały ze wszystkich.
To nie była zasługa jakiejś szczególnej czułości czy instynktu rodzicielskiego. Nie był rodzicem. To był nawyk. Powtarzalność. Odruch. Jak zapinanie płaszcza przed wyjściem. Przynajmniej tak na to patrzył, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie doczekał się własnych pąkli i z dużym prawdopodobieństwem nie miało się to zmienić jeszcze przez co najmniej kilka lat. Jeśli w ogóle.
- To kwestia przyzwyczajenia - odparł, nie zamierzając udawać, że jest ekspertem w tym zakresie.
Poza tamtym okresem, gdy na poważnie rozważał założenie rodziny, dzieci nigdy nie były jego priorytetem. Z ich dwóch to Rookwood był bliżej tych aspiracji. Z wiadomych względów, obecnie ten temat zdecydowanie należał do bardziej drażliwych. Do tego stopnia, że zagłębianie się w niego w tej chwili nie było czymś, co Roise mógłby chcieć robić.
Szczególnie, że nie był specjalistą w zakresie magipsychologii. Nie potrafił pocieszać ludzi. W jego świecie nikt nie chwalił tego typu blizn za to, że dobrze się goją. Były i tyle.
- Roselyn była ode mnie prawie dziesięć lat młodsza, więc od dzieciaka musiałem się nią zajmować. Potem siostra Thomasa Figga, Nora, miała Mabel. Potem mój kuzyn Basil. No i teraz Fabian - wzruszył ramionami, wymieniając tylko te osoby, które Benjy miał prawo kojarzyć.
Ten komplement był nieoczekiwany. Teoretycznie miły, ale w praktyce naprawdę nie zamierzał robić z tego swojej naturalnej umiejętności. Miał wiele innych faktycznych predyspozycji i talentów.
Odpowiedział rzeczowo. To nie był żaden talent, po prostu obycie z dziećmi. Nawyk. Jak dostrzeganie, że coś jest nie tak, zanim ktoś otworzy usta. Jak uczenie się, kiedy lepiej nic nie mówić, bo pytania będą cięższe od odpowiedzi.
Milczenie wypełniło powietrze między nimi. Spojrzał najpierw na wrzosowisko, jakby szukał tam odpowiedzi na pytanie, co do cholery dzieje się z jego najbliższymi. Jedni znikają, drudzy pogrążają się w nagłej melancholii. Inni? Cholera, chyba nie chciał sprawdzać.
Potem z powrotem na pierścionek, kiedy Benjy spytał, czy może mu go oddać, żeby przekazał go Prudence. Skinął głową. Bez słowa. Wyciągnął rękę, gotów przyjąć przedmiot, który nigdy nie powinien był do niej trafić. Nie, bo w momencie, w którym musnął palcami chłodny kamień…
...coś się zmieniło.
W jednej chwili był tu na werandzie. Czuł chłodny wiatr, słyszał cichy śmiech Fabiana gdzieś za plecami, później stuknięcie pierścionka o wnętrze dłoni a w następnej…
...nie był. Powinien był wiedzieć lepiej. To nie był pierwszy raz, gdy miał do czynienia z biżuterią zaręczynową niosącą ze sobą coś więcej niż znaczenie.
Nie pierwszy raz coś przemówiło do niego w ten sposób. Przeszło przez niego. Zupełnie tak, jakby nagle przeszedł go prąd, ale bez bólu. Jakby coś wsunęło mu się pod skórę, do środka czaszki.
Nie opierał się temu. Nie mógł. Było już za późno, zanim zorientował się, że to się dzieje. Jeszcze przez kilka sekund oddychał nierówno, próbując wrócić na werandę. Do Fabiana. Do Benjy’ego. Do rozmowy, która chwilę temu wydawała się ważna. Ale to nie minęło. Przesunęło się jak fala, pochłaniając go zaledwie moment później.
Czuł. Wszystko naraz. Cienie powoli wyostrzające się w obrazy. Chłód inny od tego, który odczuwał przed chwilą. Zaciśnięta szczęka, zamknięte i otwarte oczy. Mgła. Dźwięk cudzego głosu, echa słów, które nie były do końca jego, ale jednak go dotyczyły.
Coś się wydarzyło.
Coś się wydarzy.
Oddech urwał mu się gdzieś w połowie, jakby Ambroise zapomniał, jak się go kończy... ...albo zaczyna. Odpłynął. Odcięło go.
Zaciągnął się nim odruchowo, nieświadomie wstrzymując oddech, po czym znów powracając do rzeczywistości, gdy chrześniak przypomniał o swojej obecności. Fabian mocniej chwycił się jego nogawki, oplatając się wokół łydki Greengrassa niczym dzikie pnącze. Ten zaś bez większego wysiłku ponownie uniósł go do góry.
Malec był żwawy i ewidentnie miał w sobie coś z małego nietoperza: potrafił zawisnąć i trzymać się tylko siłą dziecięcej determinacji. Młody parsknął śmiechem, prawie obracając się głową do dołu, ale zaraz stabilizując swoją pozycję. Był lekki, niemal śmiesznie łatwy do podniesienia, toteż już po chwili wisiał w powietrzu, triumfalnie chichocząc.
Roise mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Zaraz potem jego wzrok przyciągnął Benjy schylony przy kamienno-drewnianym schodku prowadzącym z werandy do ogrodu. Przyjaciel uniósł coś z trawy, prostując się i unosząc to w niebo. Zamarł w miejscu, przyglądając się temu z wyraźnie zmarszczonym czołem.
Ambroise zrobił kilka kroków naprzód. Fabian dyndał przy jego boku niczym żywy, rozchichotany balast, nie przejmując się niczym. Przesunął się do przodu, przystając na tyle niedaleko od zejścia na trawnik, że wreszcie mógł spojrzeć dokładniej na to, co przyjaciel wyciągnął w jego kierunku.
Pierścionek zaręczynowy. Odpowiedź słowna przyszła dokładnie w tym samym momencie, co jego własna realizacja.
Zbyt błyszczący, zbyt nijaki. Taki, jaki wybiera się naprędce, bez znajomości gustu osoby, której się go wręcza. W tym drobnym kawałku metalu było coś uwłaczającego, ilekroć na niego patrzył. Nie przez wartość. Wbrew pozorom, zapewne nie był najtańszy, diament tego gatunku kosztował całkiem sporo, ale przez brak zaangażowania.
Kupiony jak chleb. Odhaczony jak punkt na liście wieczornych zakupów. Wybrany bez zrozumienia, bez refleksji, nawet jeśli z czułości. Symbol pozbawiony treści. Wzór, który dało się znaleźć w każdym mugolskim sklepie jubilerskim.
Znał go. Jeszcze zanim Benjy zdążył zapytać, Roise już wiedział, do kogo należy to cacko.
Prudence.
Oczywiście, że kamyk był jej. Tandetny, niedopasowany, wybrany przez człowieka, który nie wiedział, co to znaczy tak naprawdę znać drugą osobę. Być może nawet nie do końca z własnej złej woli. W końcu miał dosyć skomplikowaną, umiejętnie maskującą się wybrankę.
Mimo to, Bones prawdopodobnie nawet nie próbował wysilać się, żeby znaleźć coś bardziej niecodziennego. Był pragmatyczny, postawił na zupełną klasykę. Na coś, co pasowało do wszystkiego i do niczego.
Właśnie takim go zapamiętał. Przypomniał sobie ten niedawny moment, gdy spotkał się z Norą i Figgówna pokazała mu swoją nową biżuterię. Nie powiedziała, że jest zawiedziona, że jej wybraniec zupełnie nie zwrócił uwagi na to, czego mogłaby chcieć. Nie musiała. On zażenował się za nich oboje.
Ten sam niesmak towarzyszył mu lata temu, kiedy Prudence wyciągnęła przed siebie na palcu to złote cacko. Zachęcona przez resztę uzdrowicieli, z miną osoby, która nie wie, co robi, ale chyba jest szczęśliwa. Kiedy pokazała mu go... ...z dumą?... ...z zażenowaniem?... ...z wymuszoną neutralnością? ...nie potrafił zinterpretować jej tonu.
Dziś wiedział jedno: jego koleżanka wówczas próbowała oswoić coś, co wyraźnie nie pasowało do niej samej. Prawdę mówiąc, nie pasowało do nikogo, kto nie był przesadnie uśmiechniętą modelką z katalogu ślubnego albo perfekcyjną panią domu, ale już zwłaszcza nie do Bletchley.
Poza tym, Prue dokładnie wiedziała wtedy, co robi... ...i robiła to mimo wszystko. Dokładnie z tej samej przyczyny, przez którą w dalszym ciągu trwała w związku z prawdopodobnie najnudniejszym, najbardziej poprawnym człowiekiem, jakiego Roise miał okazję przelotnie poznać.
Ten pierścionek nie był jak Prudence. Ten pierścionek był Liamem... ...czy tam Ianem... ...tak po prawdzie, Roise nigdy nie wiedział, które imię jest poprawne. No, było, bo mężczyzna zginął już kilka lat temu.
Wcześniej natomiast był dokładnie taki: prosty. Banalny. Do bólu nijaki. Bezpieczny. Poprawny. Idealny dla kogoś, kto na siłę próbował być przeciętny i nie wyróżniać się z tłumu ze względu na swoje złe doświadczenia. Nie tyle wpasować się, co wcisnąć się w ramy ogólnie przyjętej normalności.
Greengrass przez chwilę przyglądał się biżuterii leżącej na dłoni Benjy’ego. Oczywiście, że zguba wcześniej znajdowała się w posiadaniu ich wspólnej znajomej. Nawet jeśli była tak generyczna, że mogła należeć do stu innych kobiet.
Nie było potrzeby upewniać się, co do poprawności osądu. Tym bardziej, że wiedział, że na obrączce nie znajdzie żadnego graweru. W końcu to byłaby wyjątkowa ekstrawagancja, odstępstwo od klasyki. Toteż moment później przeniósł wzrok na drugiego mężczyznę. Ten z kolei wyglądał, jakby coś go uwierało, ale nie mówił o tym na głos. Sposób, w jaki wypowiadał nazwisko Bletchley, jakby nie chciał go do końca mówić...
Fenwick brzmiał, jakby nie był sobą, jakby próbował ułożyć coś w głowie zanim cokolwiek powie na głos. To też było zastanawiające, bo przecież zwykle mówił wprost. Teraz kluczył. Omijał. I bardzo, ale to bardzo nie chciał być pytany, dlaczego to robi.
Ambroise odpuścił. Nie zamierzał znęcać się nad przyjacielem. Podpuszczanie i ciągnięcie za język było zabawne wyłącznie wtedy, gdy obie strony na koniec dnia miały to wspominać choćby z cieniem rozbawienia. Tu raczej nie miało tak być. Poza tym miał własne plany, które interesowały go bardziej niż szczeniackie zagrywki.
- Tak, to kamyk Prudence - powiedział spokojnie, potwierdzając to, co Benjy chciał usłyszeć.
Nie miał za to pojęcia, co biżuteria robiła na trawie. Czemu nie była na palcu niedoszłej pani Bones. Nie mógł powiedzieć, że go to nie zaintrygowało, chociaż od dawna sugerował dziewczynie, żeby ją zdjęła. Nie dlatego, że mu to przeszkadzało. Miał to gdzieś.
Raczej dlatego, że nie pasowała. Ani do niej, ani do faktu, że Prue nadal mogła ułożyć sobie życie. Tyle tylko, że przeciągała okres żałoby aż do granic możliwości. Do tego stopnia, że stawało się to coraz bardziej absurdalne, stawiając ją w naprawdę kiepskim świetle. Nie jako pogrążoną w żałobie zakochaną a jako ckliwą i rozsypaną starą pannę, która nie może pogodzić się ze śmiercią niedoszłego męża.
Każdy, kto ją znał, w jakimś momencie raczej musiał przestać wierzyć w ten usilnie kreowany obraz. Jej narzeczony zginął prawie trzy lata temu. Nie kochała go. Nie wspominała go z tkliwością. Raczej z rezygnacją. Tonem osoby, która próbowała się dopasować do czegoś, czego nigdy nie udało jej się osiągnąć.
A mimo to nosiła ten pierścionek. Długo. Do teraz. Teraz zniknął z jej dłoni.
Jej samej też nie było.
Ani jej, ani Romulusa.
Coś tu było nie w porządku.
Ba, wszystko to...
...ten pierścionek, ten dziwny nastrój Benjy’ego, jego wahanie, niewypowiedziane pytania...
...wszystko to układało się w niepokojącą mozaikę.
Dlaczego kamyk znalazł się na trawie? Czemu Bletchley nie miała go na palcu? Przecież pilnowała go z uporem maniaka. Nie z miłości, nie z tęsknoty, ale z jakiegoś dziwnego, neurotycznego przywiązania do gestu, który nie miał już żadnego uczuciowego znaczenia. Stał się tarczą.
Przesunął spojrzeniem po ogrodzie. Nie było jej. Nie było też Romulusa. I choć teoretycznie wiedział, że Prudence zwykle znikała bez robienia szumu wokół wyjścia, nie chcąc przesadnie rzucać się w oczy, tym razem coś w tej ciszy było niepokojące.
Spojrzał na Benjy’ego. Na jego twarzy czaiło się pytanie, którego nie wypowiedział. Co ciekawsze (albo bardziej niepokojące) miał wrażenie, że gdyby dłużej przyglądał się Fenwickowi, na przeuroczym licu przyjaciela prawdopodobnie wyczytałby odpowiedź. Z dużym prawdopodobieństwem taką, której nie chciał usłyszeć.
Pokręcił głową. Nie chciał wtrącać się w nieswoje sprawy. Nie dziś. Nie w takich okolicznościach. Obecnie miał zbyt dużo na głowie, żeby nieproszonym angażować się w cudze sprawy. Nie pytał. Nie potrzebował teraz domysłów. Potrzebował faktów. Potrzebował jakiegoś konkretnego działania, nie lawiny niedopowiedzeń.
Potrzebował...
...Pottera.
Nic więc dziwnego, że niemal bezgłośnie westchnął, kiedy usłyszał o Romulusie. A raczej o jego braku. Potrzebował kumpla, więc oczywiście, że nigdzie go nie było. W tym również kryła się pewna irytująca ironia. Często gęsto ci, na których liczył znikali wtedy, gdy byli najbardziej potrzebni. No, Romy na pewno to robił. Miał do tego tendencje.
W tym momencie Fabian odczepił się od jego nogawki i pobiegł do huśtawki, która kołysała się lekko pod lipą. Dzieci były do siebie podobne, jeśli wiedziało się, jak z nimi rozmawiać, jak na nie patrzeć, jak łapać je wtedy, gdy trzeba albo wręcz przeciwnie: pozwalać im biec, kiedy tego potrzebują.
Miał z nimi do czynienia przez większość życia. Z Roselyn, kiedy sam był jeszcze gówniarzem. Potem Nora z Mabel, następnie dzieci Jacqueline, które z jakiegoś powodu lgnęły do niego za każdym razem, gdy tylko pojawiał się na horyzoncie. No i wreszcie Fabian. Ten był chyba najbardziej wytrwały ze wszystkich.
To nie była zasługa jakiejś szczególnej czułości czy instynktu rodzicielskiego. Nie był rodzicem. To był nawyk. Powtarzalność. Odruch. Jak zapinanie płaszcza przed wyjściem. Przynajmniej tak na to patrzył, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie doczekał się własnych pąkli i z dużym prawdopodobieństwem nie miało się to zmienić jeszcze przez co najmniej kilka lat. Jeśli w ogóle.
- To kwestia przyzwyczajenia - odparł, nie zamierzając udawać, że jest ekspertem w tym zakresie.
Poza tamtym okresem, gdy na poważnie rozważał założenie rodziny, dzieci nigdy nie były jego priorytetem. Z ich dwóch to Rookwood był bliżej tych aspiracji. Z wiadomych względów, obecnie ten temat zdecydowanie należał do bardziej drażliwych. Do tego stopnia, że zagłębianie się w niego w tej chwili nie było czymś, co Roise mógłby chcieć robić.
Szczególnie, że nie był specjalistą w zakresie magipsychologii. Nie potrafił pocieszać ludzi. W jego świecie nikt nie chwalił tego typu blizn za to, że dobrze się goją. Były i tyle.
- Roselyn była ode mnie prawie dziesięć lat młodsza, więc od dzieciaka musiałem się nią zajmować. Potem siostra Thomasa Figga, Nora, miała Mabel. Potem mój kuzyn Basil. No i teraz Fabian - wzruszył ramionami, wymieniając tylko te osoby, które Benjy miał prawo kojarzyć.
Ten komplement był nieoczekiwany. Teoretycznie miły, ale w praktyce naprawdę nie zamierzał robić z tego swojej naturalnej umiejętności. Miał wiele innych faktycznych predyspozycji i talentów.
Odpowiedział rzeczowo. To nie był żaden talent, po prostu obycie z dziećmi. Nawyk. Jak dostrzeganie, że coś jest nie tak, zanim ktoś otworzy usta. Jak uczenie się, kiedy lepiej nic nie mówić, bo pytania będą cięższe od odpowiedzi.
Milczenie wypełniło powietrze między nimi. Spojrzał najpierw na wrzosowisko, jakby szukał tam odpowiedzi na pytanie, co do cholery dzieje się z jego najbliższymi. Jedni znikają, drudzy pogrążają się w nagłej melancholii. Inni? Cholera, chyba nie chciał sprawdzać.
Potem z powrotem na pierścionek, kiedy Benjy spytał, czy może mu go oddać, żeby przekazał go Prudence. Skinął głową. Bez słowa. Wyciągnął rękę, gotów przyjąć przedmiot, który nigdy nie powinien był do niej trafić. Nie, bo w momencie, w którym musnął palcami chłodny kamień…
...coś się zmieniło.
W jednej chwili był tu na werandzie. Czuł chłodny wiatr, słyszał cichy śmiech Fabiana gdzieś za plecami, później stuknięcie pierścionka o wnętrze dłoni a w następnej…
...nie był. Powinien był wiedzieć lepiej. To nie był pierwszy raz, gdy miał do czynienia z biżuterią zaręczynową niosącą ze sobą coś więcej niż znaczenie.
Nie pierwszy raz coś przemówiło do niego w ten sposób. Przeszło przez niego. Zupełnie tak, jakby nagle przeszedł go prąd, ale bez bólu. Jakby coś wsunęło mu się pod skórę, do środka czaszki.
Nie opierał się temu. Nie mógł. Było już za późno, zanim zorientował się, że to się dzieje. Jeszcze przez kilka sekund oddychał nierówno, próbując wrócić na werandę. Do Fabiana. Do Benjy’ego. Do rozmowy, która chwilę temu wydawała się ważna. Ale to nie minęło. Przesunęło się jak fala, pochłaniając go zaledwie moment później.
Czuł. Wszystko naraz. Cienie powoli wyostrzające się w obrazy. Chłód inny od tego, który odczuwał przed chwilą. Zaciśnięta szczęka, zamknięte i otwarte oczy. Mgła. Dźwięk cudzego głosu, echa słów, które nie były do końca jego, ale jednak go dotyczyły.
Coś się wydarzyło.
Coś się wydarzy.
Oddech urwał mu się gdzieś w połowie, jakby Ambroise zapomniał, jak się go kończy... ...albo zaczyna. Odpłynął. Odcięło go.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down