19.05.2025, 14:49 ✶
Milczałem, bo ona też milczała. Tak, to była idealna chwila na niedojrzały foch. Może już wodospad nie dudnił nam tak w uszach, w głowach, a nawet w moim penisie – bo ten dźwięk przez chwilę był dosłownie wszędzie – ale skoro ona nie mówiła nic, to ja też nie zamierzałem. Zresztą, i tak nie miałem nic nowego do powiedzenia. Poza tym, co już wiedziała: że była przemądrzałą ignorantką. I że byłem zmęczony. Kurewsko zmęczony.
Szedłem.
Szedłem.
Szedłem.
I, kurwa, szedłem dalej.
Za każdym razem, gdy wydawało mi się, że to ta ostatnia prosta, wszystko znowu się zmieniało. Dźwięki cichły, jakbyśmy wchodzili w jakąś magiczną bańkę. Potem znów szliśmy i szliśmy, i – zgadnij co? – szliśmy.
CHOĆ TO MIAŁA BYĆ OSTATNIA PROSTA.
Coś tu nie grało.
Przypominało mi to przekorne historie z dalekiej Japonii. Znałem je wszystkie. Wszystkie. Historie, które niektórzy ignoranci uważali za mity lub bzdury. A jednak były prawdziwe. Tak samo jak to miejsce. I równie fałszywe zarazem. Jakbyśmy ugrzęźli w pułapce bez wyjścia.
No więc – wyjście było jedno: nie powielać schematów. Nie iść dalej. Ale zostać tu, w tym miejscu? Być może na zawsze? Też nie. O, Matko! Nie!
Więęęc… TAMA. Rozwiązanie spłynęło na mnie jak grom z jasnego nieba: musimy skoczyć do wody. Tak, do tej cuchnącej, szlamowatej wody.
Zanim jednak zdążyłem powtórzyć to sobie w głowie, a potem powiedzieć Prudence na głos, ta odciągnęła moją uwagę.
Zamarłem. Wpatrywałem się w gościa przed nami. Przetarłem oczy. Czy on był prawdziwy? Nie mógł być. Na moment nawet rozważałem przejście na homoseksualizm, tak mnie zaskoczył jego wygląd. Ale zanim zdążyłem dojść do wniosków w tym zakresie, pojawiła się ona – równie boska kobieta. Uff. Nie musiałem zdradzać swoich aktualnych preferencji.
Stałem więc i niemal się śliniłem, podziwiając każdy odsłonięty kawałek jej skóry. Ciekaw byłem, jakie miała nogi pod tą spódnicą... Dotknąłbym ich z rozkoszą. Dotknąłbym…
Ale akcja szła dalej. Oni wpatrywali się w tamę. Nie byłem pewien, co ich przyciągnęło. Może nic? Może tylko coś im się wydawało, że widzą? A może to był znak? Znak dla mnie? Od siły wyższej?
Skacz, Romulus.
Brzmiało szalenie. Ale było szalenie logiczne. Nie pozwolę się uwięzić jakiemuś pierwszemu lepszemu lisowi. A może to pomysł Ministerstwa Magii? Spisek rządowy przeciwko obywatelom? Nieistotne, nie zamierzałem grać w ich gierki. Nie zamierzałem pozwolić się kontrolować.
– Mi się wydaje, że powinniśmy pobiegnąć na tamę i skoczyć z niej do jeziora – powiedziałem to głośno, całkiem poważnie, odwracając spojrzenie na Prudence.
Zanim jednak to zrobiłem, mój wzrok, z niemałym wysiłkiem, oderwał się od tamy i odprowadził piękną Cygankę, która znikała już gdzieś wśród zabudowań. Miliard razy większy kąsek niż Prudence Bletchley – pomyślałem. Ta myśl uderzyła mnie jak obuchem. Aż cofnąłem się o krok, kiedy mój wzrok ponownie padł na Pru. Nie chciałem być chamski, ale... Samo przez się. Przecież Prudence nie była łagodna. Nigdy nie była. Zawsze wyglądała na zirytowaną albo wściekłą, a to jej sporo ujmowało z urody.
Z kolei ta Cyganka... Zniknąłbym z uwielbieniem między jej nogami. Och, taaak... Aż rozważałem, czy jednak nie zgubić się w tej pułapce... Może jednak powinienem iść dalej za pokusami?
Szedłem.
Szedłem.
Szedłem.
I, kurwa, szedłem dalej.
Za każdym razem, gdy wydawało mi się, że to ta ostatnia prosta, wszystko znowu się zmieniało. Dźwięki cichły, jakbyśmy wchodzili w jakąś magiczną bańkę. Potem znów szliśmy i szliśmy, i – zgadnij co? – szliśmy.
CHOĆ TO MIAŁA BYĆ OSTATNIA PROSTA.
Coś tu nie grało.
Przypominało mi to przekorne historie z dalekiej Japonii. Znałem je wszystkie. Wszystkie. Historie, które niektórzy ignoranci uważali za mity lub bzdury. A jednak były prawdziwe. Tak samo jak to miejsce. I równie fałszywe zarazem. Jakbyśmy ugrzęźli w pułapce bez wyjścia.
No więc – wyjście było jedno: nie powielać schematów. Nie iść dalej. Ale zostać tu, w tym miejscu? Być może na zawsze? Też nie. O, Matko! Nie!
Więęęc… TAMA. Rozwiązanie spłynęło na mnie jak grom z jasnego nieba: musimy skoczyć do wody. Tak, do tej cuchnącej, szlamowatej wody.
Zanim jednak zdążyłem powtórzyć to sobie w głowie, a potem powiedzieć Prudence na głos, ta odciągnęła moją uwagę.
Zamarłem. Wpatrywałem się w gościa przed nami. Przetarłem oczy. Czy on był prawdziwy? Nie mógł być. Na moment nawet rozważałem przejście na homoseksualizm, tak mnie zaskoczył jego wygląd. Ale zanim zdążyłem dojść do wniosków w tym zakresie, pojawiła się ona – równie boska kobieta. Uff. Nie musiałem zdradzać swoich aktualnych preferencji.
Stałem więc i niemal się śliniłem, podziwiając każdy odsłonięty kawałek jej skóry. Ciekaw byłem, jakie miała nogi pod tą spódnicą... Dotknąłbym ich z rozkoszą. Dotknąłbym…
Ale akcja szła dalej. Oni wpatrywali się w tamę. Nie byłem pewien, co ich przyciągnęło. Może nic? Może tylko coś im się wydawało, że widzą? A może to był znak? Znak dla mnie? Od siły wyższej?
Skacz, Romulus.
Brzmiało szalenie. Ale było szalenie logiczne. Nie pozwolę się uwięzić jakiemuś pierwszemu lepszemu lisowi. A może to pomysł Ministerstwa Magii? Spisek rządowy przeciwko obywatelom? Nieistotne, nie zamierzałem grać w ich gierki. Nie zamierzałem pozwolić się kontrolować.
– Mi się wydaje, że powinniśmy pobiegnąć na tamę i skoczyć z niej do jeziora – powiedziałem to głośno, całkiem poważnie, odwracając spojrzenie na Prudence.
Zanim jednak to zrobiłem, mój wzrok, z niemałym wysiłkiem, oderwał się od tamy i odprowadził piękną Cygankę, która znikała już gdzieś wśród zabudowań. Miliard razy większy kąsek niż Prudence Bletchley – pomyślałem. Ta myśl uderzyła mnie jak obuchem. Aż cofnąłem się o krok, kiedy mój wzrok ponownie padł na Pru. Nie chciałem być chamski, ale... Samo przez się. Przecież Prudence nie była łagodna. Nigdy nie była. Zawsze wyglądała na zirytowaną albo wściekłą, a to jej sporo ujmowało z urody.
Z kolei ta Cyganka... Zniknąłbym z uwielbieniem między jej nogami. Och, taaak... Aż rozważałem, czy jednak nie zgubić się w tej pułapce... Może jednak powinienem iść dalej za pokusami?