19.05.2025, 13:43 ✶
Uniosłem brwi, kiedy Ambroise nazwał to „kamykiem”, nie „pierścionkiem”, „obrączką zaręczynową”, nazwał to „kamykiem.” „Kamykiem.” Ujął to z tą swoją nonszalancką lekkością, która w teorii powinna pomóc, a w praktyce wbiła mi kolec pod paznokieć, bo przecież dobrze wiedziałem, co to znaczyło. Prawda — większa, trudniejsza, bardziej drapiąca — leżała w czymś innym, w tym, że przez cały ten czas, przez te jedenaście lat, z hakiem, nie pozwoliłem sobie naprawdę przyzwyczaić się do nikogo, bo wiedziałem, że nie mogę, nie wolno, przyzwyczajenie to krok od straty... Zarówno wtedy w Londynie, jak wczoraj, zacząłem się łamać — było łatwo rozmawiać, robić plany, korzystać z chwili i danego czasu, w głowie ustalić termin ważności, do którego można było się odnosić i pozwalać sobie na to, by wszystko działo się szybko... Najwyraźniej zdecydowanie szybciej, niż powinno — i chyba tylko w mojej głowie to miało jakiś głębszy sens, miało znaczenie. Nie mówiłem tego głośno, ale kiedy znalazłem ten pierścionek na trawie, przez kilka sekund patrzyłem na niego jak na rzecz, której nie potrafiłem unieść, jakby ważył więcej niż broń, a to był tylko kawałek metalu, kilka gramów złota i jeden wypolerowany kamień. Nie miałem pojęcia, co to znaczyło, ale miałem okropne przeczucie, że bardzo niedługo się dowiem, a odpowiedź wcale mi się nie spodoba.
Nie odpowiedziałem od razu, lecz nie dlatego, że nie miałem co powiedzieć, a wręcz przeciwnie — miałem zbyt wiele, a zbyt wiele w moim przypadku oznaczało tylko jedno – że nie powiem nic. Nie tak, jakbym chciał i powinien, bo nie powinienem się zawahać. Wiedziałem, że Roise mnie obserwuje – dostrzega te wszystkie rzeczy, które starałem się ukryć pod lakonicznym półuśmiechem i wzrokiem wbitym we wrzosowisko. Wiedziałem, że on wie, iż układam zdania w głowie, byleby nie musieć ich wypowiedzieć. Nie zaprzeczyłby, gdyby ktoś go teraz zapytał, że kluczyłem. Tak, kluczyłem. Wokół samego siebie, tematu, Prudence, tego, czego nie powiedziałem oraz powiedziałem, więc kiedy Ambroise powiedział oczywistą oczywistość na głos, a ja nie zareagowałem, wcale nie znaczyło, że tego nie czułem. Wręcz przeciwnie. Nie miałem pojęcia, dlaczego ten cholerny pierścionek znalazł się na trawie, kiedy go zdjęła, jak go zgubiła, i najgorsze w tym wszystkim było to, że… Może wiedziałem aż za dobrze. Odezwałem się do Ambroise’a zwięźle, właściwie beznamiętnie, bo nie miałem w sobie dość siły, by unieść cokolwiek więcej, a przynajmniej nie przy nim – nie dzisiaj.
– Okej, czyli mamy jasnoś. – Rzuciłem tonem, który nie wymagał rozwinięcia, i dokładnie takiego tonu oczekiwałem z jego strony – nie pytającego, nie dociekliwego, nie oceniającego, ale prawda była bardziej złożona, pełna niechęci do samego siebie.
Czułem, że Ambroise obserwuje mnie uważnie. Nie drążył, przynajmniej nie głośno, lecz znałem go na tyle, by wiedzieć, że jego milczenie wcale nie było puste - miał w głowie więcej niż wyrażały słowa. To „to kamyk Prudence” wypowiedziane tak spokojnie, niemal sucho, może nawet z odrobiną zmęczenia, uderzyło we mnie. Ten pierścionek wydawał mi się obrzydliwy w swojej klasyczności, bezosobowy, jakby kupiony na chybił trafił, w hurtowni narzeczonych. Może dlatego, że nie znałem tego człowieka, tego Bonesa, jej niedoszłego męża, albo dlatego, że znałem ją, i widziałem, jak bardzo nie pasowała do tej wersji siebie, którą próbowała nim chronić, a może dlatego, że za każdym razem, gdy patrzyłem na jej dłoń, czułem się jak ostatni drań... Albo gorzej — jak ktoś, kto spóźnił się o dwa życia.
Zacisnąłem szczękę, kiwnąłem głową — nieznacznie i nieświadomie — zareagowałem odruchem, potrzebowałem unieruchomić mięśnie twarzy, zanim coś z niej wypłynie — coś, co nie powinno, to była niechlujna reakcja, niezręczna, nieprzemyślana, ale... Zawsze lepiej było ugryźć się w język, niż potem żałować słów, których nie dało się cofnąć. Mógłbym napisać podręcznik o tym, jak udawać, że wszystko gra.
Nigdy nie miałem zbyt wiele do czynienia z dziećmi – poza tym jednym okresem... Miałem zostać ojcem, prawie, blisko, naprawdę bardzo blisko, ale potem wszystko się posypało. Życie zrobiło woltę, i chociaż nie lubiłem o tym mówić – i nikt nie miał prawa pytać – był czas, kiedy miałem marzyć, i czas, kiedy przestałem, a raczej... Kiedy nauczono mnie przestać. Przez moment – przez idiotycznie krótki moment – uwierzyłem, że może potrafiłbym zbudować coś innego, coś więcej, co nie kończyłoby się na gruzach i epitafiach.
Spojrzałem na huśtawkę, która właśnie się zakołysała. Fabian — bez pytania, bez uprzedzenia — wystrzelił jak z procy, zostawiając po sobie jedynie ślad w trawie i to charakterystyczne, dziecięce „heh!” rzucone w eter z radości, że coś się rusza, coś się dzieje, że świat nie jest tylko staniem w miejscu i patrzeniem, jak dorośli walą głową w ścianę bez słowa. Wróciłem wzrokiem do Ambroise’a, był skupiony, zawsze był, miał w sobie coś z tych ludzi, którzy nie pozwalają sobie na chwilę nieuwagi, jakby wiedzieli, że wystarczy jedno mrugnięcie, by świat, który trzymają w garści, wypadł im z palców i roztrzaskał się o posadzkę. Tylko, że wyjątkowo odpuścił komentarze, i chwała mu za to. Nie każdy musi grzebać w cudzym bagnie, nawet jeśli stąpa tuż przy jego brzegu. Patrzyłem, jak Fabian oddala się w stronę huśtawki i po raz kolejny poczułem coś, co trudno było nazwać. Nie próbowałem nawet udawać, nie kłamałem – zresztą, nie było o czym kłamać – moje życie zawodowe nijak się miało do dzieci, domowego ciepła, bajek na dobranoc i czapek z pomponem.
Podążyłem za dzieckiem wzrokiem, a potem jeszcze raz zerknąłem na Ambroise’a, który wyglądał, jakby spodziewał się, że powiem coś więcej. Ale co mogłem powiedzieć – że się martwię, coś czuję, a to uczucie oblewa mnie jak chłodny deszcz, chociaż niebo jest zachmurzone, ale czyste?... Że w ostatnich godzinach przeszło mi przez głowę więcej myśli o Bletchley, niż przez cały ubiegły miesiąc?
Nie, nie powiedziałem nic z tego, bo czasem – wiedziałem to zbyt dobrze – pytania bywają cięższe od odpowiedzi, a odpowiedzi są nieodwracalne. Jeśli ten pierścionek nie wypadł, a został zdjęty – to był gest, niewypowiedziany, ale znaczący. Próbowałem nie nadawać temu zbyt wielkiego znaczenia, ale próbować to jedno, a skutecznie się oszukać – to już zupełnie inna sztuka. Prudence była nieobecna. Ona, Romulus, wszyscy ci, którzy powinni być na miejscu, a jednak gdzieś się rozpłynęli, za dużo zbiegów okoliczności, milczenia w miejscu, gdzie wcześniej była szorstka obecność, kąśliwe uwagi, spojrzenia wymieniane nad kubkiem herbaty. To nie była zwykła nieobecnoś – to była nieobecność pełna decyzji, wybór, i to bolało mnie bardziej niż chciałem przyznać.
Bez słowa wsunąłem Greengrassowi pierścionek w dłoń. Nie patrzyłem na jego twarz, nie tłumaczyłem, nie zamierzałem się rozwlekać, nie dziś. Miałem lepsze rzeczy do roboty niż być kurierem po rozczarowaniu. Prudence nie raczyła nawet się odezwać – a ja, jak idiota, odstałem swoje pod garażem – starczy, nie zamierzałem powtarzać tej sceny jutro. Zamierzałem ruszyć jeszcze dziś – nie w durne „jutro”, którego już nie miałem spędzić, czekając jak debil, aż Prue łaskawie sobie o mnie przypomni. Nie zamierzałem zostać w domu i sprawdzać zegarka co kwadrans, jakby od tego miała nagle pojawić się w drzwiach z przeprosinami i tym: „To nie tak, jak myślisz...” Zlecenia, które czekały „na jutro”, właśnie stały się dzisiejsze. Przynajmniej tam dostanę zapłatę – nie milczenie i zamknięte drzwi. Po wszystkim planowałem wpaść do baru, bez patosu, przesady, tylko po to, żeby usiąść i napić się jak człowiek, który wreszcie przestał się łudzić. Niech Roise się tym zajmie. On lubił mieć sprawy pod kontrolą. Dlatego właśnie oddałem mu pierścionek – jej pierścionek – bez żadnych zbędnych słów. Może będzie miał więcej szczęścia, albo więcej cierpliwości... Ja nie miałem już nic. Nic, co by wymagało szczególnej finezji, ale te odłożone zlecenia miały być wystarczająco absorbujące, żeby oderwać myśli od kobiety, która mnie zignorowała, zniknęła, zostawiła z pierścionkiem i swoim milczeniem. Prue mnie olała, bez słowa, jakby te kilka godzin razem nie znaczyło nic, jakbyśmy nie dzielili się czymś prawdziwym, a może... Nie dzieliliśmy. Może tylko ja myślałem, że to coś znaczyło. Odwróciłem się, gotów wyjść... I wtedy to usłyszałem...
To nie był zwykły wdech – każde takie westchnięcie znaczyło coś innego niż tylko niedobór powietrza... To był ten głęboki, przepełniony ciśnieniem haust, jaki znałem zbyt dobrze – ten, który przychodzi tuż przed tym, jak komuś odpierdala. Automatycznie odwróciłem głowę i spojrzałem na Ambroise’a, który stał nieruchomo, pierścionek wciąż w dłoni, a jego oczy... Jego oczy właśnie odpływały, zamgliły się w ciągu sekundy, dosłownie, jeden oddech, jedno mgnienie – i już go nie było. Widziałem to wcześniej, wczoraj z Prudence, te same źrenice wpatrzone gdzieś daleko, i nieobecność. Kurwa... Kolejny... Kolejny pieprzony wieszcz... Jasnowidz? Widmowidz? Nie miałem pojęcia, ale coś go właśnie porwało i nie był to atak paniki, ani skaczący cukier. Roise nie mdlał, on odlatywał, a ja nie wiedziałem, co mnie bardziej wkurwiało – to, że znowu ktoś z mojego otoczenia nagle okazywał się pieprzonym „wrażliwcem” na inny wymiar, czy to, że znowu byłem tym, który zostaje na miejscu, patrzy – który nie wie. Nie było mnie kilka lat, i nagle, co drugi z nich odpływał, miał błyski, słyszał głosy, widział obrazy. Jakbyśmy żyli w jakimś cholernym teatrze magicznych doznań, a mnie nikt nie dał instrukcji, tylko kilka biletów bez daty i godziny, Zrobiłem krok w jego stronę, nie dotknąłem go – jeszcze nie, ale uniosłem rękę, gotów złapać go w pasie lub pod ramieniem, gdyby zaczął się osuwać, asekuracyjnie i odruchowo – z praktycznego rozsądku, bo nie chciałem, żeby się wyjebał i roztrzaskał łeb. Przecież był moim przyjacielem. Mimo, że nie znałem go od tej strony.
Nie zdążyłeś jeszcze zamknąć palców wokół chłodnego pierścionka, gdy rzeczywistość zaczęła się rozpływać. Metal był zimny, mimo ciepła twojej skóry, i niemal natychmiast poczułeś znajome drżenie na granicy percepcji - ten niepokojący ucisk tuż za oczami, który oznaczał jedno: przeszłość zaczynała mówić. Chwilowo nie widziałeś jeszcze nic - najpierw poczułeś delikatne mrowienie na grzbiecie dłoni, potem pod kolanami, jakby ziemia pod tobą lekko się przechylała - w jednej chwili czułeś pod stopami deski werandy, w następnej byłeś gdzie indziej. Rzeczywistość, jak cienka tafla lodu pod ciężarem, złamała się. Powietrze wokół ciebie zrobiło się ciężkie, wciągnąłeś powietrze, ale nie był to już twój własny oddech - byłeś kimś innym. Świat się przesunął, zmienił zapach, temperaturę, światło. Nagle nie byłeś sobą - byłeś nią - Prudence. Zanim zdążyłeś wydać jakąkolwiek intencję, już było za późno - pierścionek odpowiedział pierwszy - zanurzyłeś się.
Nie zobaczyłeś jej zaginięcia - nie od razu - najpierw poczułeś zapach skóry, nowej, świeżo wyprawionej, z lekką domieszką gumy i kleju.
Stoisz przy witrynie sklepowej, wewnątrz małego sklepu – połyskliwe, zachodzące słońce odbija się od szyby, za którą, na miedzianym stojaku, wiszą buty. Nie słyszysz jej myśli, ale czujesz jej ekscytację, lekkie podniecenie, jak gdyby robiła coś, czego nie powinna – coś cudownie niewłaściwego. Czujesz w niej napięcie, drobne ukłucia podekscytowania, jakby każdy detal miał być potwierdzeniem: „Tak, jesteś gotowa – gotowa na coś więcej niż spacer.” Te buty są jak wybryk – zupełnie nie w jej stylu, i właśnie to sprawia, że twoje – jej – serce bije odrobinę szybciej. Jasne światło sklepu, ciche radio grające w tle, wzrok zawieszony na parze solidnych, terenowych butów, które są dokładnie takie, jakich potrzebujesz – solidne, terenowe, ciemne, z grubą podeszwą, mają wyglądać „praktycznie”, ale i trochę drapieżnie, może nawet zuchwale. Ruszasz się, żeby po nie sięgnąć, a twoje – jej – palce przesuwają się po sznurówkach, po gumowych zakończeniach. Czujesz cichy przypływ ekscytacji – nie jest to zakup przypadkowy. Palce – jej palce – zgrabne, precyzyjne, nieco drżące, ale nie z nerwów, owijają się wokół agletów, zaciskają pętelki. Widzisz cenę na metce, która zwisa z jednego z języków. Sprzedawczyni coś mówi, jej głos jest jak oddalony szum, nie ma znaczenia. Patrzysz na metkę, nie zważając na kwotę, bo to nie ona ma znaczenie, lecz sam gest. Wiesz, że się z kimś spotyka – z kimś, z kim nie powinna. Widzisz, jak wbija wzrok w witrynę sklepu i wyobraża sobie wspinaczkę – nie samotną, nie sportową, ale taką, która zaczyna się od nieśmiałego dotknięcia dłoni, kończy zadyszką i przypadkowym śmiechem. Dostrzegasz jej – twoje – odbicie w szybie, lekko zaczerwienione policzki, uśmiech, który usiłuje ukryć – lekki bunt, cichy triumf. Chce to zrobić – chce się z nim spotkać, skrycie, poza domem, poza wszystkim, co uporządkowane. To ma być wyprawa – coś, co może nie ma sensu, ale ma cel, i rozpala iskrę, w niej, w tobie. Sprzedawczyni podaje ci – jej – pudełko, a twoje dłonie – jej dłonie – unoszą buty z uwagą, coś w tym prostym geście jest niemal rytualne, jakby ten zakup coś pieczętował, albo zaklinał.
Robi się ciemniej, nie tyle przez cień, co przez przesunięcie. Kąt rzeczywistości zmienia się i nagle stawiasz kroki – ostrożne, powolne, w lakierkach, które zupełnie nie nadają się na ten teren, są nienaturalne wśród traw, śliskie na wilgotnym podłożu. Znów czujesz siebie, ale nie siebie – jej stopy, jej nerwowe kroki, próbujące odnaleźć przyczepność, góra jest stroma, ziemia wilgotna, ale ręka, która cię podtrzymuje, jest ciepła, pewna. Obok idzie postać, mężczyzna, wyższy od niej, ale o to nie jest trudno. Nie możesz zobaczyć jego twarzy – zawsze, gdy próbujesz, światło się rozmywa, kontury znikają, jakby sama pamięć odmawiała ci dostępu. Przeszłość nie jest filmem – jest szeptem, bardzo kapryśnym. Ramię, na którym się opierasz, jest mocne, dłoń przesuwa się od twojego łokcia do nadgarstka, przytrzymując cię delikatnie, niemal pieszczotliwie, ale z wyczuciem – kamienie pod podeszwą są śliskie, a trawa – wilgotna. Utrzymujesz równowagę tylko dzięki podparciu. Na sobie masz starą, za dużą skórzaną kurtkę, pachnącą kurzem i czymś jeszcze… Męską wodą kolońską, której nuta jest niemal bezczelnie znajoma, ale… Skąd ją znasz – nie jesteś w stanie powiedzieć, nie kojarzysz tego zapachu z nikim konkretnym, a jednak masz wrażenie, że już go gdzieś kiedyś czułeś, i to wielokrotnie – kojarzy ci się z jeszcze bardziej zamierzchłą przeszłością – tą, której nie widzisz, bo nie ma związku z trzymanym przedmiotem.
Potem nagle przeskok – świat się rozmywa – czasem widmowidzenia nie idą liniowo. Wzrok opada – wracasz na chwilę do momentu, gdy sznurujesz buty – te nowe, z wyrazistym zapachem gumy i skóry. Twój pokój, gościnny u Ursuli, małe okno, zgaszone światło poranka – siedzisz na brzegu łóżka, z jedną nogą zgiętą, pochylona, skupiona – twoje dłonie są drobniejsze, paznokcie zadbane, skórki starannie odsunięte. W twoim spojrzeniu jest coś ostrożnego i uważnego, gdy unosisz wieko pudełka z butami… Są to te nowe, terenowe, jeszcze pachnące fabryką i sklepowym odświeżaczem. Sznurówki wiążesz na podwójną kokardkę.
Obraz zmienia się ponownie – teraz patrzysz z oddali na werandę wiejskiego domu. Jest jasno, chociaż słońce jest jeszcze nisko, a mgła nad wrzosowiskami dopiero się podnosi. Ganek nadal tonie w porannej mgle, wszystko jest zroszone, ale zauważasz, że na schodkach leży gazeta – złożona na pół, lekko zawilgotniona, chcesz ją wziąć, masz intencję. Łapiesz oddech – po drugiej stronie ścieżki pojawia się ktoś jeszcze. Nie widzisz jego twarzy, ale wiesz, kto to jest – któryś twój kolega, wasz kolega, ten trzeci – ten, którego spojrzenie zawsze przyprawia cię o lekką irytację. Za gładki, pewny siebie, za bardzo obecny tam, gdzie nie powinien – z kimś takim się nie dzieli.
Znacie się od lat, czasem rzucacie kąśliwe uwagi, bywa, że z nim dyskutujesz, ale w tej chwili jest to czysta irytacja, i wyścig. Czujesz irytację, nic więcej – tę drobną, piekącą frustrację, która pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś dotyka czegoś, co uważasz za swoje, więc robisz krok naprzód, przyspieszasz, przechodzisz w trucht. Jego krok przyspiesza, w tym samym momencie, co twój. Przez ułamek sekundy oboje patrzycie na gazetę jakby była czymś znacznie ważniejszym, niż zwykłym kawałkiem papieru. Jego ręka i twoja sięgają po nią jednocześnie. Jego dłoń jest większa, mocniejsza, ale twoja – jej – szybsza, zwinna, obie łapią gazetę w tym samym momencie, wtedy czujesz szarpnięcie – spada coś małego – coś, co zsunęło się z twojej dłoni, przed chwilą tkwiło jeszcze na serdecznym palcu. Pierścionek... Na trawie, w rosie, błysnął tylko przez chwilę – potem zniknął. Tak samo jak dwie postaci... Błysk, świst, i nie było ich już tam, gdzie powinny być. Przez chwilę patrzysz na to z nowej perspektywy – już nie jesteś Prudence, teraz wisisz w pustce, a chwilę później znowu zapadasz się w ciemność. Nie światło, nie dźwięk – ciemność. Pusta, głęboka jak studnia – czujesz, że pierścionek w twojej dłoni staje się cięższy – powracasz do własnego ciała, ale jeszcze nie do końca, nadal jesteś pomiędzy.
Stoisz w tym samym miejscu – może minęła sekunda, może dziesięć minut – czas się w takich chwilach rozmywa.
Nie czujesz jej emocji, już nie, te są twoje własne. Wróciłeś – świat jest chłodniejszy, przytłumiony, a pierścionek, ten sam, wciąż spoczywa w twojej dłoni. Jest chłodny, niewinny, leży spokojnie, jak gdyby nic się nie stało, ale ty wiesz, co widziałeś – czułeś to – smak podniecenia, ciężar sekretów, gorycz rywalizacji. Pierścionek w twojej dłoni lśni lekko, jakby drwił – znasz jego historię, nie znasz końca, prawdopodobnie nigdy go nie zobaczysz. Nie wiesz nic o początku, ale nie wszystkie historie zaczynają się dla ciebie od początku – nie wszystkie chcą zostać opowiedziane w tej kolejności, niektórych widzisz tylko środek... Bo to nie była tylko przeszłość – to była intymność, tajemnica, wybór, którego nie powinieneś znać, ale który poznałeś, i zakończenie – ono powiedziało ci wszystko i nic.
Znowu czekałem... Wczoraj czekałem, aż Prudence wróci do siebie – aż jej źrenice znów zareagują na światło, aż jej ręce przestaną być tak nierealnie spokojne. Teraz robiłem to samo z Roise’em, jak frajer, strażnik dusz, kurwa jego mać. Czas nie miał tu znaczenia – mógł minąć kwadrans albo dwie minuty. Mogłem sięgnąć po zegarek, ale nie zrobiłem tego. Po co? Liczby nic tu nie znaczyły. Stałem, gotowy asekurować go, gdyby zaczął mdleć, wpatrywałem się w jego twarz na tyle, że zauważyłem moment, w którym wrócił. To zawsze działo się tak samo — najpierw drżenie w powiece, potem westchnienie, jakby jego płuca przypomniały sobie, że trzeba oddychać, potem źrenice, które drgają i przesuwają się powoli, jakby ciało na nowo próbowało dopasować się do rzeczywistości. Patrzył, ale jeszcze nie widział — widziałem to w jego oczach, ten cień czegoś, co zostaje po wizji, czego nie rozumiałem, ale znałem po grymasie ust, po spięciu mięśni szczęki. Widziałem, jak Ambroise wraca, podobnie do Prudence wczoraj – powoli, z opóźnieniem, jakby jego dusza utknęła gdzieś w korku na trasie z zaświatów. Znałem ten moment — ten pierwszy błysk przytomności, który przychodzi z jednoczesnym ciężarem całej wizji, która dopiero co przetoczyła się przez człowieka. Nie ruszyłem się – jeszcze nie.
Nie odpowiedziałem od razu, lecz nie dlatego, że nie miałem co powiedzieć, a wręcz przeciwnie — miałem zbyt wiele, a zbyt wiele w moim przypadku oznaczało tylko jedno – że nie powiem nic. Nie tak, jakbym chciał i powinien, bo nie powinienem się zawahać. Wiedziałem, że Roise mnie obserwuje – dostrzega te wszystkie rzeczy, które starałem się ukryć pod lakonicznym półuśmiechem i wzrokiem wbitym we wrzosowisko. Wiedziałem, że on wie, iż układam zdania w głowie, byleby nie musieć ich wypowiedzieć. Nie zaprzeczyłby, gdyby ktoś go teraz zapytał, że kluczyłem. Tak, kluczyłem. Wokół samego siebie, tematu, Prudence, tego, czego nie powiedziałem oraz powiedziałem, więc kiedy Ambroise powiedział oczywistą oczywistość na głos, a ja nie zareagowałem, wcale nie znaczyło, że tego nie czułem. Wręcz przeciwnie. Nie miałem pojęcia, dlaczego ten cholerny pierścionek znalazł się na trawie, kiedy go zdjęła, jak go zgubiła, i najgorsze w tym wszystkim było to, że… Może wiedziałem aż za dobrze. Odezwałem się do Ambroise’a zwięźle, właściwie beznamiętnie, bo nie miałem w sobie dość siły, by unieść cokolwiek więcej, a przynajmniej nie przy nim – nie dzisiaj.
– Okej, czyli mamy jasnoś. – Rzuciłem tonem, który nie wymagał rozwinięcia, i dokładnie takiego tonu oczekiwałem z jego strony – nie pytającego, nie dociekliwego, nie oceniającego, ale prawda była bardziej złożona, pełna niechęci do samego siebie.
Czułem, że Ambroise obserwuje mnie uważnie. Nie drążył, przynajmniej nie głośno, lecz znałem go na tyle, by wiedzieć, że jego milczenie wcale nie było puste - miał w głowie więcej niż wyrażały słowa. To „to kamyk Prudence” wypowiedziane tak spokojnie, niemal sucho, może nawet z odrobiną zmęczenia, uderzyło we mnie. Ten pierścionek wydawał mi się obrzydliwy w swojej klasyczności, bezosobowy, jakby kupiony na chybił trafił, w hurtowni narzeczonych. Może dlatego, że nie znałem tego człowieka, tego Bonesa, jej niedoszłego męża, albo dlatego, że znałem ją, i widziałem, jak bardzo nie pasowała do tej wersji siebie, którą próbowała nim chronić, a może dlatego, że za każdym razem, gdy patrzyłem na jej dłoń, czułem się jak ostatni drań... Albo gorzej — jak ktoś, kto spóźnił się o dwa życia.
Zacisnąłem szczękę, kiwnąłem głową — nieznacznie i nieświadomie — zareagowałem odruchem, potrzebowałem unieruchomić mięśnie twarzy, zanim coś z niej wypłynie — coś, co nie powinno, to była niechlujna reakcja, niezręczna, nieprzemyślana, ale... Zawsze lepiej było ugryźć się w język, niż potem żałować słów, których nie dało się cofnąć. Mógłbym napisać podręcznik o tym, jak udawać, że wszystko gra.
Nigdy nie miałem zbyt wiele do czynienia z dziećmi – poza tym jednym okresem... Miałem zostać ojcem, prawie, blisko, naprawdę bardzo blisko, ale potem wszystko się posypało. Życie zrobiło woltę, i chociaż nie lubiłem o tym mówić – i nikt nie miał prawa pytać – był czas, kiedy miałem marzyć, i czas, kiedy przestałem, a raczej... Kiedy nauczono mnie przestać. Przez moment – przez idiotycznie krótki moment – uwierzyłem, że może potrafiłbym zbudować coś innego, coś więcej, co nie kończyłoby się na gruzach i epitafiach.
Spojrzałem na huśtawkę, która właśnie się zakołysała. Fabian — bez pytania, bez uprzedzenia — wystrzelił jak z procy, zostawiając po sobie jedynie ślad w trawie i to charakterystyczne, dziecięce „heh!” rzucone w eter z radości, że coś się rusza, coś się dzieje, że świat nie jest tylko staniem w miejscu i patrzeniem, jak dorośli walą głową w ścianę bez słowa. Wróciłem wzrokiem do Ambroise’a, był skupiony, zawsze był, miał w sobie coś z tych ludzi, którzy nie pozwalają sobie na chwilę nieuwagi, jakby wiedzieli, że wystarczy jedno mrugnięcie, by świat, który trzymają w garści, wypadł im z palców i roztrzaskał się o posadzkę. Tylko, że wyjątkowo odpuścił komentarze, i chwała mu za to. Nie każdy musi grzebać w cudzym bagnie, nawet jeśli stąpa tuż przy jego brzegu. Patrzyłem, jak Fabian oddala się w stronę huśtawki i po raz kolejny poczułem coś, co trudno było nazwać. Nie próbowałem nawet udawać, nie kłamałem – zresztą, nie było o czym kłamać – moje życie zawodowe nijak się miało do dzieci, domowego ciepła, bajek na dobranoc i czapek z pomponem.
Podążyłem za dzieckiem wzrokiem, a potem jeszcze raz zerknąłem na Ambroise’a, który wyglądał, jakby spodziewał się, że powiem coś więcej. Ale co mogłem powiedzieć – że się martwię, coś czuję, a to uczucie oblewa mnie jak chłodny deszcz, chociaż niebo jest zachmurzone, ale czyste?... Że w ostatnich godzinach przeszło mi przez głowę więcej myśli o Bletchley, niż przez cały ubiegły miesiąc?
Nie, nie powiedziałem nic z tego, bo czasem – wiedziałem to zbyt dobrze – pytania bywają cięższe od odpowiedzi, a odpowiedzi są nieodwracalne. Jeśli ten pierścionek nie wypadł, a został zdjęty – to był gest, niewypowiedziany, ale znaczący. Próbowałem nie nadawać temu zbyt wielkiego znaczenia, ale próbować to jedno, a skutecznie się oszukać – to już zupełnie inna sztuka. Prudence była nieobecna. Ona, Romulus, wszyscy ci, którzy powinni być na miejscu, a jednak gdzieś się rozpłynęli, za dużo zbiegów okoliczności, milczenia w miejscu, gdzie wcześniej była szorstka obecność, kąśliwe uwagi, spojrzenia wymieniane nad kubkiem herbaty. To nie była zwykła nieobecnoś – to była nieobecność pełna decyzji, wybór, i to bolało mnie bardziej niż chciałem przyznać.
Bez słowa wsunąłem Greengrassowi pierścionek w dłoń. Nie patrzyłem na jego twarz, nie tłumaczyłem, nie zamierzałem się rozwlekać, nie dziś. Miałem lepsze rzeczy do roboty niż być kurierem po rozczarowaniu. Prudence nie raczyła nawet się odezwać – a ja, jak idiota, odstałem swoje pod garażem – starczy, nie zamierzałem powtarzać tej sceny jutro. Zamierzałem ruszyć jeszcze dziś – nie w durne „jutro”, którego już nie miałem spędzić, czekając jak debil, aż Prue łaskawie sobie o mnie przypomni. Nie zamierzałem zostać w domu i sprawdzać zegarka co kwadrans, jakby od tego miała nagle pojawić się w drzwiach z przeprosinami i tym: „To nie tak, jak myślisz...” Zlecenia, które czekały „na jutro”, właśnie stały się dzisiejsze. Przynajmniej tam dostanę zapłatę – nie milczenie i zamknięte drzwi. Po wszystkim planowałem wpaść do baru, bez patosu, przesady, tylko po to, żeby usiąść i napić się jak człowiek, który wreszcie przestał się łudzić. Niech Roise się tym zajmie. On lubił mieć sprawy pod kontrolą. Dlatego właśnie oddałem mu pierścionek – jej pierścionek – bez żadnych zbędnych słów. Może będzie miał więcej szczęścia, albo więcej cierpliwości... Ja nie miałem już nic. Nic, co by wymagało szczególnej finezji, ale te odłożone zlecenia miały być wystarczająco absorbujące, żeby oderwać myśli od kobiety, która mnie zignorowała, zniknęła, zostawiła z pierścionkiem i swoim milczeniem. Prue mnie olała, bez słowa, jakby te kilka godzin razem nie znaczyło nic, jakbyśmy nie dzielili się czymś prawdziwym, a może... Nie dzieliliśmy. Może tylko ja myślałem, że to coś znaczyło. Odwróciłem się, gotów wyjść... I wtedy to usłyszałem...
To nie był zwykły wdech – każde takie westchnięcie znaczyło coś innego niż tylko niedobór powietrza... To był ten głęboki, przepełniony ciśnieniem haust, jaki znałem zbyt dobrze – ten, który przychodzi tuż przed tym, jak komuś odpierdala. Automatycznie odwróciłem głowę i spojrzałem na Ambroise’a, który stał nieruchomo, pierścionek wciąż w dłoni, a jego oczy... Jego oczy właśnie odpływały, zamgliły się w ciągu sekundy, dosłownie, jeden oddech, jedno mgnienie – i już go nie było. Widziałem to wcześniej, wczoraj z Prudence, te same źrenice wpatrzone gdzieś daleko, i nieobecność. Kurwa... Kolejny... Kolejny pieprzony wieszcz... Jasnowidz? Widmowidz? Nie miałem pojęcia, ale coś go właśnie porwało i nie był to atak paniki, ani skaczący cukier. Roise nie mdlał, on odlatywał, a ja nie wiedziałem, co mnie bardziej wkurwiało – to, że znowu ktoś z mojego otoczenia nagle okazywał się pieprzonym „wrażliwcem” na inny wymiar, czy to, że znowu byłem tym, który zostaje na miejscu, patrzy – który nie wie. Nie było mnie kilka lat, i nagle, co drugi z nich odpływał, miał błyski, słyszał głosy, widział obrazy. Jakbyśmy żyli w jakimś cholernym teatrze magicznych doznań, a mnie nikt nie dał instrukcji, tylko kilka biletów bez daty i godziny, Zrobiłem krok w jego stronę, nie dotknąłem go – jeszcze nie, ale uniosłem rękę, gotów złapać go w pasie lub pod ramieniem, gdyby zaczął się osuwać, asekuracyjnie i odruchowo – z praktycznego rozsądku, bo nie chciałem, żeby się wyjebał i roztrzaskał łeb. Przecież był moim przyjacielem. Mimo, że nie znałem go od tej strony.
~~~
Nie zdążyłeś jeszcze zamknąć palców wokół chłodnego pierścionka, gdy rzeczywistość zaczęła się rozpływać. Metal był zimny, mimo ciepła twojej skóry, i niemal natychmiast poczułeś znajome drżenie na granicy percepcji - ten niepokojący ucisk tuż za oczami, który oznaczał jedno: przeszłość zaczynała mówić. Chwilowo nie widziałeś jeszcze nic - najpierw poczułeś delikatne mrowienie na grzbiecie dłoni, potem pod kolanami, jakby ziemia pod tobą lekko się przechylała - w jednej chwili czułeś pod stopami deski werandy, w następnej byłeś gdzie indziej. Rzeczywistość, jak cienka tafla lodu pod ciężarem, złamała się. Powietrze wokół ciebie zrobiło się ciężkie, wciągnąłeś powietrze, ale nie był to już twój własny oddech - byłeś kimś innym. Świat się przesunął, zmienił zapach, temperaturę, światło. Nagle nie byłeś sobą - byłeś nią - Prudence. Zanim zdążyłeś wydać jakąkolwiek intencję, już było za późno - pierścionek odpowiedział pierwszy - zanurzyłeś się.
Nie zobaczyłeś jej zaginięcia - nie od razu - najpierw poczułeś zapach skóry, nowej, świeżo wyprawionej, z lekką domieszką gumy i kleju.
Stoisz przy witrynie sklepowej, wewnątrz małego sklepu – połyskliwe, zachodzące słońce odbija się od szyby, za którą, na miedzianym stojaku, wiszą buty. Nie słyszysz jej myśli, ale czujesz jej ekscytację, lekkie podniecenie, jak gdyby robiła coś, czego nie powinna – coś cudownie niewłaściwego. Czujesz w niej napięcie, drobne ukłucia podekscytowania, jakby każdy detal miał być potwierdzeniem: „Tak, jesteś gotowa – gotowa na coś więcej niż spacer.” Te buty są jak wybryk – zupełnie nie w jej stylu, i właśnie to sprawia, że twoje – jej – serce bije odrobinę szybciej. Jasne światło sklepu, ciche radio grające w tle, wzrok zawieszony na parze solidnych, terenowych butów, które są dokładnie takie, jakich potrzebujesz – solidne, terenowe, ciemne, z grubą podeszwą, mają wyglądać „praktycznie”, ale i trochę drapieżnie, może nawet zuchwale. Ruszasz się, żeby po nie sięgnąć, a twoje – jej – palce przesuwają się po sznurówkach, po gumowych zakończeniach. Czujesz cichy przypływ ekscytacji – nie jest to zakup przypadkowy. Palce – jej palce – zgrabne, precyzyjne, nieco drżące, ale nie z nerwów, owijają się wokół agletów, zaciskają pętelki. Widzisz cenę na metce, która zwisa z jednego z języków. Sprzedawczyni coś mówi, jej głos jest jak oddalony szum, nie ma znaczenia. Patrzysz na metkę, nie zważając na kwotę, bo to nie ona ma znaczenie, lecz sam gest. Wiesz, że się z kimś spotyka – z kimś, z kim nie powinna. Widzisz, jak wbija wzrok w witrynę sklepu i wyobraża sobie wspinaczkę – nie samotną, nie sportową, ale taką, która zaczyna się od nieśmiałego dotknięcia dłoni, kończy zadyszką i przypadkowym śmiechem. Dostrzegasz jej – twoje – odbicie w szybie, lekko zaczerwienione policzki, uśmiech, który usiłuje ukryć – lekki bunt, cichy triumf. Chce to zrobić – chce się z nim spotkać, skrycie, poza domem, poza wszystkim, co uporządkowane. To ma być wyprawa – coś, co może nie ma sensu, ale ma cel, i rozpala iskrę, w niej, w tobie. Sprzedawczyni podaje ci – jej – pudełko, a twoje dłonie – jej dłonie – unoszą buty z uwagą, coś w tym prostym geście jest niemal rytualne, jakby ten zakup coś pieczętował, albo zaklinał.
Robi się ciemniej, nie tyle przez cień, co przez przesunięcie. Kąt rzeczywistości zmienia się i nagle stawiasz kroki – ostrożne, powolne, w lakierkach, które zupełnie nie nadają się na ten teren, są nienaturalne wśród traw, śliskie na wilgotnym podłożu. Znów czujesz siebie, ale nie siebie – jej stopy, jej nerwowe kroki, próbujące odnaleźć przyczepność, góra jest stroma, ziemia wilgotna, ale ręka, która cię podtrzymuje, jest ciepła, pewna. Obok idzie postać, mężczyzna, wyższy od niej, ale o to nie jest trudno. Nie możesz zobaczyć jego twarzy – zawsze, gdy próbujesz, światło się rozmywa, kontury znikają, jakby sama pamięć odmawiała ci dostępu. Przeszłość nie jest filmem – jest szeptem, bardzo kapryśnym. Ramię, na którym się opierasz, jest mocne, dłoń przesuwa się od twojego łokcia do nadgarstka, przytrzymując cię delikatnie, niemal pieszczotliwie, ale z wyczuciem – kamienie pod podeszwą są śliskie, a trawa – wilgotna. Utrzymujesz równowagę tylko dzięki podparciu. Na sobie masz starą, za dużą skórzaną kurtkę, pachnącą kurzem i czymś jeszcze… Męską wodą kolońską, której nuta jest niemal bezczelnie znajoma, ale… Skąd ją znasz – nie jesteś w stanie powiedzieć, nie kojarzysz tego zapachu z nikim konkretnym, a jednak masz wrażenie, że już go gdzieś kiedyś czułeś, i to wielokrotnie – kojarzy ci się z jeszcze bardziej zamierzchłą przeszłością – tą, której nie widzisz, bo nie ma związku z trzymanym przedmiotem.
Potem nagle przeskok – świat się rozmywa – czasem widmowidzenia nie idą liniowo. Wzrok opada – wracasz na chwilę do momentu, gdy sznurujesz buty – te nowe, z wyrazistym zapachem gumy i skóry. Twój pokój, gościnny u Ursuli, małe okno, zgaszone światło poranka – siedzisz na brzegu łóżka, z jedną nogą zgiętą, pochylona, skupiona – twoje dłonie są drobniejsze, paznokcie zadbane, skórki starannie odsunięte. W twoim spojrzeniu jest coś ostrożnego i uważnego, gdy unosisz wieko pudełka z butami… Są to te nowe, terenowe, jeszcze pachnące fabryką i sklepowym odświeżaczem. Sznurówki wiążesz na podwójną kokardkę.
Obraz zmienia się ponownie – teraz patrzysz z oddali na werandę wiejskiego domu. Jest jasno, chociaż słońce jest jeszcze nisko, a mgła nad wrzosowiskami dopiero się podnosi. Ganek nadal tonie w porannej mgle, wszystko jest zroszone, ale zauważasz, że na schodkach leży gazeta – złożona na pół, lekko zawilgotniona, chcesz ją wziąć, masz intencję. Łapiesz oddech – po drugiej stronie ścieżki pojawia się ktoś jeszcze. Nie widzisz jego twarzy, ale wiesz, kto to jest – któryś twój kolega, wasz kolega, ten trzeci – ten, którego spojrzenie zawsze przyprawia cię o lekką irytację. Za gładki, pewny siebie, za bardzo obecny tam, gdzie nie powinien – z kimś takim się nie dzieli.
Znacie się od lat, czasem rzucacie kąśliwe uwagi, bywa, że z nim dyskutujesz, ale w tej chwili jest to czysta irytacja, i wyścig. Czujesz irytację, nic więcej – tę drobną, piekącą frustrację, która pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś dotyka czegoś, co uważasz za swoje, więc robisz krok naprzód, przyspieszasz, przechodzisz w trucht. Jego krok przyspiesza, w tym samym momencie, co twój. Przez ułamek sekundy oboje patrzycie na gazetę jakby była czymś znacznie ważniejszym, niż zwykłym kawałkiem papieru. Jego ręka i twoja sięgają po nią jednocześnie. Jego dłoń jest większa, mocniejsza, ale twoja – jej – szybsza, zwinna, obie łapią gazetę w tym samym momencie, wtedy czujesz szarpnięcie – spada coś małego – coś, co zsunęło się z twojej dłoni, przed chwilą tkwiło jeszcze na serdecznym palcu. Pierścionek... Na trawie, w rosie, błysnął tylko przez chwilę – potem zniknął. Tak samo jak dwie postaci... Błysk, świst, i nie było ich już tam, gdzie powinny być. Przez chwilę patrzysz na to z nowej perspektywy – już nie jesteś Prudence, teraz wisisz w pustce, a chwilę później znowu zapadasz się w ciemność. Nie światło, nie dźwięk – ciemność. Pusta, głęboka jak studnia – czujesz, że pierścionek w twojej dłoni staje się cięższy – powracasz do własnego ciała, ale jeszcze nie do końca, nadal jesteś pomiędzy.
Stoisz w tym samym miejscu – może minęła sekunda, może dziesięć minut – czas się w takich chwilach rozmywa.
Nie czujesz jej emocji, już nie, te są twoje własne. Wróciłeś – świat jest chłodniejszy, przytłumiony, a pierścionek, ten sam, wciąż spoczywa w twojej dłoni. Jest chłodny, niewinny, leży spokojnie, jak gdyby nic się nie stało, ale ty wiesz, co widziałeś – czułeś to – smak podniecenia, ciężar sekretów, gorycz rywalizacji. Pierścionek w twojej dłoni lśni lekko, jakby drwił – znasz jego historię, nie znasz końca, prawdopodobnie nigdy go nie zobaczysz. Nie wiesz nic o początku, ale nie wszystkie historie zaczynają się dla ciebie od początku – nie wszystkie chcą zostać opowiedziane w tej kolejności, niektórych widzisz tylko środek... Bo to nie była tylko przeszłość – to była intymność, tajemnica, wybór, którego nie powinieneś znać, ale który poznałeś, i zakończenie – ono powiedziało ci wszystko i nic.
~~~
Znowu czekałem... Wczoraj czekałem, aż Prudence wróci do siebie – aż jej źrenice znów zareagują na światło, aż jej ręce przestaną być tak nierealnie spokojne. Teraz robiłem to samo z Roise’em, jak frajer, strażnik dusz, kurwa jego mać. Czas nie miał tu znaczenia – mógł minąć kwadrans albo dwie minuty. Mogłem sięgnąć po zegarek, ale nie zrobiłem tego. Po co? Liczby nic tu nie znaczyły. Stałem, gotowy asekurować go, gdyby zaczął mdleć, wpatrywałem się w jego twarz na tyle, że zauważyłem moment, w którym wrócił. To zawsze działo się tak samo — najpierw drżenie w powiece, potem westchnienie, jakby jego płuca przypomniały sobie, że trzeba oddychać, potem źrenice, które drgają i przesuwają się powoli, jakby ciało na nowo próbowało dopasować się do rzeczywistości. Patrzył, ale jeszcze nie widział — widziałem to w jego oczach, ten cień czegoś, co zostaje po wizji, czego nie rozumiałem, ale znałem po grymasie ust, po spięciu mięśni szczęki. Widziałem, jak Ambroise wraca, podobnie do Prudence wczoraj – powoli, z opóźnieniem, jakby jego dusza utknęła gdzieś w korku na trasie z zaświatów. Znałem ten moment — ten pierwszy błysk przytomności, który przychodzi z jednoczesnym ciężarem całej wizji, która dopiero co przetoczyła się przez człowieka. Nie ruszyłem się – jeszcze nie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)