18.05.2025, 00:44 ✶
Przez krótką chwilę sądziłem, że Prue się uprze i powie: „Daj spokój, sama zejdę.” Ostatecznie nie zaprotestowała - nie powiedziała „nie”, nie spojrzała na mnie spode łba, nie fuknęła pod nosem, więc zanim zdążyła zmienić zdanie, nachyliłem się i przesunąłem dłońmi po jej udach, potem odstawiłem ją na ziemię, a ona przesunęła się, pozwalając, bym kucnął tuż przed nią. Odwróciłem się i złapałem ją pewnie, podciągnąłem lekko w górę, zaraz potem uniosłem - nie gwałtownie, nie teatralnie, tylko zwyczajnie, jakby to było coś, co robiliśmy od zawsze, setki razy, zakodowane w naszych ruchach i gestach. Ona oparła się na mnie lekko, trochę niepewnie, otuliła mnie ramionami wokół szyi, zaskakująco delikatnie, jakby nie chciała mnie niepotrzebnie obciążyć, ale dla mnie nie była ciężarem - objąłem jej nogi i ruszyłem, bez wysiłku. Prudence była lekka - znajoma, ciepła. Zaczęliśmy schodzić - ścieżka była nieco wąska, mało widoczna, ale już raz ją pokonaliśmy, prowadziła łagodnym łukiem w dół wzgórz, porośniętych wrzosami i zdziczałą trawą.
- No to jazda. - Mruknąłem półgłosem, jakby to była rzecz zupełnie naturalna, jak gdybym brał ją na barana codziennie od dekady, a nie tylko dwa razy w życiu - i to w ekstremalnie różnych okolicznościach. Tym razem nie było ognia, dymu, potwornego napięcia mięśni, adrenaliny, która tłukła w skroniach jak młot, była tylko ona - pachnąca czymś ciepłym, osobistym, jak medykamenty, zamknięta, zakurzona biblioteka i ziołowa herbata - i ja, zaskakująco spokojny, bo świat przestał się palić chociaż na moment. Przesunęła się lekko, by ułożyć się wygodniej, i objęła mnie mocniej, bez pośpiechu, tak jakby rzeczywiście było nam obojgu równie dobrze w tej ulotnej chwili, czerpaliśmy z niej spokojną satysfakcję, tym bardziej, że nie musieliśmy się spieszyć.
Pochmurny, wrześniowy dzień miał w sobie coś przyjaznego, chmury były miękkie, niskie, ale nie groźne, tylko trochę posępne - trochę tak, jak gdyby dzień nie mógł się zdecydować, czy warto się rozpogodzić. Powietrze było wilgotne, ale świeże, pachnące solą i mokrą ziemią - mimo chłodu było w tym coś przyjemnego. Milczeliśmy, lecz to było dobre milczenie - niewymuszone - nie po kłótni, nie po rozczarowaniu, takie milczenie, które nie wymagało niczego więcej. Słychać było tylko moje kroki, stukot kamieni pod butami, szelest wrzosów ocierających się o moje spodnie i odległe krakanie wron. Nie trzeba było rozmawiać, niczego mówić, gdyż nie było napięcia do rozładowania - nie mieliśmy żadnych niewypowiedzianych rzeczy wiszących między nami, wszystko padło na szczycie - szliśmy razem, w tej nowej, nieco absurdalnej, ale w gruncie rzeczy bardzo naturalnej konfiguracji. Czułem ciepło jej rąk na swoich ramionach, oddech gdzieś przy karku, czasem lekki ruch głowy, kiedy przekręcała się, by spojrzeć w bok.
Zsunąłem wzrok na ścieżkę, odgarniając wysokie źdźbła - pod nogami miałem żwir i ubite trawy, gdzieniegdzie kawałki omszałych kamieni. Było równo, stromo, ale bez większych przeszkód. Niosłem ją dalej bez wysiłku, osobliwie już przyzwyczajony do ciężaru - do tego, jak się poruszała, jak trzymała, tak właściwie, już raz to robiliśmy, nawet jeśli w innych okolicznościach. Prue nie potrzebowała mówić, a ja nie potrzebowałem pytać, czy jest jej wygodnie - wiedziałem, że było.
Nie miałem potrzeby gadać - nie miałem też ochoty żartować, udawać, że jestem bardziej wyluzowany niż w rzeczywistości, nie musiałem jej dalej przekonywać, że wszystko jest w porządku - chyba pierwszy raz od dawna naprawdę było. Oddychała spokojnie, rytmicznie, z twarzą przyciśniętą do moich pleców, i mogła tak zostać, nie przeszkadzał mi ten dotyk, ani nasza bliskość - czasem, kiedy poruszała się lekko, czułem na karku muśnięcie jej włosów albo ciepło dłoni, która opierała się o mój bark - nie chciałem, żeby to się kończyło.
Miasteczko, szarlotka z lodami, wrzesień, spacer z kobietą, która chwilę temu dotykała mnie po policzku tak, jakby robiła to od lat, a przecież oboje wiedzieliśmy, że nie zawsze tak było - przez lata to wyglądało inaczej - nasza relacja zmieniła się w bardzo nieoczekiwany sposób, tak samo moja reakcja na bliskość, którą mi zaoferowała, zupełnie z własnej woli, trochę nieoczekiwanie - nigdy wcześniej nie byłem kimś, kto cenił sobie te proste czułości... Albo byłem, bardzo dawno temu, w jakimś innym życiu, które przepadło, przeleciało mi przez palce... Wtedy, kiedy jeszcze myśl o randce nie brzmiała jak zupełny absurd.
Nie byłem pewien, czy to naprawdę randka, ani co właściwie oznaczało „pierwsza” w naszym przypadku, ale nie chciałem tego analizować - nie teraz - było wystarczająco dobrze, lepiej od wszelkich wcześniejszych prób, które nie potrafiły sięgnąć tego rodzaju ciszy - spokojnej, miękkiej, świadome. Jej obecność na moich plecach była realna i ciepła, ale nie przytłaczająca, raczej - naturalna. Ścieżka zaczęła łagodnieć, stając się szerokim traktem, po bokach pojawiły się niskie kamienne murki, porośnięte mchem, z kilkoma polnymi kwiatami wciśniętymi w szczeliny.
- Mhm, jescze kilka minut i powinniśmy byś na ostatniej plostej do miasteczka. - Przesunąłem rękę lekko, poprawiając jej nogi. - Właściwie, zalas je zobacys. - Uśmiechnąłem się lekko i kiwnąłem głową do przodu - zakręt za kolejnym pagórkiem odkrywał już pierwsze dachy, trochę krzywe, stare, ale znajome. - Póśniej wlósimy po motocykl. - Dodałem spokojnie, bardziej do siebie niż do niej. - Wolę go nie zabielaś na dół.
- No to jazda. - Mruknąłem półgłosem, jakby to była rzecz zupełnie naturalna, jak gdybym brał ją na barana codziennie od dekady, a nie tylko dwa razy w życiu - i to w ekstremalnie różnych okolicznościach. Tym razem nie było ognia, dymu, potwornego napięcia mięśni, adrenaliny, która tłukła w skroniach jak młot, była tylko ona - pachnąca czymś ciepłym, osobistym, jak medykamenty, zamknięta, zakurzona biblioteka i ziołowa herbata - i ja, zaskakująco spokojny, bo świat przestał się palić chociaż na moment. Przesunęła się lekko, by ułożyć się wygodniej, i objęła mnie mocniej, bez pośpiechu, tak jakby rzeczywiście było nam obojgu równie dobrze w tej ulotnej chwili, czerpaliśmy z niej spokojną satysfakcję, tym bardziej, że nie musieliśmy się spieszyć.
Pochmurny, wrześniowy dzień miał w sobie coś przyjaznego, chmury były miękkie, niskie, ale nie groźne, tylko trochę posępne - trochę tak, jak gdyby dzień nie mógł się zdecydować, czy warto się rozpogodzić. Powietrze było wilgotne, ale świeże, pachnące solą i mokrą ziemią - mimo chłodu było w tym coś przyjemnego. Milczeliśmy, lecz to było dobre milczenie - niewymuszone - nie po kłótni, nie po rozczarowaniu, takie milczenie, które nie wymagało niczego więcej. Słychać było tylko moje kroki, stukot kamieni pod butami, szelest wrzosów ocierających się o moje spodnie i odległe krakanie wron. Nie trzeba było rozmawiać, niczego mówić, gdyż nie było napięcia do rozładowania - nie mieliśmy żadnych niewypowiedzianych rzeczy wiszących między nami, wszystko padło na szczycie - szliśmy razem, w tej nowej, nieco absurdalnej, ale w gruncie rzeczy bardzo naturalnej konfiguracji. Czułem ciepło jej rąk na swoich ramionach, oddech gdzieś przy karku, czasem lekki ruch głowy, kiedy przekręcała się, by spojrzeć w bok.
Zsunąłem wzrok na ścieżkę, odgarniając wysokie źdźbła - pod nogami miałem żwir i ubite trawy, gdzieniegdzie kawałki omszałych kamieni. Było równo, stromo, ale bez większych przeszkód. Niosłem ją dalej bez wysiłku, osobliwie już przyzwyczajony do ciężaru - do tego, jak się poruszała, jak trzymała, tak właściwie, już raz to robiliśmy, nawet jeśli w innych okolicznościach. Prue nie potrzebowała mówić, a ja nie potrzebowałem pytać, czy jest jej wygodnie - wiedziałem, że było.
Nie miałem potrzeby gadać - nie miałem też ochoty żartować, udawać, że jestem bardziej wyluzowany niż w rzeczywistości, nie musiałem jej dalej przekonywać, że wszystko jest w porządku - chyba pierwszy raz od dawna naprawdę było. Oddychała spokojnie, rytmicznie, z twarzą przyciśniętą do moich pleców, i mogła tak zostać, nie przeszkadzał mi ten dotyk, ani nasza bliskość - czasem, kiedy poruszała się lekko, czułem na karku muśnięcie jej włosów albo ciepło dłoni, która opierała się o mój bark - nie chciałem, żeby to się kończyło.
Miasteczko, szarlotka z lodami, wrzesień, spacer z kobietą, która chwilę temu dotykała mnie po policzku tak, jakby robiła to od lat, a przecież oboje wiedzieliśmy, że nie zawsze tak było - przez lata to wyglądało inaczej - nasza relacja zmieniła się w bardzo nieoczekiwany sposób, tak samo moja reakcja na bliskość, którą mi zaoferowała, zupełnie z własnej woli, trochę nieoczekiwanie - nigdy wcześniej nie byłem kimś, kto cenił sobie te proste czułości... Albo byłem, bardzo dawno temu, w jakimś innym życiu, które przepadło, przeleciało mi przez palce... Wtedy, kiedy jeszcze myśl o randce nie brzmiała jak zupełny absurd.
Nie byłem pewien, czy to naprawdę randka, ani co właściwie oznaczało „pierwsza” w naszym przypadku, ale nie chciałem tego analizować - nie teraz - było wystarczająco dobrze, lepiej od wszelkich wcześniejszych prób, które nie potrafiły sięgnąć tego rodzaju ciszy - spokojnej, miękkiej, świadome. Jej obecność na moich plecach była realna i ciepła, ale nie przytłaczająca, raczej - naturalna. Ścieżka zaczęła łagodnieć, stając się szerokim traktem, po bokach pojawiły się niskie kamienne murki, porośnięte mchem, z kilkoma polnymi kwiatami wciśniętymi w szczeliny.
- Mhm, jescze kilka minut i powinniśmy byś na ostatniej plostej do miasteczka. - Przesunąłem rękę lekko, poprawiając jej nogi. - Właściwie, zalas je zobacys. - Uśmiechnąłem się lekko i kiwnąłem głową do przodu - zakręt za kolejnym pagórkiem odkrywał już pierwsze dachy, trochę krzywe, stare, ale znajome. - Póśniej wlósimy po motocykl. - Dodałem spokojnie, bardziej do siebie niż do niej. - Wolę go nie zabielaś na dół.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)