18.05.2025, 22:16 ✶
Dolohov wyglądał dokładnie tak jak można się było po nim spodziewać.
Każda kępka brązowych włosów opadająca mu teraz na twarz, hacząca o przeciwsłoneczne okulary zasłaniające bure oczyska, wyglądała jak coś zaplanowanego przez fotografa kryjącego się za którąś z niedomkniętych okiennic okolicznej kamienicy. Zawsze, odkąd postanowił wynieść swoją popularność na szczyt szczytów, prezentował się taki sposób – nie nienaganny, bo nienaganni ludzie odrzucali, a on nie mógł odrzucać – za to z pewnością ekscentryczny i przy tym malarski. Wyglądał ciekawie. Nadzwyczajnie dziwnie w sposób, który był charakterystyczny dla niego – bo to do niego porównywano i będzie się porównywać przez lata, od jego decyzji zależało, czy te porównania będą komplementem, czy będą nosiły w sobie znamiona pogardy. Spora to była odpowiedzialność. Wątłe dłonie, które sięgnęły wspomnianych wcześniej okularów i przesunęły je z nosa na czubek głowy, należały do człowieka silnego, ale ta siła znajdowała się nie w ciele, lecz w głowie. Zgodnie z zapowiedzią urósł, przerósł Morpheusa zupełnie, ale przy tym wszystkim zdawał się ważyć mniej od niego. Wychudzony, maskujący ten fakt dobrze skrojonymi ubraniami, a jednak miał w sobie coś, co zakazywało mu to wytykać. Jakiś boski pierwiastek odciągający uwagę od tego jak starannie wyszyte były wszystkie gwiezdne wzory na ubraniach i z jaką precyzją dbano o to aby każdy z nich miał jakieś większe znaczenie – bo trzeba było patrzeć na całokształt, kontekst… czasem rozczarowanie malujące się na obliczu.
Zmarszczył brwi kiedy zorientował się, że Morpheus na niego nie patrzy, a później w odwecie, bo to przecież była walka, przybrał minę posągu. Z lekkością udawał kogoś zupełnie niewzruszonego, jakby nie stał przed Niewymownym drugi wieszcz, lecz marmur.
– Cóż – zaczął spokojnie, sprawnie maskując niechęć i inne emocje, zupełnie sprzeczne z oczekiwanymi. Niby to sobie wszystko zaplanował i przemyślał, ale emocje to jednak emocje – szczególnie w zestawieniu z takim widokiem. Nigdy nie miał w sobie tego co Morpheus – życie uczyniło go mistrzem materializacji pomysłów, Longbottoma zaś mostem pomiędzy światami. I to było tak bardzo widoczne – jego perfekcyjne ułożenie i wyjście na prostą zestawione z siwizną, starością i wyniszczeniem kogoś, kto znowu wchłonął za dużo emocji otoczenia. – Idiota – pomyślał Dolohov – jeżeli miał mieć problemy z wyznaczeniem granic, mógł dalej brnąć z tą pomiędzy nami. – Ale nie mógł tego powiedzieć. Za to w przeciwieństwie do niego niekoniecznie miał problem z zaczęciem jakiejś rozmowy. Skoro nie została mu ofiarowana, ciszę wypełniły jego słowa. – To brzmiało słodziej kiedy miałem piętnaście lat, Morfeuszu – powiedział, nie tracąc nic, co pozwalało mu zachować pozory. Nie wszyscy wokół musieli wiedzieć, jak mocno biło mu serce. – Zdążyłem wyrosnąć z bajki o tym, że nadawanie mi zdrobniałych pseudonimów niesie w sobie jakieś obietnice.
Na moment zadarł głowę, badając spojrzeniem mur. Mur, z którego nie dało się wyczytać wiele, póki stało się konkretnie przy nim, ale ta zagadka rozwiązywała się wraz z pierwszymi krokami.
– Chodź. Usiądziemy gdzieś, gdzie nie będą się na nas gapić – wyjaśnił, ruszając chodnikiem przed siebie i… tam też był taki murek. I przy następnym budynku też i… musieli minąć takich murków trzy sztuki, a po drodze dało się już domyślić prawdy – wydzielały przed mugolami zamknięty teren. Otoczony przez szereg kamieniczek plac, który Dolohov chciał kupić, skrywał wielki budynek, który chciał kupić. Budynek na ten moment niewidoczny, bo ukryty w podobny sposób co wiele innych budowli magicznych dzielnic.
Metalowa bramka zamknięta na zamek, który rozkluczał Vakel, znajdowała się w zaułku, do którego nie zaglądał nikt prócz ich dwójki, a kiedy przez nią przeszli: pojawił się. Nieco zapuszczony, ale godny podziwu. Już wkrótce miał stać się siedzibą instytutu.
Każda kępka brązowych włosów opadająca mu teraz na twarz, hacząca o przeciwsłoneczne okulary zasłaniające bure oczyska, wyglądała jak coś zaplanowanego przez fotografa kryjącego się za którąś z niedomkniętych okiennic okolicznej kamienicy. Zawsze, odkąd postanowił wynieść swoją popularność na szczyt szczytów, prezentował się taki sposób – nie nienaganny, bo nienaganni ludzie odrzucali, a on nie mógł odrzucać – za to z pewnością ekscentryczny i przy tym malarski. Wyglądał ciekawie. Nadzwyczajnie dziwnie w sposób, który był charakterystyczny dla niego – bo to do niego porównywano i będzie się porównywać przez lata, od jego decyzji zależało, czy te porównania będą komplementem, czy będą nosiły w sobie znamiona pogardy. Spora to była odpowiedzialność. Wątłe dłonie, które sięgnęły wspomnianych wcześniej okularów i przesunęły je z nosa na czubek głowy, należały do człowieka silnego, ale ta siła znajdowała się nie w ciele, lecz w głowie. Zgodnie z zapowiedzią urósł, przerósł Morpheusa zupełnie, ale przy tym wszystkim zdawał się ważyć mniej od niego. Wychudzony, maskujący ten fakt dobrze skrojonymi ubraniami, a jednak miał w sobie coś, co zakazywało mu to wytykać. Jakiś boski pierwiastek odciągający uwagę od tego jak starannie wyszyte były wszystkie gwiezdne wzory na ubraniach i z jaką precyzją dbano o to aby każdy z nich miał jakieś większe znaczenie – bo trzeba było patrzeć na całokształt, kontekst… czasem rozczarowanie malujące się na obliczu.
Zmarszczył brwi kiedy zorientował się, że Morpheus na niego nie patrzy, a później w odwecie, bo to przecież była walka, przybrał minę posągu. Z lekkością udawał kogoś zupełnie niewzruszonego, jakby nie stał przed Niewymownym drugi wieszcz, lecz marmur.
– Cóż – zaczął spokojnie, sprawnie maskując niechęć i inne emocje, zupełnie sprzeczne z oczekiwanymi. Niby to sobie wszystko zaplanował i przemyślał, ale emocje to jednak emocje – szczególnie w zestawieniu z takim widokiem. Nigdy nie miał w sobie tego co Morpheus – życie uczyniło go mistrzem materializacji pomysłów, Longbottoma zaś mostem pomiędzy światami. I to było tak bardzo widoczne – jego perfekcyjne ułożenie i wyjście na prostą zestawione z siwizną, starością i wyniszczeniem kogoś, kto znowu wchłonął za dużo emocji otoczenia. – Idiota – pomyślał Dolohov – jeżeli miał mieć problemy z wyznaczeniem granic, mógł dalej brnąć z tą pomiędzy nami. – Ale nie mógł tego powiedzieć. Za to w przeciwieństwie do niego niekoniecznie miał problem z zaczęciem jakiejś rozmowy. Skoro nie została mu ofiarowana, ciszę wypełniły jego słowa. – To brzmiało słodziej kiedy miałem piętnaście lat, Morfeuszu – powiedział, nie tracąc nic, co pozwalało mu zachować pozory. Nie wszyscy wokół musieli wiedzieć, jak mocno biło mu serce. – Zdążyłem wyrosnąć z bajki o tym, że nadawanie mi zdrobniałych pseudonimów niesie w sobie jakieś obietnice.
Na moment zadarł głowę, badając spojrzeniem mur. Mur, z którego nie dało się wyczytać wiele, póki stało się konkretnie przy nim, ale ta zagadka rozwiązywała się wraz z pierwszymi krokami.
– Chodź. Usiądziemy gdzieś, gdzie nie będą się na nas gapić – wyjaśnił, ruszając chodnikiem przed siebie i… tam też był taki murek. I przy następnym budynku też i… musieli minąć takich murków trzy sztuki, a po drodze dało się już domyślić prawdy – wydzielały przed mugolami zamknięty teren. Otoczony przez szereg kamieniczek plac, który Dolohov chciał kupić, skrywał wielki budynek, który chciał kupić. Budynek na ten moment niewidoczny, bo ukryty w podobny sposób co wiele innych budowli magicznych dzielnic.
Metalowa bramka zamknięta na zamek, który rozkluczał Vakel, znajdowała się w zaułku, do którego nie zaglądał nikt prócz ich dwójki, a kiedy przez nią przeszli: pojawił się. Nieco zapuszczony, ale godny podziwu. Już wkrótce miał stać się siedzibą instytutu.
with all due respect, which is none