19.05.2025, 20:26 ✶
Na poważnie rozważałem, czy jednak nie pójść w ślepą dal za Cyganką. Miała potencjał, spooory potencjał. Miała też towarzysza, a ten, mimo że wyglądał na gościa z plakatu propagandowego o tolerancji międzygatunkowej, najpewniej mógłby urwać mi rączki jak zabawce z odpustu. A ja swoje rączki lubiłem. I potrzebowałem. Do kawy, do papierosów. Do życia. Nie chciałem wiedzieć, jak to jest patrzeć na swoje dłonie z perspektywy osoby, która już ich nie ma. A do tego na oczach kobiety z takimi nogami? Nie, dzięki. Wolę pęknąć z zazdrości, niż z bólu i zranionego ego. W dodatku moje ego było już na granicy wygłodzenia i zaczynało halucynować luksusy, jak miękki fotel i espresso podane przez skrzata w smokingowej kamizelce.
Więc nie poszedłem. Wróciłem. Wróciłem do rzeczywistości w glorii i chwale człowieka, który nie ma już siły, jedzenia, ani zapalniczki. A wtedy Prudence zaprowadziła mnie nad skraj i spojrzała w dół.
– Nie mów, że boisz się skoczyć – rzuciłem z teatralnym niedowierzaniem, zerkając na nią kątem oka. Stała blisko. Zbyt blisko. Jakby się chciała przytulić. Albo mnie zepchnąć.
Ale przecież nie mogła mnie zepchnąć. Prawda? Znaliśmy się. Przeszliśmy razem las. Podzieliła się ze mną ostatnimi papierosami. To tworzy więź. Więź głębszą niż niejedno małżeństwo w Ministerstwie. Może się bała? Może liczyła, że ją poprowadzę? Że będę silnym, zdecydowanym, heroicznym mężczyzną, który powie „trzy-cztery” i pociągnie ją ze sobą w otchłań błotnistego jeziora? Może potrzebowała tylko impulsu? Tym delikatnym pchnięciem... chyba zachęcała mnie do tego?
– Dobra. Zróbmy to razem. Na trzy. Jeden... dwa... – powiedziałem szybko i objąłem ją mocno, niemal serdecznie, jakbyśmy właśnie wchodzili razem do świętej wspólnoty... albo w odmęty piekielne. I skoczyłem. Z nią.
Czemu? Bo jeśli to ona miała wiedzę, rozum i te swoje przemądrzałe argumenty w stylu: to bezpieczne, statystyczne, że głęboko, że kąpały się tu elfy, to najwyraźniej nie był to taki szalony pomysł. Skoro ona się zgadzała, to znaczyło, że nie umrę. Przynajmniej nie od razu.
Poza tym? Kto nie skakał z klifu jako dzieciak? Ja, wypindorzony dziedzic z odpowiednim rodowodem i chroniczną alergią na błoto, też miałem swoje momenty. Fakt, wtedy lądowałem raczej w bardziej sympatycznych i nierozważnych klimatach niż w jeziorze pełnym nieokreślonej brei, ale liczy się intencja, czyż nie?
Wziąłem głęboki wdech.
Jeśli woda okaże się lodowata, może wreszcie przestanie mnie boleć wszystko inne. A jeśli nie, to przynajmniej umrę czysty. Woda wypłucze ze mnie kurz, zmęczenie i resztki godności, które jeszcze gdzieś się plątały między kieszeniami płaszcza. Może tak naprawdę zjedzą mnie ryby i nikt nie będzie patrzył na mojego opuchniętego trupa? Byłoby najlepiej.
I, cóż, wtedy zderzyliśmy się z taflą wody...?
| Rzucam na AF, bo nie wiem, czy powinnam w takiej sytuacji. Na skok? Albo przytulanie Prudence... Zobaczymy, czy robię to lepiej ; )
Więc nie poszedłem. Wróciłem. Wróciłem do rzeczywistości w glorii i chwale człowieka, który nie ma już siły, jedzenia, ani zapalniczki. A wtedy Prudence zaprowadziła mnie nad skraj i spojrzała w dół.
– Nie mów, że boisz się skoczyć – rzuciłem z teatralnym niedowierzaniem, zerkając na nią kątem oka. Stała blisko. Zbyt blisko. Jakby się chciała przytulić. Albo mnie zepchnąć.
Ale przecież nie mogła mnie zepchnąć. Prawda? Znaliśmy się. Przeszliśmy razem las. Podzieliła się ze mną ostatnimi papierosami. To tworzy więź. Więź głębszą niż niejedno małżeństwo w Ministerstwie. Może się bała? Może liczyła, że ją poprowadzę? Że będę silnym, zdecydowanym, heroicznym mężczyzną, który powie „trzy-cztery” i pociągnie ją ze sobą w otchłań błotnistego jeziora? Może potrzebowała tylko impulsu? Tym delikatnym pchnięciem... chyba zachęcała mnie do tego?
– Dobra. Zróbmy to razem. Na trzy. Jeden... dwa... – powiedziałem szybko i objąłem ją mocno, niemal serdecznie, jakbyśmy właśnie wchodzili razem do świętej wspólnoty... albo w odmęty piekielne. I skoczyłem. Z nią.
Czemu? Bo jeśli to ona miała wiedzę, rozum i te swoje przemądrzałe argumenty w stylu: to bezpieczne, statystyczne, że głęboko, że kąpały się tu elfy, to najwyraźniej nie był to taki szalony pomysł. Skoro ona się zgadzała, to znaczyło, że nie umrę. Przynajmniej nie od razu.
Poza tym? Kto nie skakał z klifu jako dzieciak? Ja, wypindorzony dziedzic z odpowiednim rodowodem i chroniczną alergią na błoto, też miałem swoje momenty. Fakt, wtedy lądowałem raczej w bardziej sympatycznych i nierozważnych klimatach niż w jeziorze pełnym nieokreślonej brei, ale liczy się intencja, czyż nie?
Wziąłem głęboki wdech.
Jeśli woda okaże się lodowata, może wreszcie przestanie mnie boleć wszystko inne. A jeśli nie, to przynajmniej umrę czysty. Woda wypłucze ze mnie kurz, zmęczenie i resztki godności, które jeszcze gdzieś się plątały między kieszeniami płaszcza. Może tak naprawdę zjedzą mnie ryby i nikt nie będzie patrzył na mojego opuchniętego trupa? Byłoby najlepiej.
I, cóż, wtedy zderzyliśmy się z taflą wody...?
| Rzucam na AF, bo nie wiem, czy powinnam w takiej sytuacji. Na skok? Albo przytulanie Prudence... Zobaczymy, czy robię to lepiej ; )
Rzut N 1d100 - 48
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut N 1d100 - 53
Sukces!
Sukces!