06.02.2023, 21:01 ✶
Był w dobrym humorze, jak to miał w zwyczaju. Oprócz jego z natury pogodnego ducha wpływ na jego nastrój miała również szklanka ognistej whisky, którą raczył się podczas niedługiej wizycie w pubie. Bawił się tam dosyć dobrze – porozmawiał z dwoma czarodziejami na temat „motorów” (mugolski wynalazek, podobno zainspirowany miotłami, bardzo ciekawe), posłuchał przez chwilę muzyki (powolny, elegancki jazz) i w przypływie odwagi po wypitym alkoholu zagadał do brunetki kręcącej się przy barze (dostał od niej szybkiego kosza). Chętnie poimprezowałby dalej, ale wiedział, że jeśli wypije za dużo, to będą musieli go wyciągać z pubu siłą, co nie wchodziło w grę, bo na następny dzień musiał być w pełni sił.
Opuścił swoich nowych znajomych od „motorów” i udał się w wędrówkę do domu. Nucił sobie nowo zasłyszaną melodię, przemierzając Pokątną i rozmyślając o tym, że życie generalnie było fajne. Dłonie miał ukryte w płaszczu, śmierdział trochę alkoholem. Choć miał słabą głowę, to wypił za mało, by być pijany. Szedł prosto i trzeźwo, od czasu do czasu rozglądając się na boki. Dzięki temu dostrzegł skonfundowaną osóbkę stojącą pozornie bez celu w bardzo dziwnym miejscu, w ciemnej alejce. Na jej widok się zatrzymał.
- Hej, wszystko w porządku? - wypalił bez zastanowienia w stronę nieznajomej. Gdyby był rozsądny, to powinien był odejść, bo czasy były bardzo niepewne i łatwo było wpaść w jakieś kłopoty, zwłaszcza w bocznych, nieodwiedzanych ulicach. Theodore do rozsądnych nie należał, był na tyle serdeczny i przyjacielski, że nie czuł oporów przed zawieraniem znajomości nawet z postaciami podejrzanie czekającymi na coś w ciemnych alejkach. Poza tym blondynce dobrze z oczu patrzyło. Sprawiała wrażenie zagubionej, a nie groźnej. Nie sądził, żeby miał do czynienia z wariatką lub jakimś magicznym wynaturzeniem gotowym go pożreć.
- Wprawdzie to jeszcze nie Nokturn, ale znam lepsze miejsca na odpoczynek. Co tu robisz, koleżanko? - zapytał i pomachał jej przyjaźnie, a do tego dołożył nienarzucający się, uspokajający uśmiech. Nie podszedł jednak jeszcze za blisko. Tak na wszelki wypadek, gdyby jego ocena samotnej czarownicy okazała się błędna i konieczna byłaby ucieczka.
Opuścił swoich nowych znajomych od „motorów” i udał się w wędrówkę do domu. Nucił sobie nowo zasłyszaną melodię, przemierzając Pokątną i rozmyślając o tym, że życie generalnie było fajne. Dłonie miał ukryte w płaszczu, śmierdział trochę alkoholem. Choć miał słabą głowę, to wypił za mało, by być pijany. Szedł prosto i trzeźwo, od czasu do czasu rozglądając się na boki. Dzięki temu dostrzegł skonfundowaną osóbkę stojącą pozornie bez celu w bardzo dziwnym miejscu, w ciemnej alejce. Na jej widok się zatrzymał.
- Hej, wszystko w porządku? - wypalił bez zastanowienia w stronę nieznajomej. Gdyby był rozsądny, to powinien był odejść, bo czasy były bardzo niepewne i łatwo było wpaść w jakieś kłopoty, zwłaszcza w bocznych, nieodwiedzanych ulicach. Theodore do rozsądnych nie należał, był na tyle serdeczny i przyjacielski, że nie czuł oporów przed zawieraniem znajomości nawet z postaciami podejrzanie czekającymi na coś w ciemnych alejkach. Poza tym blondynce dobrze z oczu patrzyło. Sprawiała wrażenie zagubionej, a nie groźnej. Nie sądził, żeby miał do czynienia z wariatką lub jakimś magicznym wynaturzeniem gotowym go pożreć.
- Wprawdzie to jeszcze nie Nokturn, ale znam lepsze miejsca na odpoczynek. Co tu robisz, koleżanko? - zapytał i pomachał jej przyjaźnie, a do tego dołożył nienarzucający się, uspokajający uśmiech. Nie podszedł jednak jeszcze za blisko. Tak na wszelki wypadek, gdyby jego ocena samotnej czarownicy okazała się błędna i konieczna byłaby ucieczka.