18.05.2025, 23:28 ✶
Nie spodziewałem się tego - ani tego, że w ogóle się zgodzi, ani tym bardziej, że atmosfera między nami stanie się aż tak… Bezwysiłkowa. Spodziewałem się, że w najlepszym razie będzie próbowała wszystko trzymać w ryzach, a w najgorszym - że zrezygnuje jeszcze zanim dobrze ruszymy, powie coś chłodnego i definitywnego, tak jak kiedyś, i że nie będę miał prawa się o nic obrażać, ale tym razem nikt nie stawiał granic. Niosłem ją na plecach, znów, jakbyśmy cofnęli się o kilka dni, a jednocześnie zupełnie nie. Wtedy było w tym więcej napięcia, więcej niepewności - i z mojej, i z jej strony. Teraz - teraz było tylko ciepło, czoło Prudence oparte o mój kark, delikatna dłoń zaciśnięta na moim ramieniu, oddech spokojny, rytmiczny, trochę senny. Nie przeszkadzał mi ciężar kobiety - Prue nie ważyła więcej niż dobrze wypełniony plecak, ale w przeciwieństwie do plecaka - miała miękkie uda, pachniała wiatrem i wrzosowiskiem, i nie mogłem się powstrzymać od delikatnego uśmiechu, kiedy lekko poruszyła się, opierając policzek wprost na moim karku.
Czułem, jak delikatnie mości się na moich plecach i podnosi głowę, by spojrzeć przed siebie - było w tym coś paradoksalnie kojącego - jej podbródek opierał się lekko o moje ramię, a ciepło oddechu, jeszcze chwilę temu wtulone w mój kark, teraz otulało mi policzek. Uśmiechnąłem się mimowolnie - coraz bardziej przyzwyczajałem się do ciężaru w tym samym tempie, w jakim przyzwyczajałem się do jej obecności - spokojnie, bez przymusu, jakby to wszystko było po prostu... Właściwe. Dziwna była ta świadomość, że chociaż przecież dopiero co zaczęliśmy rozmawiać inaczej niż zwykle, to już czułem się tak, jakbym znał ten rytm od zawsze, ale... Znałem go przecież - znałem ją, tylko nigdy wcześniej nie pozwalała mi patrzeć na siebie bez zbroi, zresztą - ja jej też nie. Odkąd zaczęliśmy to zmieniać, zrobiło się między nami zaskakująco prosto, ale nie prostacko - bez zawiłości, bez domysłów, ani niepotrzebnego udawania. Nie było w tym żadnej gry - ani z mojej strony, ani z jej. Wiedziałem, że Prue nie próbowała być kimś, kim nie była, nie prężyła się w roli silnej kobiety ani nie chowała za dystansem, chociaż przecież wcześniej właśnie tak robiła - niemal obsesyjnie kontrolowała każdy grymas, każde słowo, dopóki nie wybuchła - niegdyś znałem ją wystarczająco długo, by być tego jednym z głównych odbiorców takich zachowań.
Nie wiedziałem, co będzie dalej, niby coś tam padło - że spróbujemy spędzać ze sobą czas, damy sobie więcej niż jedną randkę, nie zamykamy drzwi, które właśnie otworzyliśmy, ale... Znałem życie i, chyba, znałem nas - żadne z nas nie było dobre w tych prostych sprawach, w tych oczywistościach, które dla innych przychodziły naturalnie. Może faktycznie trafiliśmy na siebie w odpowiednim czasie - musieliśmy wcześniej sporo przegrać, żeby teraz nie chcieć już niczego komplikować - nie zamierzałem tego analizować. Zastanawiałem się za to, kiedy ostatni raz ktoś mnie tak po prostu dopuścił do siebie - bez warunków wstępnych, rozliczania mnie z przeszłości i oczekiwań na przyszłość. Ona też tego nie robiła - nie patrzyła na mnie jak na tego chłopaka sprzed lat, tego, przed którym wolała uciekać wzrokiem, którego ignorowała na korytarzach. Nie przypominała mi niczego z tamtych czasów - tak jakbyśmy oboje zdecydowali, że skoro tu jesteśmy, to znaczy, że wszystko sprzed tego momentu możemy puścić wolno, i chyba właśnie to było najbardziej naturalne. Nie musieliśmy walczyć z przeszłością, bo wystarczyło, że nie przyciągaliśmy jej do nas siłą - nie próbowałem odkupić win, nie próbowałem jej przekonywać, że się zmieniłem, bo nie o to chodziło. Cieszyło mnie, że nie próbowała forsować rozwiązań tylko po to, by coś udowodnić - sobie czy mi - nie musiała grać niezależnej, samowystarczalnej, nieosiągalnej, a ja nie musiałem próbować jej zdobywać.
Zaskakiwało mnie, jak szybko weszliśmy w coś, co przypominało... nie wiem - może nie do końca relację romantyczną, może nie układ, raczej coś pomiędzy, ale zdecydowanie z tych z ciepłym światłem, nieprzymuszoną ciszą i miękkimi spojrzeniami, które nie domagały się odpowiedzi. To przecież dopiero pierwszy dzień, pierwsza - nazwijmy to - randka, chociaż nie było kwiatów, stolika z rezerwacją ani zdawkowego: „To co, kawa czy herbata?”. Zamiast tego były wrzosowiska, droga powrotna z kromlechu, jej ręce zaplecione wokół mojej szyi, głowa oparta na moim ramieniu i to dziwne uczucie, że wszystko to przydarza się nam z naturalną łatwością, której się nie spodziewałem. Czułem ciało Prudence przy sobie i chociaż nie było to nic nowego - nie po tym, co przeszliśmy wcześniej, podczas tej pierwszej, szorstkiej i niezgrabnej bliskości wśród ognia, dymu i napięcia - tym razem miało to zupełnie inny wymiar. To nie była potrzeba chwili, adrenaliny, ulgi, że żyjemy - to była decyzja, może jeszcze nie nazwana, ale już podjęta - w niuansach spojrzeń, które trwały o sekundę za długo, w uśmiechach, które przestawały być tylko grą.
Szło mi się lekko, a to wcale nie przez teren - był taki sam jak wcześniej, pełen głazów, nierówności, zdradliwych kęp wrzosu. Nie złościłem się na kamienie pod stopami, nie przeklinałem w myślach pogody ani nachylenia zbocza. Skupiałem się na niej, na jej oddechu przy moim uchu, na miękkim dotyku jej dłoni oplecionych wokół mojej klatki piersiowej, na ciepłym ciężarze jej ciała, który nie miał nic wspólnego z fizycznością, i jednocześnie miał z nią wspólne wszystko. Ramiona wokół mnie były ciepłe i lekkie, czułem każdy mięsień, każdy ruch bioder, kiedy delikatnie zmieniała pozycję. Mimo to szedłem stabilnie. Przez te wszystkie lata wypracowałem sobie pewien rodzaj uważności - nie chodziło tylko o fizyczną siłę, ale o to, by nie zawieść, nie potknąć się, nie osunąć - nie wtedy, kiedy ktoś na mnie liczył.
Czułem, jak Prue porusza się za mną, jak wychyla głowę, ostrożnie, bez pośpiechu - gdy odgarnęła włosy z twarzy i zaczęła wypatrywać miasteczka, poczułem lekko ruch powietrza tuż przy moim karku, ciepły oddech, przesuwający się niemal niezauważalnie. Milczeliśmy, mijając kolejne pasma wrzosów, które rozciągały się aż po linię horyzontu. Niebo zszarzało od nisko wiszących chmur, ale światło wciąż było ciepłe, jakby późne lato jeszcze nie zamierzało się poddać - pachniało ziemią, liśćmi, zbliżającym się końcem czegoś i cichym początkiem czegoś innego.
Prudence znów się odezwała - jej głos zabrzmiał tuż obok mojego ucha, znów miękki, spokojny, niemal senny. Zatrzymałem się na moment, pozwalając kobiecie spojrzeć na dolinę z lepszej perspektywy. Wrzosy ciągnęły się aż po horyzont - fioletowe i falujące.
- Nigdy nie kłamię w splawie dysztansu, nawet wtedy, kiedy niosę damę na własnych plecach. - Mruknąłem w końcu, pozwalając sobie na drobną zaczepkę. Była w tym jakaś ironia - to była nasza pierwsza randka, a mimo to już niosłem ją przez wrzosowiska jak bohater z jakiejś absurdalnie romantycznej ballady, ale nie czułem się śmiesznie - wręcz przeciwnie, czułem się potrzebny. - Po plostu nie było sensu cię o tym upszedzać, mogłabyś szię losmyśliś i postanowiś pszejś lesztę dlogi w tych twoich cudownych butach. - Rzuciłem półżartem, bo miałem ochotę ją rozśmieszyć, ale głos mi zmiękł przy końcówce - co jak co - te buciki były urocze, gdy już nie groziły skręceniem kostki.
Nie planowałem, żeby to była randka - nic z tego nie planowałem, a jednak wszystko układało się w coś, co - nie chciałem tego jeszcze nazywać - miało szansę czymś być. Nie chwilą, nie wspomnieniem do kolekcji - czymś bardziej zakorzenionym, prawdziwym, bo my byliśmy tacy w stosunku do siebie. Świadczyły o tym te kolejne słowa, na które nie zareagowałem od razu - coś w tonie jej głosu zasugerowało mi, że nie potrzebowała odpowiedzi, tylko tego, żebym to przyjął, usłyszał, a ja słuchałem - nie tylko słów, ale też tego, co działo się między nimi. Nie pamiętała, a ja doskonale wiedziałem, jak to jest nie pamiętać - że łatwo można się przyzwyczaić do samodzielności, do odcinania się od ludzi, żeby tylko nie musieć znosić rozczarowań. Pokiwałem głową, bardziej do siebie niż do niej - wiedziałem, co miała na myśli, i mógłbym powiedzieć to samo. Właściwie... Mógłbym powiedzieć dużo więcej, ale coś w tej chwili podpowiadało mi, żeby nie psuć tego słowami - to było jedno z tych zdań, które zapadają w pamięć, bo nie zostały wypowiedziane z obowiązku. Nie musiała mi tego mówić, ale zrobiła to - powiedziała prawdę, a ja, o dziwo, nie zareagowałem żartem - po prostu przez chwilę milczałem, bo nie chciałem tego spłaszczać, to zasługiwało na ciszę.
!Strach przed imieniem
Czułem, jak delikatnie mości się na moich plecach i podnosi głowę, by spojrzeć przed siebie - było w tym coś paradoksalnie kojącego - jej podbródek opierał się lekko o moje ramię, a ciepło oddechu, jeszcze chwilę temu wtulone w mój kark, teraz otulało mi policzek. Uśmiechnąłem się mimowolnie - coraz bardziej przyzwyczajałem się do ciężaru w tym samym tempie, w jakim przyzwyczajałem się do jej obecności - spokojnie, bez przymusu, jakby to wszystko było po prostu... Właściwe. Dziwna była ta świadomość, że chociaż przecież dopiero co zaczęliśmy rozmawiać inaczej niż zwykle, to już czułem się tak, jakbym znał ten rytm od zawsze, ale... Znałem go przecież - znałem ją, tylko nigdy wcześniej nie pozwalała mi patrzeć na siebie bez zbroi, zresztą - ja jej też nie. Odkąd zaczęliśmy to zmieniać, zrobiło się między nami zaskakująco prosto, ale nie prostacko - bez zawiłości, bez domysłów, ani niepotrzebnego udawania. Nie było w tym żadnej gry - ani z mojej strony, ani z jej. Wiedziałem, że Prue nie próbowała być kimś, kim nie była, nie prężyła się w roli silnej kobiety ani nie chowała za dystansem, chociaż przecież wcześniej właśnie tak robiła - niemal obsesyjnie kontrolowała każdy grymas, każde słowo, dopóki nie wybuchła - niegdyś znałem ją wystarczająco długo, by być tego jednym z głównych odbiorców takich zachowań.
Nie wiedziałem, co będzie dalej, niby coś tam padło - że spróbujemy spędzać ze sobą czas, damy sobie więcej niż jedną randkę, nie zamykamy drzwi, które właśnie otworzyliśmy, ale... Znałem życie i, chyba, znałem nas - żadne z nas nie było dobre w tych prostych sprawach, w tych oczywistościach, które dla innych przychodziły naturalnie. Może faktycznie trafiliśmy na siebie w odpowiednim czasie - musieliśmy wcześniej sporo przegrać, żeby teraz nie chcieć już niczego komplikować - nie zamierzałem tego analizować. Zastanawiałem się za to, kiedy ostatni raz ktoś mnie tak po prostu dopuścił do siebie - bez warunków wstępnych, rozliczania mnie z przeszłości i oczekiwań na przyszłość. Ona też tego nie robiła - nie patrzyła na mnie jak na tego chłopaka sprzed lat, tego, przed którym wolała uciekać wzrokiem, którego ignorowała na korytarzach. Nie przypominała mi niczego z tamtych czasów - tak jakbyśmy oboje zdecydowali, że skoro tu jesteśmy, to znaczy, że wszystko sprzed tego momentu możemy puścić wolno, i chyba właśnie to było najbardziej naturalne. Nie musieliśmy walczyć z przeszłością, bo wystarczyło, że nie przyciągaliśmy jej do nas siłą - nie próbowałem odkupić win, nie próbowałem jej przekonywać, że się zmieniłem, bo nie o to chodziło. Cieszyło mnie, że nie próbowała forsować rozwiązań tylko po to, by coś udowodnić - sobie czy mi - nie musiała grać niezależnej, samowystarczalnej, nieosiągalnej, a ja nie musiałem próbować jej zdobywać.
Zaskakiwało mnie, jak szybko weszliśmy w coś, co przypominało... nie wiem - może nie do końca relację romantyczną, może nie układ, raczej coś pomiędzy, ale zdecydowanie z tych z ciepłym światłem, nieprzymuszoną ciszą i miękkimi spojrzeniami, które nie domagały się odpowiedzi. To przecież dopiero pierwszy dzień, pierwsza - nazwijmy to - randka, chociaż nie było kwiatów, stolika z rezerwacją ani zdawkowego: „To co, kawa czy herbata?”. Zamiast tego były wrzosowiska, droga powrotna z kromlechu, jej ręce zaplecione wokół mojej szyi, głowa oparta na moim ramieniu i to dziwne uczucie, że wszystko to przydarza się nam z naturalną łatwością, której się nie spodziewałem. Czułem ciało Prudence przy sobie i chociaż nie było to nic nowego - nie po tym, co przeszliśmy wcześniej, podczas tej pierwszej, szorstkiej i niezgrabnej bliskości wśród ognia, dymu i napięcia - tym razem miało to zupełnie inny wymiar. To nie była potrzeba chwili, adrenaliny, ulgi, że żyjemy - to była decyzja, może jeszcze nie nazwana, ale już podjęta - w niuansach spojrzeń, które trwały o sekundę za długo, w uśmiechach, które przestawały być tylko grą.
Szło mi się lekko, a to wcale nie przez teren - był taki sam jak wcześniej, pełen głazów, nierówności, zdradliwych kęp wrzosu. Nie złościłem się na kamienie pod stopami, nie przeklinałem w myślach pogody ani nachylenia zbocza. Skupiałem się na niej, na jej oddechu przy moim uchu, na miękkim dotyku jej dłoni oplecionych wokół mojej klatki piersiowej, na ciepłym ciężarze jej ciała, który nie miał nic wspólnego z fizycznością, i jednocześnie miał z nią wspólne wszystko. Ramiona wokół mnie były ciepłe i lekkie, czułem każdy mięsień, każdy ruch bioder, kiedy delikatnie zmieniała pozycję. Mimo to szedłem stabilnie. Przez te wszystkie lata wypracowałem sobie pewien rodzaj uważności - nie chodziło tylko o fizyczną siłę, ale o to, by nie zawieść, nie potknąć się, nie osunąć - nie wtedy, kiedy ktoś na mnie liczył.
Czułem, jak Prue porusza się za mną, jak wychyla głowę, ostrożnie, bez pośpiechu - gdy odgarnęła włosy z twarzy i zaczęła wypatrywać miasteczka, poczułem lekko ruch powietrza tuż przy moim karku, ciepły oddech, przesuwający się niemal niezauważalnie. Milczeliśmy, mijając kolejne pasma wrzosów, które rozciągały się aż po linię horyzontu. Niebo zszarzało od nisko wiszących chmur, ale światło wciąż było ciepłe, jakby późne lato jeszcze nie zamierzało się poddać - pachniało ziemią, liśćmi, zbliżającym się końcem czegoś i cichym początkiem czegoś innego.
Prudence znów się odezwała - jej głos zabrzmiał tuż obok mojego ucha, znów miękki, spokojny, niemal senny. Zatrzymałem się na moment, pozwalając kobiecie spojrzeć na dolinę z lepszej perspektywy. Wrzosy ciągnęły się aż po horyzont - fioletowe i falujące.
- Nigdy nie kłamię w splawie dysztansu, nawet wtedy, kiedy niosę damę na własnych plecach. - Mruknąłem w końcu, pozwalając sobie na drobną zaczepkę. Była w tym jakaś ironia - to była nasza pierwsza randka, a mimo to już niosłem ją przez wrzosowiska jak bohater z jakiejś absurdalnie romantycznej ballady, ale nie czułem się śmiesznie - wręcz przeciwnie, czułem się potrzebny. - Po plostu nie było sensu cię o tym upszedzać, mogłabyś szię losmyśliś i postanowiś pszejś lesztę dlogi w tych twoich cudownych butach. - Rzuciłem półżartem, bo miałem ochotę ją rozśmieszyć, ale głos mi zmiękł przy końcówce - co jak co - te buciki były urocze, gdy już nie groziły skręceniem kostki.
Nie planowałem, żeby to była randka - nic z tego nie planowałem, a jednak wszystko układało się w coś, co - nie chciałem tego jeszcze nazywać - miało szansę czymś być. Nie chwilą, nie wspomnieniem do kolekcji - czymś bardziej zakorzenionym, prawdziwym, bo my byliśmy tacy w stosunku do siebie. Świadczyły o tym te kolejne słowa, na które nie zareagowałem od razu - coś w tonie jej głosu zasugerowało mi, że nie potrzebowała odpowiedzi, tylko tego, żebym to przyjął, usłyszał, a ja słuchałem - nie tylko słów, ale też tego, co działo się między nimi. Nie pamiętała, a ja doskonale wiedziałem, jak to jest nie pamiętać - że łatwo można się przyzwyczaić do samodzielności, do odcinania się od ludzi, żeby tylko nie musieć znosić rozczarowań. Pokiwałem głową, bardziej do siebie niż do niej - wiedziałem, co miała na myśli, i mógłbym powiedzieć to samo. Właściwie... Mógłbym powiedzieć dużo więcej, ale coś w tej chwili podpowiadało mi, żeby nie psuć tego słowami - to było jedno z tych zdań, które zapadają w pamięć, bo nie zostały wypowiedziane z obowiązku. Nie musiała mi tego mówić, ale zrobiła to - powiedziała prawdę, a ja, o dziwo, nie zareagowałem żartem - po prostu przez chwilę milczałem, bo nie chciałem tego spłaszczać, to zasługiwało na ciszę.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)